Personel Domu Pomocy Społecznej w Starachowicach zaprzecza, by pensjonariusz mógł leżeć pięć dni pod prysznicem. To, że leżał tam dwa dni, nikogo nie dziwi Bolesław Gregorczyk, 70-letni mieszkaniec Domu Pomocy Społecznej w Starachowicach, zniknął bez śladu. Zaraz po świętach Bożego Narodzenia przez pięć dni mężczyzny szukali pracownicy i rodzina, a potem policja. Odnaleziono go nieprzytomnego w kabinie prysznicowej, zaledwie kilka metrów od pokoju, który zajmował wspólnie z innym pensjonariuszem. W ciężkim stanie, z obustronnym wylewem krwi do mózgu przewieziony został do szpitala, gdzie zmarł nad ranem, 3 stycznia. Pracownicy DPS bronią się konsekwentnie, że to nie z ich winy doszło do tragedii. Rodzina zmarłego mężczyzny zarzuca im zaniedbanie obowiązków i niedopatrzenie. Często znikał, ale zawsze wracał Personel DPS nie chce udzielać odpowiedzi na najprostsze pytania, odsyła do pani dyrektor. W jej gabinecie do rozmowy z dziennikarzami przygotowane są dwie pracownice – pielęgniarka oddziałowa Wanda Kostrzewa i przełożona pielęgniarek Alicja Bębas. Na pytanie, jak to możliwe, by pod ich okiem człowiek leżał w brodziku przez kilka dni, pielęgniarki okazują oburzenie. – Skąd takie wiadomości? – pytają. – To nieprawda. Śledztwo trwa i dopóki sprawa nie będzie wyjaśniona, nie można nikogo oskarżać. Przełożona pielęgniarek stara się mówić spokojnie i konkretnie. Według jej relacji, pensjonariusz zniknął w czwartek, 28 grudnia. To wówczas podobno nie pojawił się na śniadaniu, a później na obiedzie. Jednak wtedy nikt nie zwracał zbytniej uwagi na jego nieobecność. Pan Bolesław nigdy bowiem nie mówił, dokąd wychodzi i kiedy wróci. Nie przestrzegał obowiązującej mieszkańców procedury, by takie sprawy zgłaszać pielęgniarce dyżurnej. – Nieraz go upominałyśmy – zapewnia Alicja Bębas. – Mówił, że nie zginie, ma tu przyjaciół. Bardzo często wychodził, nic nie mówiąc, ale zawsze wracał. I to właśnie uśpiło naszą czujność. – Gdy nie wrócił na noc, myśleliśmy wszyscy, że jest u rodziny, za którą tęsknił – dodaje oddziałowa. – Gdy jednak się nie zjawił znów na śniadaniu, postanowiliśmy się dowiedzieć, gdzie przebywa, bo przed nami były dni wolne. Pracownice zatelefonowały do brata pana Bolesława, potem do jego siostry. U nikogo jednak go nie było. Nikt z rodziny nie wiedział, co się z nim stało. O zaginięciu powiadomiona została więc policja. – W szukanie pensjonariusza zaangażowanych było kilka osób – twierdzą pracownice. – W listopadzie pan Bolesław spił się i pielęgniarka znalazła go prawie nieprzytomnego w sąsiednim pokoju. Teraz też przyjęliśmy i taką wersję, że pijany śpi w jakimś kącie, dlatego przeszukaliśmy każdy zakamarek. Typ samotnika Pan Bolesław przebywał w DPS od dwóch lat, trafił tu jako bezdomny. Pracownicy twierdzą, że szybko się zaaklimatyzował. Nie brał jednak udziału w życiu społecznym domu, chodził swoimi drogami. Z relacji pielęgniarek wynika, że był człowiekiem skrytym, nie zwierzał się ze swoich problemów. – Chociaż pewnie coś go gnębiło – mówią. – Z nikim długo nie pomieszkał, często trzeba było zmieniać mu współmieszkańca. Przez ten czas przebywał w kilku pokojach. Święta spędził sam w pokoju. Nie chciał uczestniczyć we wspólnej wigilii. – Powinienem w święta przebywać z rodziną – miał podobno powiedzieć. Dlaczego tak się nie stało, personel DPS nie wie. Zresztą rodzina go nigdy nie odwiedzała. – Nie znałyśmy nikogo z bliskich pana Bolesława – mówią pielęgniarki. – Do innych ktoś przychodził, a do niego nikt. Większych kłopotów nigdy nie sprawiał. Był spokojny, skryty, nieszkodliwy, nawet wtedy, gdy sporo wypił. Trzymał się jednak z dala od wszystkich, na uboczu. Nie chciał iść do lekarza, chociaż przed wigilią źle się czuł, bolał go brzuch. Dostał krople, a do lekarza się nie zgłosił. Pracownicy nie ukrywają, że miał problemy z alkoholem. Dlatego brał udział w zajęciach terapeutycznych. – To była osoba uzależniona od alkoholu – podkreśla dyrektor DPS, Wiesława Stąpor. – Upijał się do nieprzytomności. Mamy opinię terapeuty, który prowadził z nim zajęcia. Pan Bolesław należał do pedantów. Zawsze czysty, wszystko miał poukładane na swoim miejscu. Nawet gdy przyszedł pijany, to raz dwa składał ubranie, mył buty. – Zacierał ślady swojego nałogu – mówią pracownice. – Wstydził się go. Jęki pod prysznicem Pracownice czują się zaszczute, uważają, że w całym zdarzeniu nie było
Tagi:
Andrzej Arczewski







