Typowo niemieckie prawniczenie

Typowo niemieckie prawniczenie

Dlaczego rząd federalny nie powie „wypędzonym”, że wszelkie ich roszczenia są daremne? Między Berlinem a Warszawą znów zaiskrzyło. Garstka wiecznie wczorajszych „osób prywatnych”, zrzeszonych w Powiernictwie Pruskim, złożyła przeciwko Polsce 22 pozwy. „Wypędzeni” domagają się przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu zwrotu majątków w Polsce lub nieruchomości zastępczych. Władze polskie zareagowały bardzo zdecydowanie. Premier Jarosław Kaczyński oświadczył, że sprawa wymaga „błyskawicznej akcji” (ze strony polskiego parlamentu). Doszło do nieporozumienia, gdy w rozmowie z dziennikarzem minister spraw zagranicznych Anna Fotyga zasugerowała możliwość renegocjacji traktatu z Niemcami. Miała na myśli traktat o dobrym sąsiedztwie z czerwca 1991 r. Dziennikarz pytał jednak o traktat graniczny z listopada 1990 r. Niektóre media nad Renem i Szprewą z entuzjazmem uderzyły na alarm: „Polska domaga się renegocjacji traktatu granicznego!”. Dziennik „Die Welt” ostrzegł, że w stosunkach między Warszawą a Berlinem grozi nowa „epoka lodowcowa”. Gazeta „Westdeutsche Allgemeine Zeitung” oskarżyła „prawicowo-populistyczny” rząd polski, że instrumentalizuje oburzenie społeczeństwa wywołane przez pozwy i może dzięki niemieckiemu ekstremizmowi pielęgnować swój „antyniemiecki wizerunek wroga”. Z pewnością braciom Kaczyńskim pozwy Powiernictwa Pruskiego spadły jak manna z nieba – obecni włodarze RP mogą skutecznie przywdziewać togi obrońców interesów narodowych. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że odpowiedzialność za obecny kryzys spada przede wszystkim na stronę niemiecką, która wciąż odmawia przejęcia pełnej odpowiedzialności prawnej i finansowej za skutki II wojny światowej, rozpętanej i w barbarzyński sposób prowadzonej przez hitlerowską Rzeszę. Po pozwach Powiernictwa rząd federalny zgodnie ze swą stałą linią postępowania oświadczył, że ich nie popiera, jednakże w demokratycznym kraju każdy obywatel ma prawo składać skargi przed sądem. Deputowany CDU, Jürgen Gehb, pouczał nawet z wdziękiem, że Polska jako członek UE musi akceptować podział władz i orzecznictwo sądów, kto zaś nie chce podporządkować się europejskiemu orzecznictwu, temu pozostaje tylko wystąpienie z Unii. Liberalny magazyn „Die Zeit” dał jednak do zrozumienia, że władze niemieckie nie powinny poprzestać na oświadczeniu, że nie popierają pozwów. Odpowiednim posunięciem byłoby raczej oświadczenie: „W imieniu Republiki Federalnej i wszystkich jej obywateli rezygnujemy z takich i podobnych roszczeń”. Innymi słowy, władze Niemiec powinny wreszcie uznać, że to, co pod względem politycznym dawno zostało przegrane i zapomniane, także pod względem prawnym straciło swą moc. „Zapomnijcie o Śląsku” – wzywa „Die Zeit”. Do takiego kroku, który od razu rozładowałby atmosferę, rząd RFN jednak się nie kwapi. Ziarna przyszłych napięć zostały zasiane w polsko-niemieckim traktacie o dobrym sąsiedztwie z 1991 r., w którym oba kraje zobowiązały się do szerokiej współpracy. Umowa ta nie regulowała jednak spraw majątku prywatnego. Strona polska rozumiała to tak, że pominięcie tych kwestii oznacza, iż zostały one załatwione. Politycy niemieccy reprezentują interpretację wręcz przeciwną – kwestie majątku prywatnego pozostają otwarte (a więc, teoretycznie rzecz biorąc, prywatni obywatele mają prawo dochodzić swych roszczeń przed sądem). Tygodnik „Der Spiegel” przeprowadził 22 grudnia 2006 r. wywiad z Egonem Bahrem. Ten 84-letni emerytowany polityk, nestor partii socjaldemokratycznej, w latach 70. był architektem polityki wschodniej RFN, a jego głos także dziś z uwagą słuchany jest w Niemczech. Dziennikarz „Spiegla” zasugerował, że być może pominięcie kwestii roszczeń indywidualnych w traktacie z Polską było błędem. Bahr odpowiedział jednak tylko: „O to możecie zapytać Helmuta Kohla”. Weteran SPD zwrócił uwagę, że tekst traktatu został w tamtym czasie „gładko” zatwierdzony przez Bundestag (czytaj: pominięcie sprawy indywidualnych roszczeń zostało zaakceptowane przez wszystkie najważniejsze ugrupowania niemieckiej sceny politycznej). Bahr poradził rządowi RP, aby reagował na działalność Powiernictwa Pruskiego tak samo jak władze Niemiec, czyli nie zwracał na nie uwagi. Ale taka rada jest niewiele warta – Powiernictwo przecież domaga się odszkodowań od Polski, nie od Niemiec, i oskarża nasz kraj o poważne naruszenia praw człowieka, a nawet zbrodnie przeciwko ludzkości (a przecież jeśli „wypędzeni” są ofiarami, to tylko swojego szalonego führera). Nasuwa się pytanie, dlaczego rząd niemiecki nie chce raz na zawsze rozwiązać problemów bolesnej przeszłości? Dlaczego nie wyrzeknie się w imieniu swych obywateli wszelkich roszczeń?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 01/2007, 2007

Kategorie: Świat