Ostatni papieros Nowozelandczyków

Ostatni papieros Nowozelandczyków

Czy całkowity zakaz palenia w jednym z najbardziej liberalnych krajów świata jest możliwy?

Na pierwszy rzut oka plan wydaje się logiczny i wcale nie trudny w realizacji. Od 2024 r. rząd w Wellington będzie stopniowo zmniejszał liczbę sklepów handlujących wyrobami tytoniowymi. W jaki sposób? Nowe koncesje nie będą wydawane, stare odnowić będzie coraz trudniej, aż wreszcie punkty legalnie sprzedające papierosy, cygaretki czy podobne produkty staną się pojedynczymi wysepkami na handlowych mapach Nowej Zelandii. Rok później zmniejszone zostaną dopuszczalne normy nikotyny w dostępnych jeszcze artykułach, aż wreszcie, w 2027 r., sprzedaż papierosów osobom urodzonym po 2008 r. będzie całkowicie zakazana. Innymi słowy, za pięć lat w Nowej Zelandii ma przestać przybywać nowych palaczy. Ci, którzy z nałogiem do tego czasu się nie uporają, oczywiście wciąż będą mogli kupić fajki, ale słabsze i trudniej dostępne. W taki właśnie sposób, odbierając po prostu kolejnym pokoleniom możliwość rozpoczęcia przygody z paleniem, władze chcą uczynić kraj całkowicie wolnym od tytoniu.

Profilaktyka od lat

Dla czytelnika wizja ta może brzmieć dość dystopijnie, ale twarde dane, wpisane w szerszy kontekst i charakter tamtejszych relacji na linii państwo-obywatele, każe stwierdzić, że plan antypapierosowy ma wszelkie szanse na powodzenie. Bo gdzie miałoby to się udać, jak nie w Nowej Zelandii? Kraj ten od dekad systematycznie ogranicza obecność produktów nikotynowych w przestrzeni publicznej. Zakaz reklamy papierosów w telewizji i stacjach radiowych obowiązuje od 1963 r., w kinach, na bilbordach i w przestrzeni publicznej – od 1973 r., w prasie drukowanej zaś od 1990 r. Od ćwierć wieku firmy tytoniowe nie mogą sponsorować żadnych wydarzeń publicznych, w tym sportowych. W 1974 r. wprowadzono pierwsze ostrzeżenia na paczkach papierosów o zdrowotnych konsekwencjach palenia, w 1988 r. dodano do nich grafiki i zdjęcia. Już po II wojnie światowej wprowadzono pierwsze programy profilaktyki antynikotynowej w szkołach publicznych, a od 1990 r. sukcesywnie zakazywano palenia w miejscach pracy.

Już taka polityka, nieopresyjna przecież, przynosi wymierne skutki. W Nowej Zelandii od lat systematycznie maleje liczba osób palących papierosy. Według danych ze spisów powszechnych jeszcze w 1978 r. do palenia przyznawała się jedna trzecia (35%) mieszkańców kraju powyżej 15. roku życia (kupowanie papierosów jest legalne od 16 lat). W 2018 r. już tylko 13,2%. Rośnie natomiast liczba tych, którzy papierosów nigdy nie palili nałogowo. W ostatnim spisie powszechnym takiej odpowiedzi udzieliło 65% respondentów, co daje wzrost o aż 7 pkt proc. wobec 2006 r. Dzisiaj, według danych nowozelandzkiego ministerstwa zdrowia, regularnie pali ok. 451 tys. obywateli, z czego 387 tys. robi to codziennie (kraj ma nieco ponad 5 mln mieszkańców).

Trend spadkowy najlepiej widoczny jest tam, gdzie papierosy są najbardziej szkodliwe ze społecznego punktu widzenia, czyli wśród młodzieży. W tej grupie wiekowej uzależnia się największy odsetek późniejszych nałogowców. Tymczasem dzisiaj do palenia papierosów przyznaje się zaledwie 1,1% nastolatków pomiędzy 15. a 17. rokiem życia. Jeszcze w 2007 r., czyli nieco ponad dekadę temu, było ich 14-krotnie więcej. Biorąc pod uwagę skalę i tempo spadku, jest to wynik rewolucyjny. Dane na temat kolejnych grup wiekowych są jednak mniej optymistyczne. Wśród Nowozelandczyków w wieku od 18 do 24 lat pali już ponad 8% populacji, co jest wynikiem zbliżonym do odsetka palaczy wśród wszystkich dorosłych (10,9%). Oznacza to, że młodzi mieszkańcy kraju zaczynają flirt z paleniem nieco później, ale wciąż robią to w dosyć młodym wieku.

Z tego punktu widzenia rząd premier Jacindy Ardern ma zatem rację, biorąc na cel właśnie młodzież i przyjmując „generacyjną” strategię wygaszania palenia w narodzie. Jeśli za kilka lat dostęp do papierosów zostanie młodym odcięty, jest szansa, że jeszcze bardziej opóźni się wiek wejścia w nałóg i dodatkowo zmaleje prawdopodobieństwo uzależnienia się na całe życie. W tym miejscu warto dodać, że palenie wśród młodych nie jest w Nowej Zelandii problemem wyimaginowanym. Jeszcze w 1999 r. palił tam co czwarty absolwent szkół drugiego stopnia, a więc nastolatek w wieku 14-15 lat. Ardern, chwalona na całym świecie za pandemiczną strategię kryzysową, nie realizuje bynajmniej liberalnej fanaberii, tylko próbuje wyeliminować problem, z którym kraj zmaga się od dziesięcioleci.

Jacinda w akcji

Do listy czynników przybliżających powodzenie tego planu trzeba też dopisać właśnie osobę pani premier. Nie ma oczywiście pewności, że doczeka na stanowisku do 2027 r., żeby osobiście dopilnować realizacji antypapierosowej strategii, ale szanse na to będzie miała spore. W ubiegłorocznych wyborach kierowana przez nią Partia Pracy zdobyła 49% głosów, zbijając potężny kapitał polityczny na sprawnym i relatywnie bezszkodowym przeprowadzeniu kraju przez pandemię.

Nowa Zelandia była jednym z pierwszych państw, które po wybuchu zarazy całkowicie odizolowały się od reszty świata, zamykając granice i dzięki temu drogi rozprzestrzeniania się wirusa. Jednocześnie Ardern nie trwała w izolacjonistycznej polityce tak długo jak jej sąsiad z Australii, Scott Morrison, toteż uniknęła ostrej krytyki czy popularnych na prawicy jak świat długi i szeroki oskarżeń o faszyzm sanitarny. Podczas gdy polityka „Forteca Australia” z czasem stawała się mało śmiesznym memem, a media na całym świecie (w tym w Polsce) publikowały reportaże o tysiącach Australijczyków, którzy utknęli za granicą bez możliwości powrotu do domu, o Nowej Zelandii było w tym kontekście cicho. Również dlatego, że Jacinda Ardern, choć obcokrajowcom na wjazd nie pozwalała, ochoczo zwoziła do kraju rodaków, w tym z Australii, organizując chociażby ewakuację Nowozelandczyków z poddanego na jesieni lockdownowi stanu Nowa Południowa Walia.

Nawet stopniowe wyciszanie się pandemicznego zagrożenia niespecjalnie szkodzi premier Ardern. Wprawdzie gazety rozpisywały się w ostatnich tygodniach o „znaczącym” spadku poparcia dla niej i jej partii, ale i tak, po tych rzekomo skokowych obniżkach, wynosi ono 39%, aż o 13 pkt proc. więcej, niż dostał najważniejszy rywal, prawicowa Partia Narodowa. Nie ma więc za bardzo powodów, by sądzić, że Jacinda Ardern nagle straci zaufanie wyborców, którzy wybiorą kompletnie inny rząd o przeciwstawnych poglądach. Zwłaszcza że w indywidualnych rankingach popularności wypada ona jeszcze lepiej. Pozytywnie wypowiada się o niej, w zależności od sondażowni, od 34% do 47% respondentów. Dla porównania: liderzy pozostałych partii rzadko osiągają w tych zestawieniach wyniki dwucyfrowe.

Nie ma zatem specjalnej przesady w stwierdzeniu, że przynajmniej z politycznego punktu widzenia Nowa Zelandia to kraj tak stabilny, że aż nudny. Polityka publiczna już od wielu lat  oparta jest tam na danych (znacznie bardziej niż na ideologii), aparat państwowy działa bez większych problemów, a usługi publiczne, od edukacji po służbę zdrowia, osiągnęły jeden z najwyższych poziomów na świecie. Według najświeższych danych OECD Nowozelandczycy są też narodem ponadprzeciętnie ufnym, zwłaszcza wobec instytucji. Raport organizacji za 2021 r. wskazuje, że zaufanie do urzędników państwowych (54%), parlamentarzystów (43%), rządu (54%) i policji (aż 88%!) znacznie przewyższa w Nowej Zelandii globalną średnią, która w każdym z tych przypadków jest o kilkanaście punktów procentowych niższa. Jeśli dodać, że kraj zajmuje drugie miejsce na świecie pod względem parytetu płci w parlamencie (obecnie 52-48%) oraz tę samą pozycję w rankingu różnorodności w sektorze publicznym, ciśnie się na usta pytanie, czy w Nowej Zelandii da się znaleźć cokolwiek, co nie działa.

Zamach na wolność?

Krytycy planu antypapierosowego śpieszą z odpowiedzią. Jeśli na czymś Ardern ma się potknąć, to właśnie na tym, piszą. Wśród sceptyków nie brakuje ani krajowych, ani zagranicznych społecznych liberałów, zdaniem których zakazywanie jakiejkolwiek używki może tylko doprowadzić do jej popularyzacji w formie nielegalnej, w podziemiu. Tekst w takim tonie opublikował niedawno tygodnik „The Economist”, atakując Jacindę Ardern za tworzenie „nieliberalnej” polityki, opartej na „niewłaściwych przesłankach” i mogącej prowadzić do „nieprzewidzianych negatywnych skutków”. Argumentacja angielskich dziennikarzy bazuje na dość przewidywalnych, niemal libertariańskich poglądach, czyli: nie da się uzależnionych siłą odciągnąć od używek, niejedna demokracja na świecie próbowała już zakazać konsumpcji konkretnych produktów, a nikomu jeszcze w tej krucjacie do końca się nie powiodło, poza tym wyroby tytoniowe w Nowej Zelandii będą dalej dostępne, tylko w nielegalnym obrocie i po dużo wyższych cenach. Argument, który w tekście jednak bezpośrednio nie pada, brzmi bowiem: zakaz palenia to zamach na osobistą wolność obywatela, a taki ruch jest zawsze i bezdyskusyjnie zły.

Problem w tym, że historyczne porównania w przypadku Nowej Zelandii nie mają zastosowania, co zresztą zauważają sami krytycy, nawet ci z „The Economist”. Trudno bowiem zestawiać nowozelandzkie państwo, być może najlepiej naoliwiony aparat demokratyczny we współczesnej historii świata, z dysfunkcyjnym Chicago lat 20., w którym szalał Al Capone ze swoim rozkwitającym w erze prohibicji gangiem, czy nawet z dzisiejszym Meksykiem, zalanym narkotykami nie do końca z własnej winy (zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie dwie dekady agresywnej amerykańskiej polityki wobec karteli i militaryzacji całego zjawiska handlu narkotykami). Nowa Zelandia ma wszystkie możliwe narzędzia, żeby z papierosami w społeczeństwie rozprawić się skutecznie i do końca.

Nie ma też powodu wierzyć, że miłośnicy dymu będą go szukać za wszelką cenę. Ci uzależnieni od wielu lat z nałogiem pewnie nie zerwą, ale o tym Ardern wie doskonale – nie wprowadza całkowitego zakazu z dnia na dzień, tylko stopniowo, w dodatku z kryterium wieku. Dla starych nałogowców papierosy nadal będą dostępne, argument o opresyjności nowej polityki jest więc trochę przesadzony. A jak pokazują dane, młodzi i tak sięgają po pierwszego dymka znacznie rzadziej niż pokolenia ich rodziców. Zmieniły się subkultury i normy społeczne, palenie nie jest cool i raczej mało prawdopodobne wydaje się teraz pojawienie nowego trendu, który na powrót będzie je gloryfikował. Tym samym odpada argument o zamachu na osobiste wolności. Fajki tracą popularność wszędzie na świecie, a ludzie wybierają je coraz rzadziej nie dlatego, że nie mogą – zwyczajnie nie chcą. To akurat w Nowej Zelandii widać wyraźniej niż w większości innych krajów. Niewykluczone zatem, że palenie jako zjawisko społeczne wymarłoby tam samo. W takim przypadku strategia Jacindy Ardern byłaby nie żadną rewolucją, tylko prawnym usankcjonowaniem stanu rzeczywistego.

Paczka paczkę goni

O ile jednak krytykę opartą na ideologii można dość szybko rozbroić, o tyle istnieją argumenty znacznie bardziej merytoryczne, które przyszłość zakazu sprzedaży papierosów mogą podważyć. Po pierwsze, wątpliwa skuteczność zmniejszania ilości nikotyny w papierosach. Badania wśród nałogowców powszechnie pokazują, że mniejsza dawka powoduje tylko częstszą chęć zapalenia. Istnieje więc obawa, że ci, którzy już są uzależnieni, będą kupować nie mniej, ale więcej paczek po 2025 r.

Drugim ryzykiem są wszelkiego rodzaju e-papierosy. Pełni ich konsekwencji dla zdrowia użytkownika współczesna medycyna jeszcze nie zna, potrzeba przynajmniej kolejnego pokolenia palaczy, żeby wiedzieć, czym dokładnie grozi uzależnienie od tej formy konsumpcji nikotyny. W tej chwili z e-papierosów korzysta w Nowej Zelandii zaledwie 2,6% dorosłej populacji, ale istnieje ryzyko, że odsetek ten wzrośnie wraz z wprowadzaniem kolejnych etapów strategii wygaszania palenia. W dodatku e-papierosy zachęcają do większego spożycia, bo znacznie trudniej jest w ich wypadku o autokontrolę. Przy tradycyjnych papierosach osoby uzależnione mają przynajmniej jakiś miernik – pojedynczy papieros, cała paczka.

E-papierosy sprzyjają konsumpcji niekontrolowanej również dlatego, że są dostępne dla uzależnionej osoby zawsze i wszędzie. Nie wymagają rytuału zapalenia, wypalania już napoczętego papierosa. Przerzucenie się nowozelandzkich palaczy na elektroniczną formę konsumpcji nikotyny nie jest wykluczone, a jego skutki byłyby najpewniej, zwłaszcza długoterminowo, znacznie bardziej obciążające dla systemu opieki zdrowotnej.

Jest jeszcze społeczny aspekt palenia. A raczej fakt, że w popularności nałogu odbijają się nierówności. Jak wszędzie na świecie, tak i w Nowej Zelandii pali więcej osób z niższych klas społecznych i mniejszości etnicznych, często pozbawionych szans na równy start w społeczeństwie. Wśród Maorysów, rdzennych mieszkańców kraju, odsetek palących wynosi ponad 22%. Jest znacznie wyższy niż dla całej populacji, podobnie jak bezrobocie, niższe z kolei są zarobki czy poziom wykształcenia. W tej grupie zaangażowanie państwa musi być znacznie bardziej widoczne, bo i skala wyzwania jest większa. Co za tym idzie jednak – większe zyski. Co roku z powodu chorób wywołanych paleniem przedwcześnie umiera ok. 5 tys. Nowozelandczyków. Maorysi są w tej grupie nadreprezentowani. Premier Ardern chce, żeby liczba ta z czasem zbliżała się w jej kraju do zera. Dla wszystkich, bez względu na pochodzenie.

Fot. East News

Wydanie: 3/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy