Tragiczny patrol

Tragiczny patrol

Pewne jest tylko to, że strzelali i zabili. Sąd ustali, dlaczego to zrobili

O godzinie 13.24 zostaliśmy ostrzelani silnym ogniem, co najmniej dwóch karabinów maszynowych kalibru 7,62 mm. Ostrzał prowadzono z zabudowań wioski Nangar Khel z odległości około 700 m. Ogień przeciwnika, mimo że silny, nie wyrządził widocznych szkód. Patrol zawrócił i ukrył się za najbliższym wzgórzem. Odpowiedzieliśmy natychmiast ogniem z pokładowego, wielkokalibrowego karabinu maszynowego. Po ukryciu pojazdu bojowego za kotą (wzgórzem) patrol ustawił moździerz kalibru 60 mm i wystrzelił, stosując ogień poszerzany, 14 pocisków w rejon, z którego nieprzyjaciel otworzył ogień. Po około 9 minutach ogień przeciwnika zamilkł. My też przestaliśmy odpowiadać ogniem – jest to fragment meldunku bojowego z 16 sierpnia 2007 r. pierwszego plutonu szturmowego z zespołu bojowego C Polskiego Kontyngentu Wojskowego misji w Afganistanie.
W wyniku ognia polskiego patrolu, w szczególności od odłamków pocisków moździerzowych, sześcioro mieszkańców wioski Nangar Khel straciło życie, a dalszych ośmioro, w tym troje dzieci, odniosło cięższe lub lżejsze obrażenia.
Trzy miesiące później, 14 listopada 2007 r., prokurator Karol Frankowski z Naczelnej Prokuratury Wojskowej – delegatury w Poznaniu przedstawił siedmiu żołnierzom, czyli całemu składowi osobowemu patrolu, zarzuty z art. 123 par. 4 kodeksu karnego, oskarżając siedmiu żołnierzy, w tym oficera – dowódcę patrolu, o naruszenie prawa międzynarodowego, w szczególności konwencji haskiej z 1907 r. oraz konwencji genewskiej z 1949 r., wraz z protokołami dodatkowymi. Sześciu żołnierzy, którzy strzelali z moździerza, usłyszało zarzuty zabójstwa i okaleczenia cywilów, za co grozi dożywocie, siódmemu, strzelającemu z karabinu – postawiono zarzuty zagrożone karą 25 lat więzienia, gdyż nie udało się jednoznacznie stwierdzić, czy kogoś skrzywdził.

Mogą liczyć tylko na siebie

Sytuacja w Afganistanie jest trudna. Wypadki ostrzelania ludności cywilnej przez żołnierzy mają na koncie kontyngenty niemiecki, holenderski czy duński. Amerykański zanotował już kilkanaście takich zdarzeń. Żołnierze polscy nigdy dotąd nie byli oskarżeni o naruszanie prawa międzynarodowego, w szczególności konwencji haskiej i genewskiej.
Sierpień 2007 r. był okresem nasilenia walk w rejonie pogranicza afgańsko-pakistańskiego. Kolejne bandy talibów wyszkolone wiosną tego roku na przygranicznych obszarach Pakistanu właśnie w sierpniu usiłowały przeniknąć na teren sąsiedniego kraju, żeby wziąć udział w świętej wojnie. Stacjonujące tam jednostki natowskich Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa w Afganistanie ISAF usiłowały przeciwstawić się tym działaniom. Ale talibowie mieli swoistą receptę na to, żeby związać walką oddziały sojusznicze. Prawdopodobnie przekupywali mieszkańców nadgranicznych wiosek, żeby ci albo minowali drogi przejazdu patroli, używając starych, ale skutecznych min poradzieckich, albo strzelali do żołnierzy NATO z dalszej odległości, by związać ich walką na czas potrzebny do przeniknięcia poszczególnych grup. Ta taktyka po kilku dniach musiała zostać rozszyfrowana, była jednak na tyle skuteczna, że pochłaniała dużo czasu i wymagała dodatkowych patroli interwencyjnych. A deficyt ludzi był i jest jednym z podstawowych problemów kontyngentu natowskiego w Afganistanie.
Wojska NATO skupione w kontyngencie ISAF mogą liczyć praktycznie tylko na siebie, bo na miejscowe siły militarne i administrację tylko w znikomym stopniu. Polityczne koleje tego kraju i skomplikowana historia nauczyły Afgańczyków, że trzeba brać pieniądze i inne dowody wdzięczności od wszystkich, a lojalnym należy być tylko wobec własnej osoby. Przechodzenie z bronią i informacjami na drugą stronę jest dla Afgańczyka czymś całkowicie normalnym. To prawda, że w północno-wschodniej części kraju panuje spokój, ale jest on kupowany za duże podarki dla szefów miejscowych plemion. Natomiast południe, głównie pogranicze afgańsko-pakistańskie, jest ogarnięte wojną.
Polscy żołnierze, których w ISAF jest około 1,2 tys., wykonują różne misje. Najtrudniejsze zadania ma przed sobą batalion manewrowy oparty w pierwszej zmianie, czyli do niedawna, na 18. Batalionie Desantowo-Szturmowym z Bielska-Białej, w skład którego wchodził również pierwszy pluton szturmowy.

Pogotowie bojowe

Pluton pierwszy zespołu bojowego C stanowił 16 sierpnia ostatni odwód bojowy. Żołnierze pozostawali w 24-godzinnym pogotowiu bojowym, gotowi do natychmiastowego wyjazdu w celu wsparcia któregoś z poprzednio wysłanych patroli lub do wykonania innej autonomicznej akcji.
Dwa dni wcześniej, 14 sierpnia, zginął w Afganistanie polski oficer. Natomiast kilka godzin przed wyjazdem patrolu z bazy dwa inne pojazdy bojowe z zespołu bojowego C zostały uszkodzone w wyniku ataku talibskich bojówkarzy. Dlatego zapewne pojawiają się nawet takie sugestie, że żołnierze wzięli na bezbronnej wiosce odwet za stratę kolegi i uszkodzenie dwóch pojazdów.
Patrolem dowodził młodszy, ale doświadczony już oficer i tylko on mógł wydać rozkaz otwarcia ognia. W skład plutonu wchodził jeszcze jeden oficer, dwaj podoficerowie i trzech starszych szeregowców służby zawodowej. Dowódca i dwóch członków patrolu mieli już za sobą misję w Iraku, poznali więc na własnej skórze, co to jest wojna. Wszyscy przechodzili intensywne przygotowania na minipoligonie w Bielsku-Białej oraz w Nowej Dębie. Oczywiście zawsze może się zdarzyć, że największy chojrak koszarowy okaże się na polu walki po prostu tchórzem i zrobi coś niegodnego, jednak twierdzenie, że polski patrol z zimną krwią otworzył ogień do bezbronnej afgańskiej wioski jest w przekonaniu autorów twierdzeniem mocno na wyrost. Szukanie psychologicznej motywacji, że mogła to być zemsta za śmierć kolegi, również.
Dalsze działania prokuratury, jak również mediów, wyjaśnią, czy naprawdę – jak utrzymuje prowadzący śledztwo prokurator Karol Frankowski – żołnierze, którzy brali udział w tym nieszczęsnym patrolu, sporządzili fałszywy meldunek operacyjny o sprowokowaniu walki przez talibów, czy też sytuacja była inna.
Jednak źle się stało, że do kampanii oskarżeń przeciw żołnierzom daje się wciągać rzecznik praw obywatelskich. Przecież jego zadaniem jest przede wszystkim obrona interesów obywateli. A siódemka w tej chwili pogardzanych żołnierzy jest w dalszym ciągu obywatelami i ma prawo m.in. od rzecznika oczekiwać obrony.

Czy zawinili tylko żołnierze?

W Wojskowym Instytucie Medycznym na ulicy Szaserów w Warszawie w dalszym ciągu leczone są ranne kobiety z wioski Nangar Khel. Wysocy rangą przedstawiciele MON i MSZ twierdzą, że oni problem ewentualnych roszczeń i współpracy ludności tej wioski już ze starszyzną plemienną załatwili… Jak? Oczywiście w jedyny znany sposób – za pomocą zwitków zielonych banknotów. Mniejsza o to, czy jest to etyczne, czy nie, pytanie musi brzmieć, czy to realnie coś da.
Ale największym problemem naszego kontyngentu w Afganistanie są nieustalone ramy konstytucyjnego działania. Bardzo ważny, czterotysięczny kontyngent niemiecki, kontyngent holenderski, żołnierze duńscy, a nawet Kanadyjczycy mają ściśle zakreślone przez swoje rządy ramy i obszary działania. Chodzi tu nie o geografię, ale o możliwości operacyjne. W uproszczeniu te i inne kontyngenty narodowe mogą prowadzić wyłącznie działania defensywne oraz typową działalność typu CIMIK, czyli współpracy z miejscową ludnością cywilną. Prawdą jest, że i Polacy budują szkoły, ujęcia wody, instalują agregaty prądotwórcze, tyle że na obszarach ogarniętych walką te niewątpliwie dobre uczynki muszą iść w niepamięć.
Odpowiedzialność za takie incydenty jak ten z 16 sierpnia ponosi przede wszystkim polski minister obrony, który nie doprowadził do ustalenia konstytucyjnych, brzegowych możliwości działania polskiego kontyngentu. I to jemu i jego politycznym pryncypałom powinno się dzisiaj również stawiać zarzuty. Psychologia wojny jest nieobliczalna i nie można wykluczyć działania z niskich pobudek. Ale zaczekajmy na ostateczne ustalenia i wyrok niezawisłego sądu.
I musi paść jeszcze jedno pytanie: jak to się dzieje, że ci sami nadworni propagandyści, którzy jeszcze kilka miesięcy temu pod niebiosa wychwalali polski kontyngent w Afganistanie, dziś z równym zaangażowaniem odsądzają żołnierzy od czci i honoru.

 

Wydanie: 47/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy