Kiedy mąż kocha wojnę

Kiedy mąż kocha wojnę

Zdrowa jednostka musi umieć być sama ze sobą

Ewa Bukowska – reżyserka filmu „53 wojny”

Na początku było w pani życiu aktorstwo. Dopiero później pojawiło się scenopisarstwo i reżyseria. Skąd taka zmiana?
– To się stało dość naturalnie. Jeśli człowiek się rozwija, jest gotowy na zmiany, to przychodzi moment transformacji. Nigdy nie mogłam poczuć w pełni, czym jest aktorstwo, nie rozwijałam się w tym zawodzie. Być może gdybym grała w teatrze, moje losy potoczyłyby się inaczej. Tymczasem w wieku dwudziestu kilku lat już pisałam scenariusze, o reżyserii zdecydowałam dość późno.

Do debiutu za kamerą prowadziła dość długa droga.
– To nie była długa droga, tylko normalny czas, w jakim możesz w Polsce zrobić pierwszy film. Byłam całkowicie uzależniona od decyzji innych ludzi. Najpierw powstała adaptacja książki Grażyny Jagielskiej „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”, która musiała zostać zaakceptowana przez wydawnictwo. Dostałam zielone światło, ale państwu Jagielskim zależało, żeby opowieść nie była w pełni o nich. Wówczas z powodów osobistych nie miałam czasu na większe zmiany w tekście. Zatem taką wersję przyjął Polski Instytut Sztuki Filmowej. Do tekstu usiadłam na nowo niemal tuż przed zdjęciami. Wtedy przyjęliśmy założenie, że historia będzie ciekawsza, jeśli zburzymy tradycyjną konstrukcję opowiadania. Operator Tomek Naumiuk dbał o perfekcję każdego ujęcia, bo nie było wiadomo, gdzie go użyjemy. Film powstał za nieduże pieniądze w 26 dni. Niestety, na realizację ostatniego dnia zdjęciowego czekaliśmy aż osiem miesięcy.

Jak wyglądały konsultacje scenariusza z Grażyną Jagielską?
– Po rozmowie z Wojtkiem i Grażyną doszliśmy do wniosku, że napiszę zupełnie inną historię. Film oparty jest na motywach z ich życia. Czerpałam z książki „Miłość z kamienia”, ale filmowy Witek nie jest Wojtkiem, a filmowa Anka Grażyną. Mam wrażenie, że książka została napisana przez osobę opanowaną, a film kipi od emocji.

Wydaje się, że Anka jest osobą słabą.
– Słabą czyni ją uzależnienie od mężczyzny. W ogóle ludzie, którzy są uzależnieni od czegokolwiek lub kogokolwiek, są słabi. Silna w nich jest tylko część destrukcyjna, ale to wiadomo. Anka właśnie dlatego się załamuje, bo się nie zgadza na brak w codziennym otoczeniu swojego mężczyzny. Z drugiej strony mam wrażenie, że to czekanie tworzy w niej nową konstrukcję psychiczną, która ją uczy pozbywania się lęków. Ona prowokuje skrajne sytuacje. Czegoś od nich oczekuje. Prowokuje wojnę tu na miejscu. Ostatecznie te prowokacje doprowadzą ją do szpitala psychiatrycznego, ale to nie dzieje się bez jej świadomego udziału. Ona nie chce czuć lęku, ona chce żyć, a życie to emocja. Anka sądzi, że skoro jej mąż kocha wojnę, to ona też chce jej doświadczyć w taki czy inny sposób. Ale to jest moja interpretacja postaci Anki. Widzom zalecam mieć własną.

Czy odejście od Witka nie miałoby większej siły?
– Ludzie są różnie skonstruowani. Z mojego punktu widzenia w życiu najważniejsza jest samoświadomość, czyli prawda o sobie. Pozwala ona tworzyć związki, w ogóle pozwala tworzyć. Czyni człowieka silnym. Tu nie chodzi o wyobrażenie o sobie, tylko o prawdę. Zatem to indywidualna sprawa. Trudno doradzać osobie, która, by odejść, musiałaby iść na odwyk. Ja jestem zupełnie inna. Jestem wojownikiem. Czasem proces, któremu się poddaję, trwa dłużej, ale sama potrafię wypracować rozwiązania. Wydaje mi się, że zdrowa jednostka musi umieć być sama ze sobą. Dlatego przyglądałam się Ance z uwagą. Ona nie ma tej umiejętności, nie potrafi sama działać, sama żyć. Dopiero przy nim czuje się spełniona. Funkcjonuje z nim w symbiozie.

W ostatniej sekwencji filmu widzimy, jak Anka trafia do szpitala psychiatrycznego. Przedstawiony obraz przeraża. Jak powstały te sceny?
– Sceny w szpitalu są formą przejmującej groteski i pochodzą z drugiej książki „Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku”. Są dość wierne oryginałowi, który Grażyna Jagielska spisała po pobycie w szpitalu. Przypominają mi „Lot nad kukułczym gniazdem”. Jeśli chodzi o samą inscenizację scen, to ich abstrakcyjna konstrukcja nie wymagała konsultacji. Ale oczywiście przy pracy nad filmem współpracowałam z psychologiem/psychiatrą. Nie jestem typem dokumentalistki, a raczej kreatora. Lubię kino, które nie zawsze daje gotową odpowiedź, nie jest idealne i gładkie. Kino, które wymaga od widza udziału w historii. To znaczy, wywołuje określone emocje: prowokuje, wciąga jak wir rzeczny, czasem widz musi ratować się ucieczką, czasem jest skrajnie wyczerpany, czasem zdenerwowany, a czasem po prostu się śmieje. Tak ma być. Chodzi o to, by nie zostawić ludzi, którzy przyszli na spotkanie z artystą do kina, obojętnymi. Żeby to spotkanie zostało w nich na jakiś czas, uruchomiło w nich coś, czego potem być może będą mogli użyć w swoim własnym życiu. Na tym polega sztuka.

Magdalena Popławska stworzyła wiarygodny i przejmujący portret kobiety uzależnionej od mężczyzny i świata, który wspólnie kreują. Jak trafiła do pani filmu?
– Magda przyszła na casting w ciąży. Intuicyjnie wiedziałam, że warto na nią poczekać i to był strzał w dziesiątkę. Aby wybitna aktorka zechciała podjąć się zadania, musi być dobrze napisana rola i dobry scenariusz. A potem trzeba tylko znać odpowiedzi na wszystkie pytania, które zadaje aktor, być bardzo blisko niego, bo to on – aktor, w tym wypadku aktorka, ostatecznie przetwarza pomysły reżysera i scenarzysty. Zresztą każdy na planie ma prawo do zadawania pytań, bo każdy w jakiś sposób tworzy tę historię. A pracowałam z zespołem, który ciągle pytał, dociekał i chciał wiedzieć więcej. Magda ma niebywałą łatwość wchodzenia w postaci, potrafi czerpać z siebie, a ma wiele do zaoferowania.

Skąd się wzięło zainteresowanie tematyką wojenną w pani życiu?
– Podczas studiów w Łodzi miałam dostęp do uczelnianego kina, do którego chodzili reżyserzy i operatorzy. Zamiast chodzić na zajęcia, przesiadywałam w tym właśnie miejscu. Dzięki temu, poznałam historię kina i widziałam setki razy „Czas Apokalipsy”. Zresztą jako 14-latka chodziłam w kółko na ten film do kina, codziennie, dopóki go nie zdjęli. Dlaczego? W jakiś sposób ta historia bardzo mnie obchodziła. Chciałam ją przeżywać setki razy. Nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego tworzę opowieści o wojnie, to zawsze było dla mnie naturalne. Kiedy byłam mała, wyciągałam ojca na spacery po idyllicznym Ciechocinku, skąd pochodzę, niezniszczonym wojną, podczas których tłumaczył mi, o co chodzi w wojnie w Wietnamie. Miałam chyba z 10 lat, może mniej i to już było dziwne, a Ciechocinek dodawał jeszcze pewnej abstrakcyjności tej sytuacji, bo, proszę mi wierzyć, wtedy był niezwykle piękny i żyli w nim szczęśliwi ludzie, a ja ciągle pytałam o wojny. Mój ojciec zresztą wcale nie był zainteresowany tymi tematami. On po prostu wszystko wiedział w naturalny sposób. Z tamtego okresu pochodzą moje zainteresowania światem wojenno-politycznym.

Otaczająca rzeczywistość jest pełna inspiracji.
– Życie jest kopalnią bez dna. Czerpię z obserwacji. Mam kilka pomysłów, które się pojawiały w czasie, gdy wychowywałam dzieci. Pracuję nad kolejnym projektem. Chcę, żeby kolejny film był bliższy kobietom.

Fot. Robert Jaworski

Wydanie: 36/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy