Włóczęga idzie na Waszyngton

Włóczęga idzie na Waszyngton

Chłopak z sąsiedztwa

Wielu ekspertów zastanawia się, dlaczego pozornie samobójcze wypowiedzi Trumpa, jak ta o budowie muru wzdłuż granicy z Meksykiem, mającego zatrzymać nielegalnych imigrantów (czyli, jego zdaniem, wszystkich przybywających z południa), nie powodują spadku poparcia dla niego. Odpowiedzi należy szukać w szerszej, socjoekonomicznej diagnozie amerykańskiego społeczeństwa. Trumpa popiera duży odsetek republikańskich wyborców bez wyższego wykształcenia. Jak pokazują badania ekonomistów z Uniwersytetu Harvarda, w tej samej grupie społecznej odnotowano w ostatniej dekadzie najniższy wzrost, a miejscami nawet spadek zarobków. W niej także najsilniej (67%) ugruntowane jest przekonanie, że za złą sytuację finansową odpowiadają imigranci zabierający miejsca pracy (dla porównania w całości społeczeństwa odsetek ten wynosi tylko 22%). Trump stanowi zatem reprezentację zmarginalizowanych grup społecznych, które od dawna nie umiały nawiązać więzi z dominującą klasą polityczną.

Zyskuje też na tym, że paradoksalnie lepiej rozumie rzeczywistość polityczną – zwłaszcza jej medialne aspekty – niż kontrkandydaci, i może nawet lepiej niż „ostatnia nadzieja liberalnej Ameryki”, Hillary Clinton. Nie udaje, że zna odpowiedź na wszystkie trudne pytania, że umie rozwiązać największe problemy Ameryki – często się myli i wcale się tego nie wstydzi. Grunt, że kiedy się wypowiada, zawsze brzmi, jakby był nieomylny. A wie, jak opanować demona szklanego ekranu – współtworzył i prowadził popularny reality show „The Apprentice” („Praktyka”), którego uczestnicy starali się o staż w jednej z firm Trumpa.

Trump jest wyrazisty, zdecydowany, pewny siebie, ale też chropowaty, daleki od ideału politycznej ogłady. I tym właśnie wygrywa – w czasach, kiedy amerykańska polityka od dekad zdominowana jest przez uśmiech i publiczne ciche tuptanie zamiast kroku marszowego, a nawet najbardziej stanowczy kandydaci Partii Republikańskiej lansują w mediach wizerunek roztropnych mężów stanu, dbających tak samo o interesy wszystkich, odwoływanie się do mitu o wielkości Ameryki nie wystarczy. I Trump doskonale o tym wie – nie poprzestał na haśle wyborczym Make America Great Again! (Przywróćmy Ameryce wielkość!), on chce przywrócić tę wielkość jako chłopak z sąsiedztwa, stojący w opozycji do establishmentowej ekipy z drugiej strony ulicy. Być może to jest klucz do jego popularności. Trump przekonał rzesze Amerykanów o swojej „zwyczajności”, mimo że fortuna i zakorzenienie w elitach Manhattanu przypominają, że sam jest mocno związany z klasą, na którą przypuścił atak. Najważniejsze jednak, że wyborcy przynajmniej na chwilę potrafią o tym zapomnieć.

Choć nadal trudno uwierzyć, że Trump naprawdę zdobędzie republikańską nominację (jej losy zadecydują się dopiero na trzydniowej konwencji wyborczej, która rozpocznie się 18 lipca), dzisiaj partia jest praktycznie jego zakładnikiem. Na horyzoncie nie widać innego kandydata, który skutecznie mógłby mu się przeciwstawić. Senator Ted Cruz, neurochirurg Ben Carson czy była szefowa Hewletta-Packarda Carly Fiorina dobre miewają w kampanii tylko momenty. Jeb Bush zaś, swego czasu murowany faworyt do nominacji, boleśnie przekonuje się, że nie wystarczy płynnie mówić po hiszpańsku i pochodzić z politycznie silnej rodziny, by zamieszkać w Białym Domu. Jego poparcie wśród republikańskich wyborców oscyluje w granicach 6% i nie zanosi się, by przed lipcem przebił przewagę Trumpa.

Ten z kolei trzyma partię w szachu – jeśli nie zdobędzie nominacji, zapewne zdecyduje się na start w wyborach jako kandydat niezależny. To z kolei zapewne nie da mu prezydentury, ale osłabi kandydata republikanów. Ostatni raz do takiej sytuacji doszło w 1992 r. – milioner z Teksasu Ross Perot wystartował niezależnie, zgarnął 19% głosów i walnie przyczynił się do porażki George’a Busha seniora w starciu z Billem Clintonem.

Dziś jeszcze wszystkim wydaje się nierealne, by Trump zastąpił Obamę. Jednak nawet jeśli odpadnie z prezydenckiego wyścigu, już odcisnął piętno na amerykańskiej polityce. Udzielił głosu grupom od dawna niemym w debacie publicznej – prawicowym radykałom o ciasnym światopoglądzie. Problem w tym, że byli oni bezgłośni z całkiem zasadnych powodów. Ponowne ich wyciszenie może nie być takie proste.

Foto: Matthew Healey/UPI /

Strony: 1 2

Wydanie: 1/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy