Holandia zamierza deportować 26 tys. cudzoziemców. Mit tolerancyjnych Niderlandów jest martwy Wiele państw Unii Europejskiej ogranicza napływ obcokrajowców, ale Holandia najwidoczniej pobije smutny rekord. Parlament w Hadze postanowił wydalić w ciągu trzech lat 26 tys. cudzoziemców, którym odmówiono prawa do azylu. Obrońcy praw człowieka mówią o planowanych deportacjach „na skalę przemysłową”. Przyjętą ustawę musi jeszcze zatwierdzić izba wyższa ciała ustawodawczego, ale, zdaniem komentatorów, to tylko formalność. Usunięci mają zostać przede wszystkim imigranci z Iraku, Somalii, Afganistanu, Czeczenii i byłej Jugosławii, którzy przybyli w latach 1999-2001 i wyczerpali wszystkie prawne możliwości uzyskania azylu. Dla cudzoziemców władze przygotowują ośrodki internowania. Powstały one już na lotniskach w Rotterdamie (dla 200 osób) i w Amsterdamie (dla 100 osób). Magistrat Rotterdamu zamówił specjalny statek więzienie, pierwszy w historii Królestwa Holandii. Na statku mają zostać osadzeni przestępcy recydywiści oraz oczekujący na deportację obcokrajowcy. Holenderska minister ds. imigracji, Rita Verdonk, podkreśla, że przyjęta przez parlament procedura ma charakter humanitarny, ponieważ nie przewiduje rozdzielania rodzin (czytaj: rodzice zostaną deportowani wraz z dziećmi), ponadto niepożądani cudzoziemcy otrzymają darmowe bilety lotnicze, zaś 2,3 tys. niedoszłych azylantów rząd udzielił amnestii. Politycy opozycyjnej Partii Pracy domagali się amnestii dla 8 tys. cudzoziemców, lecz centroprawicowy gabinet Holandii pozostał nieugięty. Współrządząca Partia Chrześcijańskich Demokratów wygrała przecież wybory w styczniu 2003 r., szermując ksenofobicznymi hasłami, zaś po ogłoszeniu kontrowersyjnej decyzji parlamentu popularność minister Verdonk znacznie wzrosła. Przeciw planowanym deportacjom protestują środowiska lewicowe i holenderska Rada Kościołów. Działacze rady podkreślają, że wydalone mają zostać także osoby w pełni zintegrowane ze społeczeństwem Holandii, które w nowej ojczyźnie znalazły pracę, założyły rodziny i dochowały się dzieci. Wielu obywateli zapowiada podjęcie strajków głodowych w obronie deportowanych, inni zamierzają udzielić schronienia nieszczęsnym azylantom w swych domach. Irańczyk Mehdy Kavousi, którego również czeka deportacja, w przypływie rozpaczy zaszył sobie usta i oczy. „Kiedy tylko znajdzie się w Iranie, dostanie kulę w głowę”, obawia się jego żona. Jusuf mówi płynnie po holendersku i po angielsku, ma pracę. Ponad 10 lat temu uciekł z ogarniętej walkami międzyklanowymi Somalii. Ożenił się z Somalijką mającą obywatelstwo holenderskie. Władze nieustannie stawiały różne przeszkody, dopiero po trzech latach udało się zarejestrować to małżeństwo. Obecnie Jusuf ma zostać wydalony do ojczyzny. Pogrążona w anarchii Somalia nie ma rządu ani paszportów uznawanych na arenie międzynarodowej. Urzędnicy holenderscy postanowili więc wydawać Somalijczykom prowizoryczne dokumenty podróży, zwane laissez passer. Z takimi papierami Jusuf zostanie deportowany do Dubaju lub Nairobi, gdzie otrzyma kolejne dokumenty na lot do stolicy Somalii, Mogadiszu. Rząd holenderski nie deportuje niedoszłych azylantów do południowej Somalii, gdzie wciąż trwa wojna domowa, lecz do północnej części kraju, uważanej za spokojną. Sęk w tym, że samolot z Nairobi ląduje w Mogadiszu, mieście rządzonym przez zwaśnione, uzbrojone klany. Być może, jakiś plemienny watażka zechce wykorzystać „Holendra” Jusufa w charakterze tarczy strzelniczej. Jeśli podróż przebiegnie pomyślnie, Jusuf zamierza starać się o wizę holenderską, która umożliwi mu połączenie z rodziną i legalne podjęcie pracy. W Somalii nie ma ambasad, toteż deportowany będzie musiał udać się do któregoś z krajów afrykańskich i tam ubiegać się o wizę. „Nie chcę się rozstawać z moim dzieckiem nawet na jeden dzień, a taka procedura potrwa trzy lub cztery lata, jeśli w ogóle się uda. Dlaczego nie mogę ubiegać się o wizę w Holandii?”, pyta zrozpaczony mężczyzna i daremnie czeka na odpowiedź. Przez wieki Niderlandy uchodziły za ostoję tolerancji i model społeczeństwa otwartego. W końcu XV w. w kraju wiatraków i tulipanów znaleźli schronienie bezlitośnie prześladowani hiszpańscy Żydzi, w sto lat później – francuscy protestanci – hugenoci. Po II wojnie światowej osiedliły się tu tysiące przybyszów z różnych części rozpadającego się imperium kolonialnego Holandii. Kłopoty z obcokrajowcami pojawiały się stopniowo, lecz politycy pomijali je milczeniem w trosce o wizerunek swego kraju i liberalnego, kolorowego społeczeństwa, w którym marihuana jest powszechnie dostępna, a małżeństwa homoseksualne zgodne z prawem.
Tagi:
Krzysztof Kęciek







