W kolejce po życie

W kolejce po życie

Grecki rząd nakazał uchodźcom w Idomeni przeniesienie się do innych obozów. Nie napisano tylko gdzie, a najbliższe obozy są przeludnione

W Polykastro wszyscy wiedzą, że przyjezdni, którzy pytają o Park Hotel, nie wybierają się tam w celach turystycznych. Jeszcze niedawno położony tuż przy trasie do granicy z Macedonią hotel świecił pustkami. Jeśli nawet zabłąkał się tam jakiś podróżnik lubiący mało uczęszczane ścieżki, nie zabawił długo. Wszystko się zmieniło, kiedy sąsiad z północy w obawie przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu postanowił zamknąć granicę, zatrzymując w ten sposób w Grecji dziesiątki tysięcy ludzi.

Przygraniczne Idomeni, z którego dotychczas uchodźcy dostawali się do Macedonii bez większych przeszkód, okazało się dłuższym przystankiem. Europa nie chce ich przyjąć, a wymęczona kryzysem finansowym i polityką zaciskania pasa Grecja wije się, niepewna, jak w zaistniałej sytuacji postąpić.

Według danych Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR) na początku maja na terytorium lądowym Grecji przebywało prawie 46 tys. przybyszów, a na greckich wyspach dodatkowe 8 tys. Siedzący przy biurkach w klimatyzowanych pomieszczeniach urzędnicy oszacowali, że Grecja jest w stanie przyjąć odpowiednio 34 150 i 7450 uchodźców. Poza nielegalnymi obozowiskami, takimi jak to w Idomeni, powstały więc strzeżone przez wojsko obozy. Większość z nich ma dziś więcej mieszkańców, niż może pomieścić. W znajdujących się najbliżej Idomeni obozach Cherso i Nea Kavala żyje po 4 tys. osób, choć ich pojemność oceniono tylko na 2,5 tys.

W hotelu

Tymczasem pobliskie Polykastro przeciera dziś oczy, obserwując paradę narodowości, które przewinęły się tędy w ostatnim czasie. Kiedy świat obiegła wiadomość, że rzesze uchodźców zostały zatrzymane na granicy, pojawili się pracownicy humanitarni, a przede wszystkim wolontariusze z Grecji i innych krajów. Znajdujący się w miasteczku Park Hotel zamienił się w centrum koordynacji pomocy, stał się miejscem spotkań i odpoczynku wolontariuszy po pracy.
Przy wejściu do hotelowej restauracji powieszono tablicę z ważnymi informacjami i poradami, jak należy się zachowywać, by nie narazić się greckiej policji, która w ostatnim czasie dokonywała zatrzymań wolontariuszy:

• Nie noście przy sobie gazu pieprzowego ani noży, również tych kuchennych, przydatnych w przygotowywaniu jedzenia do dystrybucji – mogą one być uznane za nielegalną broń.
• Nie rozpowszechniajcie materiałów, które mogą być traktowane jako polityczne, również na swoim prywatnym profilu na Facebooku.
• Gdy zostaniecie zatrzymani – nie podpisujcie niczego w niezrozumiałym języku.

Tablica ogłoszeń codziennie się zmienia. To na niej widać, gdzie najbardziej brakuje rąk do pracy. Na miejsce kryzysu przyjechały zarówno większe organizacje międzynarodowe, np. Lekarze bez Granic czy Save the Children, jak również utworzone spontanicznie grupy, chcące pomagać koczującym w namiotach ludziom. Przygotowują i rozdzielają jedzenie, sortują i rozdają ubrania czy inne przedmioty znajdujące się w magazynie, prowadzą punkt, w którym kąpane są dzieci, a bardziej wyspecjalizowane organizacje zapewniają uchodźcom pomoc medyczną.!

– Sytuacja jest dość chaotyczna, ale wierzcie lub nie, było gorzej – mówi Phoebe, energiczna blondynka, która codziennie prowadzi spotkania dla nowych wolontariuszy. Sama przyjechała do Idomeni dwa miesiące temu. Wtedy było tu może dziesięcioro wolontariuszy. Po kilku tygodniach już ok. 200. – Pomyśleliśmy: o Boże, musimy się jakoś zorganizować!

W końcu, jak opisuje Linda Polman, autorka książki „Karawana kryzysu”, nieprzemyślaną pomocą mimo najlepszych chęci można znacznie bardziej zaszkodzić, niż pomóc. A ogromna liczba ludzi, którzy przyjechali w tamtym czasie do Idomeni, mogła dodatkowo spotęgować chaos w miasteczku. – Ciągle jednak walczymy o wolontariuszy, wszyscy koordynatorzy projektów potrzebują rąk do pracy, ledwo wypełniając zmiany w grafiku – tłumaczy młoda dziewczyna.

Poza samym obozem Idomeni są jeszcze stacje benzynowe BP i EKO oraz hotel Hara, na terenie których uchodźcy również rozłożyli namioty. W każdym z tych miejsc potrzebna jest pomoc.

Na spotkaniach Phoebe poucza nowych wolontariuszy, by nigdy, przenigdy nie podawali fałszywych informacji o otwarciu granicy i w żaden sposób nie zachęcali uchodźców do jej szturmowania. – Nie chcę więcej widzieć nieprzytomnych dzieci – wzdryga się na wspomnienie dnia, gdy macedońska straż graniczna użyła przeciw uchodźcom chcącym przekroczyć granicę gazu łzawiącego i gumowych kul. Gaz unosił się później nad namiotami, a cierpieli wszyscy: i dzieci, starcy czy kobiety w ciąży, i wywołujący zamieszki.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 22/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy