Wesołe bufety teatralne

Wesołe bufety teatralne

Czyli anegdoty o mistrzach z notesu Krystyny Gucewicz

Część 1
Szymon Szurmiej
Aktor na scenie i w życiu. Reżyserowanie świata wokół siebie miał we krwi, w genach, charakterze i temperamencie. Egzemplarz absolutnie niepowtarzalny. Osobowość tajemnicza i magnetyczna – wszystko to spowodowało, że napisałam książkę o Szymonie i żałuję tylko jednego: że nie zaakceptowano mojego tytułu: „Szymon sztukmistrz”.

Za to zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie powstała płyta, na której Szymon nagrałby swoje żelazne anegdoty. Zapis brawury, niepowtarzalny kabaret jednego aktora, zabawny do zwariowania, bo taki był Szymon i jego nałóg rozsiewania śmiechu. Coś mi świta, że była o tym mowa, kiedy pisałam książkę o Szurmieju, człowieku instytucji, artyście i przyjacielu wielkiego serca.

Każdego potrafił ująć swoim poczuciem humoru, awantury reżyserskie natychmiast wymazywał pojednawczym żarcikiem, rzucanym od niechcenia. Miał jakiś wewnętrzny kompas, który go przeprowadził przez naprawdę bujne życie, przez kraje, wojny i zesłania. A w każdej sytuacji szukał dystansu i pogody. Taki miał charakter. Nie pielęgnował w sobie nienawiści, narzekanie zostawiał innym.

À propos narzekania. Opowiadał o niezadowolonym szewcu Morycu:

– Oj, Pan Bóg źle urządził ten świat – narzeka Moryc.

Żona wtrąca:

– Chcesz powiedzieć, że wyszłoby lepiej, gdybyś ty urządzał?

– Niektóre rzeczy na pewno lepiej.

– Które?

– Buty!

Z małżeńskich pogaduszek najbardziej lubiłam tę:

Sara przytula się do męża, który już przewracał się na drugi bok.

– Powiedz mi coś miłego…

– Co?

– Na przykład, że jestem ładna.

– Jesteś ładna.

– Powiedz, że mnie kochasz.

– Kocham cię.

– Może wreszcie powiesz coś od siebie!

– Dobranoc!

Szymon był za pan brat z całym światem. Taka miłość absolutnie wzajemna, zresztą jak w małżeństwie z Gołdą Tencer. Chodzą słuchy, że zakochał się w niej i jednocześnie w… pysznej wątróbce, przyrządzanej przez jej mamę Sonię. Kiedy zapytałam w książkowej rozmowie o tę drogę przez żołądek do serca mężczyzny, wykpił się.

– Posłuchaj. Jest taki dowcip. Duszyczki błąkają się potępione, a która zdobędzie się na odwagę, prosi:

– Panie Boże, spuść mi drabinę, niech będzie taka wysoka, żebym się mogła dostać do nieba. Niech będzie taka długa, ile razy zgrzeszyłam.

Łup! I pojawia się wielka drabina z ziemi do nieba. Jedna biedna uratowana.

Druga zobaczyła i prosi o to samo – i znowu udało się, jest drabina do samej góry.

Trzecia woła do Pana Boga, a on spuszcza drabinę tylko do dachu, nie da się wdrapać, bo za wysoko. Jaki stąd morał? Dziewczyny, nie zamykajcie sobie drogi do nieba!

Tak było zawsze. Przechodził obok znajomych, łapał ostatnie słowo z ich rozmowy i już żartował.

Chaim przyprowadza dwa psy do dyrektora cyrku.

– Mam dla pana fantastyczny numer – zachwala. – Kruczek śpiewa, Azorek akompaniuje mu na fortepianie.

– Pan żartuje. Nie mam czasu na wygłupy.

W tym momencie Azorek siada do fortepianu, Kruczek zaczyna śpiewać arię z „Cyrulika sewilskiego”. Dyrektor cyrku osłupiał.

– Panie, biorę! Wszystkie pieniądze, co za numer! Tylko niech pan powie, jak to się robi?

– Mówię jak na spowiedzi. Gra i śpiewa Azorek, a Kruczek to g ó w n o umie!

Z serii farmaceutycznej.

Chaim przychodzi do apteki. Prosi o aspirynę dla żony. Kupuje, wychodzi. Nagle, w rozwianym fartuchu, wypada za nim aptekarz.

– Panie Chaim, proszę czekać, pan zawróci!

– Co się stało?

– Pomyłka! Ja panu dałem zamiast aspiryny strychninę!

– Jaka to różnica?

– Dwa pięćdziesiąt.

Chaim zagadnął sąsiada:

– Poratuj. Jesteśmy rówieśnikami, na ciebie baby lecą. Powiedz, jak ty to robisz?

– Jem pumpernikiel.

Chaim pędzi do sklepu, kupuje dziesięć opakowań pumpernikla.

– Po co panu tyle? – pyta sklepowa. – Połowa panu stwardnieje!

– Aaa, to proszę jeszcze dziesięć!

The Best:

Ogłoszenie na drzwiach synagogi: „Proszę wchodzić bez nakrycia głowy. Gdybyś nie zdjął, to tak, jakbyś popełnił cudzołóstwo!”.

Dopisek: „Próbowałem jednego i drugiego. Kolosalna różnica!”.

Nie potrafię opowiadać tak jak Szymon. Ale może się uda zanotować z pamięci. Jest taka osobna seria kawałów o Rotszyldzie. Najpopularniejszy:

– Co byś zrobił, gdybyś miał tyle pieniędzy, co Rotszyld?

– Ciekawe, co on by zrobił, gdyby miał tyle pieniędzy, co ja.

Teraz najdłuższy:

Chaim wyrusza po pożyczkę do Rotszylda. Wkłada najlepsze ciuchy, zjawia się w drapaczu chmur milionera, w recepcji oświadcza:

– Ja do pana Rotszyld.

– Proszę pójść do pokoju numer trzy.

W pokoju numer trzy Chaim powtarza:

– Ja do pana Rotszyld.

– Zapraszamy, biuro na dziesiątym piętrze.

W tym biurze Chaim niezmiennie pyta o Rotszylda.

– Pan będzie uprzejmy zgłosić się pod numerem osiem na trzynastej kondygnacji.

Bez zmian: Chaim, że do pana Rotszylda.

– Pan Rotszyld oczekuje, gabinet w apartamencie na dziewięćdziesiątym piętrze.

Chaim wchodzi, sekretarka wzywa ochronę, wyrzucają go za drzwi. Odbywa tę samą trasę, tylko w dół. Na parterze dostaje kopniaka, wylatuje na ulicę.

Wraca do domu, żona pyta:

– Byłeś?

– Byłem.

– Załatwiłeś coś?

– Nic nie załatwiłem. Ale jaka organizacja!

Jak by to wszystko skomentował Szymon? Jak zwykle.

– Pisz, pisz. Mnie to nie dotyczy, jak powiedział facet ugryziony przez psa w protezę.

Piotr Fronczewski
Człowiek orkiestra. Podobno tę charakterystykę wymyślił wcześniej Jerzy Jurandot, mając na myśli Irenę Kwiatkowską, ale oszałamiającą popularność zdobyła z powodu Piotra. Już od początku jego kariery zachwycona Warszawa mówiła: „Fronczewski? Może zagrać nawet książkę telefoniczną”. Pewnie tak. Od Hamleta do Pana Kleksa i Franka Kimono jest jakieś tysiąc mil podwodnej żeglugi – dla Fronczewskiego to bułka z masłem. Potrafi wszystko. Nieśmiertelna „Kolacja dla głupca” w Ateneum i „Ja, Feuerbach”, dramatyczny monolog starego aktora, odważnie przez Piotra podjęty po wielkim Łomnickim. Kabaret pod Egidą, setki filmów, teatralnych i telewizyjnych premier, mnóstwo seriali, medal za „Rodzinę zastępczą”, z którą telewizyjna publiczność zapewne nigdy się nie rozstanie. I wdzięk, i charme, i skromność. Fronczewski zawsze staje jakiś krok, może dwa za samym sobą, przepraszająco się uśmiecha albo chowa za żart.

Jest chodzącą encyklopedią teatru w anegdocie. Nic dziwnego – pół wieku sławy wśród sław. Zwariowane plany filmowe, wesołe bufety teatralne, i to gdzie – w Narodowym, Dramatycznym, Współczesnym, w Polskim, Studio, w Ateneum.

Powiedzmy taka historyjka. Ogłoszenie na tablicy: „Uprasza się podczas spektaklu nie rozmawiać za kulisami, gdyż kolega Świderski powtarza wszystko na scenie”. Słodkie, prawda? A złośliwostka trafia w sedno: wielki aktor Jan Świderski nie przepadał za uczeniem się całej roli na pamięć i nałogowo korzystał z podpowiedzi suflerów. Tylko z ostatnią, fenomenalnie zagraną rolą Firsa w „Wiśniowym sadzie” nie miał kłopotu – ten wierny sługa szepcze tylko kilka słów.

À propos uczenia się „na pamkę”. W telewizyjnym show „Siedem pokus” uwielbianego Fronczewskiego pokazywaliśmy w niezapomnianym duecie z Tadeuszem Rossem. Kultowe radiowe „Rossmówki” po latach wywoływały takie same salwy śmiechu. Kłopot był tylko z tekstem: żaden śmiertelnik nie chciałby uczyć się na blachę tych pogmatwańców-łamańców słownych – nie do zapamiętania. Robiliśmy więc tak. Aktorzy siedzieli na widowni za plecami umówionej pary, która miała na ramionach przyklejone kartki z tekstem – taki prototyp promptera. Żeby nie było widać ruchu gałek ocznych, obaj panowie występowali w ciemnych okularach, zupełnie jak bracia W. w „Matrixach”. Było super! Bulba!

Piotr ma niesłychany talent opowiadania zabawnych tekstów, bon motów, zdarzeń. Z kamienną twarzą, charakterystyczną modulacją głosu, łobuzerskim błyskiem w oku i ledwie zauważalnym ćwierćuśmieszkiem rozwali każdego.

W teatrze mówi się: ugotuje. To znaczy w niespodziewanym momencie wybije z roli, zbije z pantałyku. Znam taką opowieść Piotra, brawurową, ale też numer był przedni. Działo się to we Współczesnym, w niezapomnianych latach dyrekcji Erwina Axera; i repertuar, i stawka aktorska nigdy i nigdzie w tak wybitnej konstelacji nie zostały doścignięte. Akurat grano pastorałkę Brylla, gdzie wybitni aktorzy wykazywali się lirycznym kunsztem komediowym. Niezwykle popularni dzięki telewizyjnemu „Kabaretowi Starszych Panów” Mieczysław Czechowicz i Wiesław Michnikowski również. Nie pierwszy raz ratowali się żartami w codziennej pracy wieczorową porą. W „Po górach, po chmurach” mieli m.in. taką scenkę, w której Czechowicz – praojciec Adam trzyma lejce, a Michnikowski – wół prowadzi swego pana bliżej rampy, gdzie ten wykonuje piosenkę. Zatrzymują się, jak w życiu, kiedy woźnica ściągnie lejce. Tymczasem, kiedy Czechowicz szarpnął sznurek, pod ogonem wołu zapaliła się czerwona lampka „stop”. To majsterkowicz Michnikowski zamontował światełko i rozmontował przedstawienie: Czechowicz dusił się ze śmiechu i zupełnie nie mógł wyśpiewać swojej piosenki. Dyrektor Axer interweniował natychmiast, żart został zakazany. Michnikowski myślał i wymyślił. Już na następnym przedstawieniu, kiedy Czechowicz szarpnął lejce, zobaczył wysuwającą się spod ogona wołu tabliczkę z napisem: „Uwaga! Brak stopu!”. Nic dziwnego, że znowu się ugotował.

Oczywiście nieudolnie streszczam. Ale gdybyście słyszeli Piotra!

Fronczewski ma w repertuarze całą serię scenek ze SPATiF-u. Ten tajemniczy szyld od zawsze kojarzył się nie tyle ze Stowarzyszeniem Polskich Aktorów Teatru i Filmu, ile z knajpą na parterze w Alejach Ujazdowskich 45, gdzie wielu miało stolik na całą dobę, oprócz śniadań. Janusz Minkiewicz, poeta i musical-man, Józef Prutkowski, humorysta, Jan Himilsbach – już pisarz, za chwilę aktor, a razem z nim jak brat bliźniak Maklak – aktor niezwykły, Zdzisław Maklakiewicz. W szatni legendarny pan Franio, dla którego – podobno – nie było rzeczy niemożliwych (paszporty, dolary, kryształy itp.). Blask SPATiF-u wypłowiał, zszarzał już w erze polskiej prohibicji, co odczułam na własnej skórze.

– Zrób coś z tym, nie ma gdzie wypić! – krzyczał Rysio Pietruski. – Jesteś krytykiem teatralnym w najpopularniejszej gazecie. Pisz! Jak upadają obyczaje, ginie teatr!

Miał rację. Wtedy zaczął się początek końca i lokal już nigdy nie dorównał legendzie. Stoliki też odeszły w przeszłość. Zabawne. Ostatni stolik w tym miejscu miałyśmy we dwie ze Sławką Łozińską. Coś w rodzaju plotkarni, poradni duchowej i zawodowej. Miał rację Kazimierz Kutz, kiedy nas nazwał naiwnymi dziewczynami; epoka już była inna. Ale co się udało, to się zrobiło – m.in. uknułyśmy, żeby obsadzić Ankę Chodakowską (mieszka w pobliżu) u reżysera Stasia Różewicza w „Starej kobiecie…”. Zagrała świetnie. Takie koleżeńskie podpowiedzi nie są niczym nadzwyczajnym. Jerzemu Kawalerowiczowi podpowiedziałam Michała Bajora do roli Nerona, Romkowi Szejdowi Ewę Ziętek i Ankę Chodakowską do „Harcerek”. I muszę się pochwalić, że wcześniej nikt Chodaka nie podejrzewał o talenty komiczne, które ma, i to w dużym rozmiarze.

Jeśli się w knajpie było, to się piło. W tym temacie od zawsze cytowany był najdowcipniejszy Minkiewicz, czyli Minio, niewidywany bez szklaneczki whisky. Pytany o to, ile zazwyczaj pije, odpowiadał: „Zazwyczaj pół litra, ale to wtedy, kiedy w ogóle nie piję”. Lekcje w tej sprawie pobierała u Minkiewicza Marysia Czubaszek i potem zawsze cytowała zalecenie mistrza: „Piłaś, nie jedz!”. Pozostała dobrą uczennicą.

Wspomnienia. Fronczewski potrafi je ożywiać jak rzadko kto. W jego opowieściach często pojawia się Mistrz Holoubek, guru i przyjaciel, mędrzec i facecjonista, wyznawca dobrego smaku, ironii i czystego rozumu. Słowa, którymi Aktor żegnał Mistrza podczas ceremonii pogrzebu, stały się odbiciem najwyższych wartości sztuki i człowieczeństwa, przejmujące Credo skierowało myśli ku niebu.

Pamiętam taki wieczór w Akademii Teatralnej na Miodowej. Rozmowy o teatrze toczą Wojciech Pszoniak i Piotr Fronczewski. Obydwu trudno odmówić swady i poczucia sensu. Jest zajmująco, błyskotliwie, erudycyjnie. Nareszcie bezradny moderator – z litości nie utrwalmy jego nazwiska dla potomnych – wytacza najcięższe działo:

– Panie Piotrze, co robić, aby teatr nareszcie sprostał wymaganiom współczesności, stawiał pytania aktualne dzisiaj?

– Szanowny panie… – Fronczewski zawiesił głos. – Od tysiącleci teatr stawia te same pytania. O Dobro, Zło, Boga, Prawdę. O marność i wielkość człowieka, piękno i ułudę, godność i podłość. One są cały czas aktualne.

I tak mogłabym „dookoła Piotra” nieskończenie. Podejrzewam, że on sam kluczy pomiędzy takimi historyjkami a własną wrażliwością, którą chowa w teatralnych kostiumach, rozbrajającym uśmiechu, wirtuozerii zawodowej. Sobą tylko bywa.

Posłałam mu wiersze. Zadzwonił, że… Napisał:

„Kochanej Małej Krystynce z umiłowaniem za Jej wersję Apokalipsy z niesłabnącą czułością i przyjaźnią ulubiony emeryt Piotr Fronczewski”.

Esemesy też podpisuje teraz: „Twój emeryt pf”.

Na szczęście to tylko niezobowiązująca zmiana nazewnictwa.

Fragmenty książki Notes Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie, wyd. Arkady, Warszawa 2018

Wydanie: 31/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy