Własna scena i własna publiczność

Własna scena i własna publiczność

Jadwiga i Tadeusz Kutowie wybudowali na prowincji i prowadzą Teatr „Nasz”

„Jak się nie nudzić na scenie tak małej? (…)” – to Norwidowskie pytanie wciąż jest niezwykle aktualne. Czy, będąc artystą w czasach zupełnie pozbawionych poezji, można żyć z uprawiania sztuki? Czy można pracować godnie i z nieustanną radością, że oto spełnia się młodzieńcze marzenie? Czy można być człowiekiem teatru – jednocześnie profesjonalnym aktorem, garderobianym, antreprenerem, maszynistą, autorem, suflerem, kasjerem, reżyserem? By odpowiedzieć sobie na te pytania, należy udać się do maleńkiej miejscowości Michałowice k. Jeleniej Góry i wybrać się… do teatru! Jadwiga i Tadeusz Kutowie wybudowali tu i prowadzą Teatr „Nasz”: z własną sceną, własnym repertuarem, własnym zespołem i – co najważniejsze – własną publicznością.
Mają swoje własne środowisko. To Karkonosze, Kotlina Jeleniogórska, bliższe i dalsze okolice. Przed kilkoma laty poważnie potraktowali hasło „Jesteśmy w swoim domu!” i postanowili zrezygnować z etatów w państwowym teatrze oraz mieszkania na jednym z betonowych osiedli w jednym z wojewódzkich, a więc teatralnych miast. Koledzy żartowali sobie, że to koniec ich karier, że – jak to się mówi w aktorskim żargonie – ich ostatnie miasto z tramwajami! A więc degradacja…
Michałowice leżą niedaleko Jeleniej Góry. Ale dla bardzo wielu ludzi już Jelenia Góra leży stanowczo za daleko.

Za daleko od Warszawy,

od telewizji, od ośrodków przyznających dotacje na działalność, od fundacji i ministerstwa, od central firm sponsorujących tych największych, bo z największymi ładnie się pokazać.
Tymczasem najładniej pokazać się u Kutów. W Teatrze „Naszym”, który działa na najwyższym poziomie. Dokładnie 650 m n.p.m. Każda pora roku, każdy dzień tworzą tu inną scenografię.
Jadwiga i Tadeusz są profesjonalnymi aktorami, magistrami sztuki, absolwentami wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, którzy postanowili porzucić jałowe spory o to, kto powinien dotować artystyczne przedsięwzięcia, wzbudzające zainteresowanie coraz mniejszego kręgu odbiorców. Jako jedni z nielicznych twórców poważnie potraktowali polityczne i ekonomiczne przemiany z trudem dokonujące się w naszym kraju i postanowili pracować wyłącznie na własny rachunek.
– Z naszej góry zupełnie inaczej patrzy się na różne problemy środowisk artystycznych. Na beznadziejnie niski budżet kultury. Na gaże aktorów w teatrach państwowych i samorządowych. Na konceptualne rozważania o domniemanych przesłankach kryzysu sztuki i krytyki. U nas kryzys jest wtedy, gdy samochód, którym musimy dojechać na gościnny spektakl, ugrzązł w błocie lub śniegu…
Oboje więc zgodnie twierdzą, że trzeba umieć słowem zarobić na życie, że nie należy żądać, lecz dawać.
Owszem, słyszeli o działających rzekomo na rzecz kultury niezależnej instytucjach rządowych i pozarządowych, a nawet unijnych, ale nie mają czasu starać się o zainteresowanie urzędników swoją działalnością. Nie są zapraszani na prezydenckie majówki, prymasowskie opłatki, rządowe rauty noworoczne… Ale często

zaprasza ich miejscowy
proboszcz

albo po prostu któryś z sąsiadów. Przyjeżdżają przyjaciele…
Na spotkania nie ma zbyt wiele czasu. Trzeba tworzyć nowe widowiska, nowe spektakle. W końcu po to właśnie przed dziesięciu laty zamienili nowoczesne mieszkanie własnościowe na ponad trzystuletni dom – malowniczy, ale trochę wrastający w ziemię. Rozpoczęli morderczy remont i budowę teatru. Marzenia, plany, praca…
Dziś w Michałowicach obok domu Jadwigi i Tadeusza Kutów stoi teatr. Ze sceną, kurtyną, kulisami, widownią…
Teatr „Nasz” ma swoją wierną publiczność w całej Polsce. Wierną – to znaczy taką, która nie tylko przyjeżdża na spektakle, ale także płaci za bilety! (Ciekawe, kto z luminarzy świata kultury i polityki kupił ostatnio bilet do teatru lub na koncert?! Zaproszenia są w Polsce zawsze darmowe – właściwie dlaczego? Dlaczego biedna budżetówka dotuje najzamożniejszych bezpłatnym wejściem na najatrakcyjniejsze wydarzenia?) Kutowie występowali z powodzeniem także poza granicami kraju. Zrealizowali 16 premier. W większości to spektakle autorskie – sztuki dla dzieci, widowiska kabaretowe, komedie bliskie dell’arte… Wystawiali także Szekspira. Z powodzeniem! Tadeusz jest znakomitym reżyserem, interesującym poetą lirycznym, niezrównanym satyrykiem. Jadwiga to jedna z najpiękniej śpiewających polskich aktorek – na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu docenił jej

wspaniały talent

sam prof. Aleksander Bardini, przyznając jej główną nagrodę. Razem tworzą jedyną w swoim rodzaju parę o poczuciu humoru fascynującym i szeroką publiczność, i oczekujących wyrafinowania krytyków. Śpiewają, tańczą, stepują, grają na instrumentach, śmieją się i płaczą. Wzruszają i porywają. O wielkim i małym świecie, o teatrze ogromnym i maleńkim potrafią mówić mądrze i szczerze, zachowując autoironiczny dystans.
Jadwiga i Tadeusz Kutowie żyją i tworzą nie tylko daleko od Warszawy, ale nawet daleko od szosy. A jednak ich dom i teatr zawsze są pełne gości. Przyjaciół cenią sobie wyżej niż wszystkie nagrody i wyróżnienia, a otrzymali ich sporo. Najwyżej jednak cenią sobie niezależność, marzenia i plany. W Teatrze „Naszym” każde marzenie najpierw staje się planem, a wkrótce rzeczywistością: piosenką, piecem centralnego ogrzewania, klaunadą, paroma kubikami desek podłogowych, współpracą ze świetnymi muzykami jazzowymi, artystycznym tournée do Ameryki…
Tę Amerykę Kutowie sobie wyśpiewali:
”To jest nasza Ameryka!” – słowa finałowej pieśni jednego ze spektakli najlepiej opisują artystyczne i życiowe kredo gospodarzy michałowickiego teatru rodzinnego.
Właśnie niedawno minęła 10. rocznica istnienia Teatru „Naszego”. Dokładnie 7 lipca 1991 r. odbyła się premiera spektaklu „Tedy&Nedy”, a miała miejsce w salonie państwa Kutów. Goście siedzieli na stosach desek i poukładanych przemyślnie cegłach.
– To byli nasi przyjaciele i dzieci przyjaciół, raptem ze 20 osób. I było pięknie, i były brawa i kwiaty… A potem dorośli dostali piwo, a dzieci sok i cukierki – wspomina Tadeusz.
– Nie było łatwo przez te wszystkie lata. Byliśmy jednocześnie brygadą remontową i zespołem teatralnym, trzeba było oszczędzać każdy grosz, by go zainwestować w teatr – Jadwiga uśmiecha się smutno, ale zaraz robi szelmowską minę i dodaje – dziś już jest znacznie lepiej, stać nas na nieco więcej!
Są skromni. Od innych dowiaduję się, że angażują się w akcje charytatywne, że na Scenie za Domem odbył się znakomity koncert na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Jadwiga i Tadeusz Kutowie osiągnęli rzecz niebywałą – jedność życia i twórczości, o którą coraz trudniej we współczesnym świecie. Żyją w zgodzie z naturą i własnym sumieniem artystycznym. Mają pełną świadomość swoich działań i swoich możliwości teatralnych. Nie aspirują do roli narodowych wieszczów, wiedzą, że nie robią teatru większego niż Lupa, Jarzyna, Wajda, Jarocki… Ale ideę mają równie wielką, a serca do pracy być może gorętsze.

Wydanie: 35/2001

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy