W czepku urodzone

W czepku urodzone

Gdy pacjent całym ciężarem wiesza się na nich, jęczy kręgosłup. Gdy inny na nie krzyczy, serce płacze. Nazywane strzykawami, pigułami mimo wszystko kochają tę robotę

Umierał kilka razy, dosłownie. Miał ciężką wadę serca, wracał na R kardiologiczną co jakiś czas. Gdy już wydawało się, że tym razem się nie uda, złapał ją za rękę i prosił: „Niech pani zadzwoni do żony i powie, że ją kocham”. Nie musiała tego robić. Wrócił do domu. Następnym razem znów stan ciężki. – Jak on walczył o życie, jak nie chciał odchodzić… To było tyle lat temu… Bronił się, wydawał z siebie takie dźwięki… Gdy zobaczyłam wypłaszczone linie na monitorach, siadłam przy konsoli i zaczęłam ryczeć. Przy nim wciąż trwała gorączkowa krzątanina – opowiada Ewa Jarzyło, pielęgniarka kardiologiczna ze Szpitala Bródnowskiego w Warszawie, w zawodzie od 40 lat, 29 lat przepracowała na R, od 2010 r. – pielęgniarka oddziałowa. Do natychmiastowego leczenia ma kręgosłup i biodro (zwyrodnienia kręgosłupa powinny być chorobą zawodową pielęgniarek).

– Albo Piotruś i Paweł. Młodziutcy tacy, obaj po dwadzieścia parę lat, ja miałam wtedy synów w wieku licealnym, tym bardziej przeżywałam tragedię tych młodych – wspomina. – Leżeli u nas, czekając na przeszczep serca, obaj po ciężkiej grypie. Trudno było patrzeć, jak umierają na raty. Kardiochirurdzy z całej Polski zdzwonili się na konsultacje. Zbliżał się długi weekend. Tak bardzo wszyscy trzymaliśmy kciuki: może znajdzie się serce dla naszego Pawła, może dla Piotra… Nie znalazło się. Rodzice nam dziękowali za opiekę, mimo wszystko… To było takie wzruszające.

Ewa zawsze lubiła pomagać. Zresztą musiała to robić, miała chorego brata i pomagała mamie w jego pielęgnacji. Z przyjaciółką postanowiły, że idą do liceum medycznego. A co dziś pcha dziewczyny do tego zawodu? Tak jak przed laty: chęć pomagania, pewność pracy, ale też możliwość wyjazdu za granicę.

– Mimo że każdego roku tyle dziewczyn kończy studia, na oddziałach nie widać młodych. Mamy wakaty, lepimy grafiki. Jest sobota, a mnie ściska w brzuchu, bo muszę zrobić grafik na czerwiec. Na biurku rozrzucone papierzyska. Są zaległe urlopy. Jak nie dam dziewczynom odpocząć, pójdą na zwolnienie – martwi się Ewa.

Nie wie, czy uda się jej ulepić ten grafik. Ratuje się pielęgniarkami z Centrum Medycznego Riemer. Na kardiologii zachowawczej ma 15 zmianowych, szpitalnych pielęgniarek zatrudnionych na umowę o pracę, z czego cztery obecnie są na długim zwolnieniu lekarskim. Kilka pracuje w dwóch-trzech innych miejscach.

– To wyczerpująca fizycznie praca. Ciężko chorych trzeba umyć, zmienić pampersa, nakarmić przez sondę, odessać wydzielinę z drzewa oskrzelowego, wykonać zlecenia lekarskie, podać leki doustne, dożylne, podłączyć wlewy kroplowe, przygotować chorych do zabiegów, przewieźć na zabieg, badanie. To wszystko wymaga czasu. A gdzie wzięcie za rękę, pogłaskanie, pocieszenie?

Pacjenci bywają roszczeniowi, krzyczą: „Nie przechodzi mi, nie będę brał leków, nie pozwolę sobie pobrać krwi”. Wielu jest z alzheimerem. Rodziny też są roszczeniowe. Wyładowują się na pielęgniarce. Zupełnie inaczej rozmawiają z lekarzem.

Na R kardiologicznej jest ciągła rotacja. Spokój – i nagle wszystkie ręce na pokład. Ratownicy łączą się z karetki, pytając, gdzie jest miejsce. I pacjent w stanie przedzawałowym jedzie prosto na salę hemodynamiczną, udrażnia mu się naczynia krwionośne, często nie dochodzi do zawału. Wychodzi o własnych siłach. I to jest piękne, jak bardzo medycyna poszła do przodu. Na oddziale niektórzy chorzy leżą długo, trafiają pod respirator. Gdy już nie rokują, szuka się dla nich miejsca tylko do pielęgnacji albo kieruje do hospicjum.

Podczas wcześniejszych fal covidu było naprawdę ciężko. Na oddział trafiało wielu pacjentów dodatnich. Albo byli po teście bez dodatniego wyniku, a w trakcie hospitalizacji okazywało się, że jednak są pozytywni, bo np. na SOR mieli kontakt z zakażonym.

Ewa: – Trzeba było znaleźć miejsce, żeby chorych odizolować. Koleżanka biegała w nocy z lekarzem, ja non stop na łączu. Covid przeszłam ciężko, leżałam w szpitalu na Szaserów. Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego do otwieranego z wielkim hukiem szpitala na Stadionie Narodowym mają trafiać praktycznie zdrowi ludzie. Nasi byli ciężko chorzy. Dopiero niedawno ich tam przekierowywaliśmy. W początkach pandemii mieliśmy mniej ciężko chorych kardiologicznie. Bali się przyjeżdżać na SOR, bali się wirusa. Po ostatniej fali covidu pacjenci już są ciężko chorzy, leżą na korytarzu. Jest ich tak dużo, że trudno się poruszać, nie mówiąc o zrobieniu czegokolwiek. Sytuacja przypomina tę na onkologii: odbicie rocznych zaniedbań w leczeniu i maksymalnie przepełniony SOR. Ostatnio ludzie leżą tam po trzy-cztery dni, taki tłok wszędzie. Trafiła się też chora na covid po szczepieniu. Popłoch. Sama nie mogłam się doczekać szczepionki, ale widzę, że ludzie mimo jej przyjęcia chorują. Po moich doświadczeniach nie chciałabym drugi raz przeżywać covidu. Przykre, że ci z personelu, którzy nie chorowali, niekoniecznie chcą się szczepić.

Na dyżurze na oddziale kardiologicznym są cztery pielęgniarki i opiekun medyczny na ok. 40 pacjentów. Mają do obsługi odcinki A i B. Oraz ten zwany z przekąsem Ą – przed pokojem profesora, bo w trudnej sytuacji decyzją lekarza dyżurnego z SOR kładzeni są tam chorzy na w pośpiechu ustawianych łóżkach. Ci pacjenci także wymagają właściwej opieki. A z tym jest coraz większy problem. Ewa podpisuje umowę-zlecenie z „latającą” pielęgniarką, pyta, ile dyżurów może wziąć. „Pięć-sześć”, pada odpowiedź. No to ręce opadają. Musi mieć trzy takie, żeby wypełnić jeden etat.

Jeśli ma pielęgniarkę wewnętrzną, etatową, wie, że nie jest po nocy, że miała obowiązkowe 11 godzin przerwy. Jeżeli pielęgniarka przyjeżdża z miasta, nie ma pewności, ile godzin wcześniej pracowała. Czasem ze zmęczenia warknie na pacjenta, czasem nie słyszy jego prośby. Dla etatowych pielęgniarek taka zmęczona koleżanka z miasta też nie jest dobra. Bo jest odpowiedzialność zbiorowa. Jeśli któraś ze zmęczenia popełni błąd, pójdzie na wszystkie. Gdyby jednak nie było tych dorabiających, musieliby zamknąć połowę oddziału. Zdarzają się tak dobre, że chciałoby się, żeby brały jak najwięcej dyżurów bądź zatrudniły się na stałe. Ale to niemożliwe, bo są związane z innym szpitalem.

Na kardiologię pacjenci często wracają. Wyjdą ze szpitala i nie biorą leków, bo nie mają pieniędzy na ich wykupienie. Albo po prostu pogarsza się ich stan. Nawet jeśli wiedzą, że w Szpitalu Bródnowskim będą leżeć na korytarzu, chcą z SOR trafić koniecznie na oddział kardiologiczny.

– To miłe, bo oddział jest przed remontem, wygląda żałośnie, gorzej niż inne. Jednak dla pacjentów nieważne są pomięte wykładziny, dziury w ścianach. To mnie mobilizuje, żeby zapewnić im opiekę na poziomie. Dlatego szybko żegnam się z pracownicami, które źle zwracają się do pacjenta. Braki kadrowe niesamowicie dają mi w kość. Wydzwaniam do naszych pielęgniarek i żebrzę, by wzięły następny dyżur. „Ewcia, dla ciebie i dziewczyn to robię”, mówią. Kolejnego weekendu nie spędzą z rodziną. Wszystkie nasze dziewczyny są w wieku 50+. Miałam jedną młodą, ale oczekuje dziecka. Urlop będzie. Na R są dwie młode w ciąży. Ta jedna pięć lat starała się o dziecko. Teraz wszyscy się cieszymy, że w końcu jej się udało. Bo wiele z nas ma kłopot z zajściem w ciążę, organizm wariuje od pracy zmianowej. Po dyżurze człowiek nie może zasnąć. Pije się kawę i leci do pracy. A raz, pamiętam, zasnęłam po ciężkiej nocy w autobusie, obudziłam się na pętli. Ale… kocham tę robotę, mam powołanie. I uważam to za piękne, jak pacjent dziękuje za uratowanie życia, spotkanie dwojga oczu… tego się nie zapomina. Jak dziękuje rodzina. Wdzięczność ludzka jest nie do przecenienia. Nie wiem, jak kolejne pokolenia do tego podejdą.

Ewa czasami koło południa uświadamia sobie, że nie była od rana w toalecie. Przed odprawą klepie statystykę covidową: respiratory, tlenoterapia. Zaparza kawę i ona stoi do godz. 12. Albo wrzuca do kubka torebkę herbaty i ta sobie leży kilka godzin. Woda wstawiona, zagotuje się, ale ktoś coś chce, Ewa zapomina o tej wodzie. Nigdy nie wychodzi z pracy o 14.30, siedzi przeważnie nad papierami do godz. 16-17. – Wiem, że tak trzeba, nie odbieram sobie potem tych godzin. Moje dziewczyny również nie zabierają torebki i nie pędzą do domu. Tu szkolenie, tam coś się dzieje…

Teraz czkawką odbija się ograniczenie przyjmowania na zabiegi planowe. Wiele z nich w Bródnowskim robili niemal w podziemiu, bo wiedzieli, że bez interwencji pacjent umrze. Kardiologia to nie endoproteza kolana, bez której pacjent przeżyje, tylko będzie miał gorszy komfort życia. Jak na czas nie wymieni się baterii w stymulatorze serca, pacjent umrze. Jak nie dokończy za powiedzmy dwa tygodnie kolejnego etapu zabiegu hemodynamicznego, też może umrzeć. Jeśli ktoś blokuje takie działania, zagraża życiu pacjentów.

Chaos na internie, cisza na onkologii

– Dla mnie na onkologii najtrudniejsze są okaleczenia twarzoczaszki, młodzi ludzie bez oka, bez kończyn… Do tego nie można się przyzwyczaić. Gdy po raz pierwszy trafiłam na onkologię, przeraziła mnie pacjentka, która zdjęła perukę – opowiada Karolina, pielęgniarka onkologiczna, wcześniej przez 15 lat na internie. – W tej pracy żaden dzień nie jest taki sam, niczego nie można zaplanować. Stały jest tylko raport, informacja o każdym pacjencie, którą trzeba zostawić na koniec zmiany. Na odprawie mowa o pacjentach, potem jeszcze coś i jeszcze. Zamiast o godz. 7 wychodzimy o 7.30. Żyjemy życiem pacjentów, obciążają nas swoimi problemami. To nie jest tak, że wychodzisz, zamykasz drzwi i odcinasz się od pracy. Czasem nie przestaję myśleć o tym, co mi pacjent powiedział. W domu biorę prysznic i o godz. 23 przypomina mi się, że czegoś nie powiedziałam koleżance. Wyskakuję, dzwonię do niej. To samo na urlopie. Zazwyczaj jest krótki: latem dziesięć dni, najwyżej dwa tygodnie, żeby każda z nas miała szansę choć trochę wypocząć.

Piguły, strzykawy, siostry – tak pacjenci nazywają pielęgniarki. Młodszym koleżankom przeszkadzają te siostry. Wolą „proszę pani”. Czasem coś je brzydzi, muszą np. zmienić cuchnący opatrunek i przy tym ukryć swoje emocje, żeby pacjentowi nie zrobić przykrości. Dobrze, że teraz są maseczki. Pacjenci często krępują się lewatywy, cewnikowania. Gdy Karolina była młodsza, też się wstydziła tak samo jak pacjent.

Na internie było więcej nagłych przypadków, dużo ludzi starszych, leżących długo. W powietrzu unosił się specyficzny zapach moczu i środków dezynfekcyjnych. Przyjeżdżali pacjenci z wieńcówką, dusznością, cukrzycą do dalszej diagnozy. Najokropniejsze były noce. Nigdy nie było wiadomo, kto i w jakim stanie trafi. Raz w środku nocy przywieźli bezdomnego. Policjanci znaleźli go w śmietniku. Karolina przez rękawiczki czuła, jak bardzo jest zimny. Długa reanimacja nie pomogła, zmarł. Tego nie da się zapomnieć. Albo wielu młodych ludzi po przedawkowaniu i ich niedowierzający rodzice: „To niemożliwe, ktoś go namówił, nie mój syn!”. Bardzo dużo pijaków z zespołem odstawiennym. Widzieli myszki, robaczki, pajączki, wyzywali. Trzeba było ich umyć, ogolić, odwszawić.

Na onkologii nie ma takich nagłych przypadków jak na internie. W covidzie pacjenci onkologiczni podupadli psychicznie, rodziny nie mogą ich odwiedzać, pojawiły się stany depresyjne. To nie pomaga w leczeniu. Młodzi mają telefony, tablety i to ich ratuje, są biblioteczki z literaturą najnowszą uzupełniane przez wolontariuszy. Starsi przestają jeść, pić, nie chcą brać leków. Nie pomagają psycholodzy, psychiatrzy, ludzie potrzebują kontaktu z bliskimi. Ilekroć Karolina wchodzi na salę, wiszą na telefonie, rozmawiają z rodziną, koleżanką.

Na oddziale jest 30 pacjentów. Każdą czynność Karolinie przerywa dzwonek. „Siostro, jeszcze nie dostałem leków”. „No, nie dostał pan, bo nie mam zlecenia od lekarza”. Karolina goni więc lekarza, żeby podpisał zlecenie. Sama nie może podać antybiotyku czy opioidu. Sanitariusze prowadzą chorych na badania, a pielęgniarki karmią ich przez sondy, przez PEG, czyli przezskórną endoskopową gastrostomię umożliwiającą podanie pokarmu do żołądka. Salowe, owszem, podają basen. Ale ich także jest za mało, więc pielęgniarki również podają. Tak samo karmią chorych posiłkami stałymi, bo nie chcą, żeby kompletnie wystygły. I bez tego są okropne. Kiedy przy szpitalach były kuchnie, jedzenie było zdecydowanie lepsze niż obecnie z cateringu. A rodziny nie mogą ot tak sobie przyjechać nagle z drugiego końca Polski, żeby podrzucić choremu smakołyki. Dietetycy dbają więc o zapewnienie odpowiedniego jedzenia przemysłowego, tzw. nutridrinków.


Średnia wieku 50+

W polskich szpitalach i placówkach medycznych pracuje 233 tys. pielęgniarek i 28 tys. położnych. Wskaźnik liczby pielęgniarek na 1000 mieszkańców wynosi obecnie 5,2; średnia unijna to 9,4. Państwa kojarzone z lepszą jakością życia i usług publicznych, kraje skandynawskie czy Niemcy, zatrudniają więcej pielęgniarek niż lekarzy. Jeszcze dekadę temu średnia wieku pielęgniarek wynosiła 42 lata, obecnie to 53 lata i rośnie. Starsze pokolenie odchodzi na emeryturę i nie jest zastępowane przez młodszą kadrę.



Wybudzam się, serce wali

Karolina ma uszkodzony kręgosłup lędźwiowy. Gdy jadą z pacjentem na badanie RTG, z koleżanką muszą go przenieść, nawet jeśli to ważący 100 kg mężczyzna. Zanim zdąży choremu powiedzieć, jak może jej pomóc w dźwiganiu, odpowiednio układając ciało, on już wisi całym ciężarem na niej. Myją pacjentów we dwie i muszą sobie poradzić.

Karolina często wybudza się w nocy, serce jej kołacze. Gdy dzwoni telefon, odpowiada nazwą oddziału. Nie może zasnąć, a za chwilę ma następną nockę. A jeszcze rodzinę i dom trzeba ogarnąć. W ostatnią Wielkanoc była w pracy, to przykre.

Miała problemy z zajściem w ciążę. Zabija ją pęd z pracy do pracy, bo mało płacą. Byle co zje, czymkolwiek popije… Jeśli w ogóle, bo zdarza się, że wypija tylko kawę na odprawie. Rzadko zamawiają z koleżankami pizzę. Raczej przynoszą z domu swoje jedzenie. Same zrzuciły się na kuchenkę mikrofalową. Wystarczy, że każda z nich zostanie przy jednej pracy i nie potrzeba strajku – system nie da rady.

Karolina: – Pacjenci walą do nas ze wszystkimi problemami; nie do salowej, kuchenkowej, tylko do nas: że jedzenie niedobre, kran cieknie, karaluch przeszedł po podłodze. Że boli, że krwawi, że nie ma wypróżnienia. Po inwazyjnych zabiegach trzeba zmieniać opatrunki. Mało nas, czas pędzi, chorym onkologicznym, po chemioterapii trudniej założyć wenflon, żyły pękają, są zrosty. Wiesz, ile jeszcze powinnaś zrobić, a jesteś w lesie. Roszczeniowość trzeba brać na spokojnie. Nie zawsze się udaje. Na przykład wprowadzam zlecenia, sprawdzam badania, a pacjent mi na to, że nic nie robię, że sobie gram na komputerze. Albo nocą włączę sobie cichutko telewizor i robię papiery. Bo toniemy w papierach, czasami zostajemy długo po dyżurze, żeby je wypełnić. W moim szpitalu jest papierowy obieg dokumentacji, w wielu innych elektroniczny. A pacjent: „Siostra telewizję ogląda, a nie przyjdzie do nas”. Idę, sprawdzam, czy wszystko w porządku, to są wściekli, że ich wybudzam. Jednemu przyłączam kroplówkę, drugi wściekły, bo nie może spać.

Czasem chory gdzieś wyjdzie i szuka się go po całym szpitalu. Teraz, w pandemii, trudniej opuścić szpital, bo przy wejściu stoi żołnierz. Ale wcześniej zdarzało się poszukiwanie, dzwonienie, policja. A pacjent pojechał sobie do domu, nie mówiąc ani słowa, bo mu się znudziło. Gdyby coś mu się stało, winne byłyby pielęgniarki, bo nie dopilnowały.

Najtrudniej psychicznie jest, gdy przychodzą pacjenci do leczenia paliatywnego. Tak niewiele życia im zostało – matkom małych dzieci, młodym mężczyznom, którym miesiąc wcześniej urodziło się dziecko…

Pielęgniarką Karolina chciała zostać, od kiedy pamięta. Nie zamieniłaby tej roboty na żadną inną. Czasem jest rozgoryczona, zła, przychodzi do pracy, pogada z koleżankami i złość odpływa.

– Przydałby się dwa razy w ciągu kariery urlop dla poratowania zdrowia, jak mają nauczyciele. Nie tylko fizycznego, ale też psychicznego. Przecież ciągle jesteśmy z ludźmi, dopada nas wypalenie zawodowe. Po ciężkim dyżurze przydałyby się rozmowy z psychologiem. Teraz w dodatku część koleżanek choruje na covid. Najczęściej na oddział trafiają pacjenci po wymazie. Czasami w trakcie leczenia okazuje się, że są dodatni, i wtedy musimy przebierać się w stroje ochronne. Bardzo współczujemy koleżankom z oddziałów covidowych. Już dawno zrezygnowały z malowania się. Po trzech godzinach w stroju ufoludka w butach chlupie woda. Te stroje, szczególnie na początku pandemii, trzeba było oszczędzać, więc pielęgniarki nie piły. Mdlały z odwodnienia.

Po dyżurze Karolina jest mokra i zmęczona, dobrze, że teraz w komunikacji miejskiej maseczki są obowiązkowe, bo nie widać, jak jest sponiewierana. Część koleżanek wyjechała za granicę. Okazuje się, że tam wiele rzeczy, które w Polsce wykonują pielęgniarki, robi lekarz. Szczerze? Nie chciałaby, żeby córka została pielęgniarką. Poza ciężką pracą fizyczną Karolina ciągle się dokształca, kończy kursy, specjalizacje, non stop nowa wiedza.

Pielęgniarki nikt nie rozumie tak dobrze jak druga pielęgniarka. Na oddziale wspierają się. Ich poczucie humoru może się wydawać dziwne. Czasami chichoczą z czegoś, co dla kogoś z boku wcale nie byłoby zabawne. Taki humor sytuacyjny niewychodzący poza mury oddziału onkologicznego. Odskocznia dla kobiet. Bo w tym zawodzie prawie nie ma mężczyzn i to nie jest dobre.

Karolina mimo zmęczenia promienieje. – Praca sprawia mi przyjemność. Jak pacjent wychodzi ze szpitala i mówi: „Dziękuję, do widzenia”, to jest naprawdę miłe. Czasem wraca po pół roku, po roku, wciąż pamiętam twarz, ale nie pamiętam nazwiska. My naprawdę niczego od pacjentów nie oczekujemy, żadnych dowodów wdzięczności. Wystarczy „dziękuję”. Mam nadzieję, że młodsze koleżanki będą miały lepiej, że coś się zmieni. Jednak zaczynam wątpić w poprawę, gdy tak jak ostatnio dostajemy maseczki, po których skóra jest podrażniona, na twarzy pojawia się wysypka. Rękawiczki zaś rozpadają się przy próbie założenia, takie zleżałe. Czy więc młodszym koleżankom będzie się pracowało lepiej?

b.igielska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Marek M. Berezowski/REPORTER

Wydanie: 23/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy