Czy tolerancja może być przyjemna?

Czy tolerancja może być przyjemna?

Queerowanie Wajdy i świeże spojrzenie na skostniałe reguły sztuki to wizytówka krakowskiego festiwalu

Już po raz szósty Kraków podjął udaną próbę szerzenia tolerancji. Czterodniowy festiwal (16-19 kwietnia) „Kultura dla tolerancji” przyciągnął setki młodych ludzi. „Festiwal jest dla jego uczestników, nie dla medialnej wrzawy. Organizują go osoby z dość dużym poczuciem humoru i absolutnym brakiem kompleksów”, powiedział Łukasz Maciejewski, dyrektor artystyczny festiwalu. I to dało się odczuć na każdym kroku. W festiwalu uczestniczyli nie tylko ludzie z poczuciem humoru, ale sporym dystansem i ogromnym zaangażowaniem. Niegdyś festiwal składał się z wydarzeń artystycznych i marszu tolerancji. W tym roku: „Odseparowaliśmy się od marszu. Co roku w prasie pisze się tylko o nim i tracą na tym wydarzenia, które mu towarzyszą. Postanowiliśmy więc zaeksperymentować i postawić na stronę artystyczną”, mówi Anna Taszycka, jedna z kuratorek imprezy.

Queerowanie sztuki

Poziom artystyczny tegorocznej „Kultury dla tolerancji” był wysoki. „Naszym celem jest organizowanie wydarzenia na najwyższym poziomie. A to oznacza poziom międzynarodowy”, mówi Łukasz Maciejewski. Festiwal przebiegał pod hasłem „Sztuka dla przyjemności” i oscylował wokół tematyki queer – dziedziny badań społecznych powstałej na początku lat 90. XX w. w ramach kulturoznawstwa, dotyczącej gejów, lesbijek, osób biseksualnych i transgenderowych (których płeć biologiczna nie tylko niezgodna jest z płcią psychiczną, ale u których identyfikacja ze swoją płcią biologiczną i kulturową, czyli tradycyjnie przypisanymi rolami społecznymi kobiety i mężczyzny osiąga różne natężenie).
Wydarzeniem festiwalu było zaproszenie brytyjskiego badacza kina i kultury popularnej Richarda Dyera, którego wykład o elementach queerowych w hollywoodzkim kinie czarnym nie zmieścił wszystkich uczestników w sali. Dużą frekwencją cieszyły się też wernisaże fotografa Slavy Mogutina „Lost boys” i polskiej artystki Laury Paweli „Terrorismo Lesbico” (której pewna krakowska firma nie chciała wydrukować plakatów do tej wystawy). Tradycją krakowskiego festiwalu jest Queer Cafe – spotkania na temat zagadnień istotnych dla osób „nieheteronormatywnych”, sprzeciwiających się poglądom zakładającym, iż tylko relacje seksualne i związki między osobami przeciwnej płci stanowią normę. Ideą Queer Cafe jest poruszanie tematów funkcjonujących do tej pory w dyskursie akademickim. Organizatorzy próbują umieścić je poza sztywnymi kategoriami, dlatego te spotkania odbywają się w klubach krakowskich, przy kawie lub drinku. Podejmowane w tym roku tematy to m.in.: „Literatura i androgynia”, „Marlena Dietrich – ikona”, „Sztuka i zmiana społeczna”. Odbywały się także przeglądy filmów w trzech tematach: „Bi-Space”, „Girls Only” i specjalny pokaz filmy Agnieszki Holland „Historia Gwen Araujo” o nastoletnim transseksualiście, fanie Gwen Stefani. Jednym z ciekawszych elementów był cykl „Queerowanie Wajdy”, na wieść o którym jeden z dzienników podniósł raban, twierdząc, że to „zamach na mistrza”, nie sprawdziwszy wcześniej, że organizatorzy otrzymali pozwolenie reżysera. Pod lupę badaczek dostały się filmy: „Ziemia obiecana”, „Panny z Wilka”, „Nastazja”. Tropienie wątków queerowych w filmach mistrza okazało się niezwykle inspirujące, także dla prowadzących ten cykl.

Pieniądze kontra sztuka

A mogło się nie udać, bo na każdym kroku organizatorzy napotykali opór. Nie było pieniędzy nie tylko na reklamę, lecz także na sprowadzanie filmów. Trudno było o jakiekolwiek dofinansowanie, ani złotówki nie dołożył Polski Instytut Sztuki Filmowej. Budżet festiwalu zamiast rosnąć, kurczył się. Największe wsparcie w sprowadzaniu filmów organizatorzy uzyskali z ambasad krajów, z których dane filmy pochodziły. Duże firmy wprawdzie obiecywały usługi lub produkty, ale już nie logo, czyli „pomożemy wam, ale nie mówcie o tym nikomu”. To zaskakująca postawa, gdyż w festiwalu nie chodziło o „prowokowanie tłumów” ani „propagowanie zboczeń”, ale o inne spojrzenie na sztukę. Organizatorzy pokazali, że jest wiele dróg interpretacji, zachęcali do konfrontacji, prowokowali niektórymi poglądami – wszystko w celu konstruktywnej dyskusji. Podobnie jak sztuki, nie ma sensu dzielić festiwali na gejowskie, kobiece czy heteroseksualne, ale na dobre lub złe. „Kultura dla tolerancji” jest nie tylko festiwalem dobrym, ale i potrzebnym i wyczekiwanym. Jeden z panelistów powiedział: „Ważne, że komunikat został nadany, a jeszcze istotniejsze jest to, że jest tak wielu, którzy go odebrali”. Jak się okazuje, wielkie pieniądze i nachalna reklama nie gwarantują jakości. Wymienione jednak wyżej czynniki pomagają dotrzeć do większej liczby ludzi i przyczyniają się do zorganizowania (bez niepotrzebnych nerwów i frustracji) większej liczby wydarzeń w większych salach, w których zmieszczą się admiratorzy tolerancji.

Wydanie: 17/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy