Wyrok na miasto

Wyrok na miasto

Mogło nie dojść do zagłady Warszawy. Ale nie osiągnięto by takich celów politycznych, jakie dowództwo AK sobie zakładało

Prof. Andrzej Leon Sowa– historyk, autor książki  „Kto wydał wyrok na miasto?”. Przez wiele lat pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecnie jest wykładowcą na Uniwersytecie Pedagogicznym im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Znawca dziejów Rzeczypospolitej szlacheckiej (XVII-XVIII w.), stosunków polsko-ukraińskich w okresie II wojny światowej oraz dziejów Polski w XX w.

Ciąg dalszy wywiadu z poprzedniego numeru

W książce zawarł pan stwierdzenie, że gdyby żył gen. Sikorski, nie doszłoby do powstania w Warszawie.
– W książce daję przykłady, na jakiej podstawie tak sądzę. Gen. Sikorski był bardzo dobrym wojskowym, który umiał analizować sytuację i liczyć siły. Dla niego działania musiały mieć określony sens. Z jego polityki wyraźnie wynika, że on jako naczelny wódz nie wypuściłby inicjatywy z rąk i nie scedowałby decyzji o akcji zbrojnej w Warszawie na ówczesnych dowódców Armii Krajowej. Był realistą, potrafił się wycofywać z błędnych decyzji, jak chociażby z początkowej akceptacji planów powstańczych, które mu podsuwał ppłk Maciej Kalenkiewicz, zakładających zrzucenie nad krajem regularnych armii, mających nieść pomoc Polakom walczącym z okupantem. Sikorski oprócz tego, że był wojskowym, był też politykiem. Rozumiał sytuację i wiedział, że Polaków nie stać na walkę na dwa fronty, z Niemcami i Sowietami.
A gen. Stefan Grot-Rowecki też nie dopuściłby do powstania w stolicy?
– Jeśli chodzi o gen. Roweckiego i jego ewentualne stanowisko w sprawie powstania w Warszawie, to nie jestem już taki pewien, bo jego meldunki wykazują, że był jednak zwolennikiem legionowych, ryzykownych działań. Dla mnie dość szokujące było to, że zażądał od komendy AK we Lwowie, by nawet w kilku budynkach bronić się przed Ukraińcami. Po co? Nie za bardzo wiem. Chyba liczył, że we Lwowie dojdzie do jakiejś reakcji ludności i powtórzy się sytuacja z 1918 r. Czy wydałby rozkaz powstania w Warszawie w takich warunkach politycznych, jakie wytworzyły się latem 1944 r., tego nie potrafię powiedzieć.
Powstanie nie wybuchłoby samoczynnie? Od lat słyszy się, że powstańcy byli tak pełni patriotycznego uniesienia, tak nastawieni na walkę, że do zrywu doszłoby nawet samorzutnie.
– Takie stwierdzenia są niepoważne. Nawet jeżeli był pewien nastrój walki, to na AK trzeba patrzeć jako na strukturę hierarchiczną. Przecież to było jednak zdyscyplinowane wojsko. Ludzie chcieli się bić, ale z Niemcami uciekającymi, a nie z przygotowującymi się do obrony Warszawy. Nie tylko rozkazy, ale i odpowiednie wyjaśnienia, które np. tonowałyby nastroje, można było żołnierzom przekazać za pośrednictwem sieci dowódczej. Nie trafiają więc do mnie opinie o niebezpieczeństwie spontanicznego wybuchu powstania.

Desant kościuszkowców

Kościuszkowcy nie mogliby wziąć udziału w powstaniu bez zgody Stalina. To znaczy, że w połowie września musiało się wydarzyć coś, co spowodowało, że Stalin przystał na desant na Czerniakowie. Miał pewność, że on nic nie da, czy też liczył na coś innego?
– Mało na ten temat wiemy. Moja opinia jest taka, że Stalin początkowo w sierpniu zakładał, że powstanie szybko upadnie, a wówczas Armia Czerwona zdobędzie stolicę Polski, zaskarbiając sobie wdzięczność jej ludności, zagrożonej wymordowaniem lub wysiedleniem. Będzie można wtedy zebrać propagandowe owoce uderzenia i zajęcia Warszawy. Stalin nie liczył na jakieś dalekie pójście na zachód, ale wkroczenie do stolicy Polski było w zasięgu jego wojsk. Kiedy wbrew wszystkim oczekiwaniom powstanie nie upadło, ze względu na naciski aliantów zmienił własne kalkulacje. Doszedł do wniosku, że skoro powstanie trwa, to niech walka toczy się jak najdłużej. Aby mogło tak się stać, należy wzmacniać je lokalnymi działaniami wojskowymi i dostawami dla powstańców: broni, amunicji i żywności.
Ale w połowie września powstanie chyliło się już ku upadkowi.
– Nie szkodzi, bo nawet z punktu widzenia taktycznego wiązało pewną liczbę oddziałów niemieckich. Proszę pamiętać, że początkowo, w sierpniu, nie było zgody Moskwy na loty wahadłowe i lądowanie samolotów amerykańskich za linią frontu, bo to za bardzo wzmacniałoby i przedłużało powstanie. Ale we wrześniu, kiedy już wiadomo było, że musi upaść, zgoda była. Wysyłanie tych samolotów oczywiście niczego nie zmieniało. Tak samo było z wysłaniem kościuszkowców za Wisłę. Stalin musiał wiedzieć o nastrojach wśród nich, o chęci niesienia pomocy powstańcom. Pod wpływem powstania pozytywne opinie o Sowietach zaczęły na Zachodzie zmieniać się na negatywne i Stalin musiał coś z tym zrobić. W telefonicznej rozmowie Rokossowskiego – w obecności Żymierskiego – ze Stalinem, który miał mu nakazać zdobywanie Warszawy, chodziło o taki właśnie wydźwięk propagandowy. Miała zmylić nawet polskich komunistów współpracujących z Moskwą. Nie wszyscy dali się na to nabrać. Izolda Kowalska, uczestniczka walk na Starówce, skorzystała z okazji i podczas spotkania ze Stalinem 13 listopada 1944 r. zapytała go, dlaczego do połowy września 1944 r. powstanie warszawskie było pozbawione wsparcia lotnictwa sowieckiego. Odpowiedzi nie uzyskała, zamiast tego Stalin długo rozwodził się nad tym, jak trudne z wojskowego punktu widzenia jest zdobywanie Warszawy. Decyzja o wysłaniu kościuszkowców na drugi brzeg Wisły nic nie kosztowała generalissimusa.
Bardzo krytycznie ocenia pan akowski wywiad.
– Nie mogę inaczej, skoro takie są fakty. Mamy przekonanie, że wywiad AK był znakomity. Jeśli chodzi o pewne elementy, np. zdobywanie informacji o niemieckiej broni rakietowej, tu rzeczywiście dokonania są duże. Ale ten wywiad nie był w stanie dostarczać bieżących informacji na temat frontu niemiecko-sowieckiego, bo to przekraczało jego możliwości. Podejmowano decyzje, tak naprawdę nie wiedząc, co się dzieje na froncie wschodnim. Decyzję o walce w stolicy podjęto głównie na podstawie analizy ogólnie dostępnych komunikatów Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu i Kwatery Głównej Armii Czerwonej, oficjalnie nadawanych przez rozgłośnie radiowe w Berlinie i Moskwie. Bardzo mnie dziwi, że podczas powstania nie próbowano organizować tego, co istnieje w wojskach regularnych, mianowicie grup zwiadowczych, które brałyby języka, żeby mieć orientację, z jakimi siłami się walczy. Tylko przypadkowo uzyskiwano informacje od jakichś jeńców. U jednego z nich znaleziono meldunek o stanie całych sił niemieckich atakujących powstańców. Tylko że był on nieaktualny, bo z sierpnia, a uzyskano go we wrześniu. Tak naprawdę wszystkie powstańcze natarcia podejmowano na ślepo. Oddziały powstańcze szły do ataku, nie wiedząc, jakie siły niemieckie są na przedpolu i jak przedstawiają się możliwości zdobycia danych obiektów. Ten brak rozpoznania jest przerażający. To przecież w wojsku sprawa najważniejsza.
W tym miejscu muszę przyznać, że zdumiewa mnie postawa gen. Pełczyńskiego. Jako długoletni szef wywiadu powinien on mieć lepsze rozeznanie wojskowe i polityczne. Tymczasem jego myślenie sprowadzało się do stwierdzenia: musimy coś zrobić, bo inaczej nazwą nas tchórzami. To było typowe myślenie piłsudczykowskie, niestety.

Masowe dezercje

Czy przy mianowaniu dowódców zgrupowań brano pod uwagę jakieś doświadczenie, wiedzę na temat walk w mieście?
– Nie przejmowano się tym, bo nikt nie miał takiego doświadczenia. Jedynym teoretykiem był gen. Rowecki, który napisał związaną z tym pracę, ale miała ona charakter bardziej policyjny, analizował w niej bowiem rewolucje komunistyczne w Rosji, Niemczech i na Węgrzech oraz to, jak im przeciwdziałać. Walki w mieście zawsze są najtrudniejsze. Dla Niemców również. Oni dopiero się ich uczyli, pomijam tu już jakość wojsk tłumiących powstanie. Oddziały pionierów, czyli szturmowych saperów, najbardziej przydatne do walk w mieście, stanowiły tylko niewielką część sił niemieckich tłumiących powstanie.
W książce podaje pan informacje o pojedynczych i masowych dezercjach powstańców. Da się określić skalę tego zjawiska?
– Pojedynczych przypadków nie jesteśmy w stanie oszacować. Powstańcy mieli stały kontakt z ludnością cywilną, więc wtapiali się w nią niezauważenie. Do tego, co określamy dezercją, najczęściej dochodziło na Starówce, kiedy jeszcze można było przez Żoliborz wydostać się z Warszawy. I to zarówno w oddziałach Armii Krajowej, jak i Armii Ludowej. Skala i terminy dezercji były zmienne, to wynikało z sytuacji na barykadach i chyba ze specyfiki tego wojska, które składało się głównie z cywilów.
Czy zamach na Hitlera znacząco wpłynął na proces podejmowania decyzji o powstaniu?
– W jakimś sensie tak, to był jeden z tych elementów, których doszukiwał się gen. Pełczyński, a które miały wskazywać na załamanie się Niemców. Myślano, że skoro doszło do zamachu, to ich sytuacja jest trudna i zaraz ich oddziały będą w rozsypce.
Tymczasem efekt zamachu był dwu-, trzydniowy. Niemcy przez radio informowali o licznych aresztowaniach spiskowców.
– Zgoda, ale informację jednego czy drugiego radia uznawano tylko za częściową prawdę. Już sam fakt, że doszło do zamachu, mógł skłaniać do myślenia, że w armii niemieckiej źle się dzieje. I tu znów kłania się absolutny brak wiedzy kierownictwa konspiracji na temat hitlerowskiego okupanta i jego wojsk.
Skąd się brało w dowództwie AK przeświadczenie, że pod Warszawą są jej oddziały, które przyjdą z pomocą?
– Z braku łączności i rozeznania w sytuacji. Tak naprawdę tych oddziałów, poza Kampinosem i Kielecczyzną, prawie w ogóle nie było, bo partyzantka akowska aż tak liczna nie była. To przeświadczenie wynikało z pewnej determinacji kierownictwa powstania. 14 sierpnia, kiedy sytuacja powstańców była trudna, gen. Bór-Komorowski wystosował apel, by te oddziały szły w kierunku Warszawy. Rozkaz miał chyba charakter pokazowy, bo, jak piszę w książce, kierowanie się w stronę Warszawy z wojskowego punktu widzenia nie było za bardzo sensowne. Poza tym nie były to oddziały regularne, które mogłyby cokolwiek zmienić w ówczesnej sytuacji. Te późniejsze mobilizacje, po 14 sierpnia, wykazały słabość struktur terenowych AK, nie mówiąc już o ich uzbrojeniu. Zadają one kłam tym wszystkim mitom o sile AK.
Według pana nie ma też pokrycia w faktach opinia, że walczące w Warszawie oddziały AK nie miały broni, bo wcześniej znaczną jej część przekazano oddziałom z innych okręgów.
– Przed powstaniem, wbrew legendom, nie przekazywano masowo broni z Warszawy w celu wzmocnienia okręgów wschodnich prowadzących akcję „Burza”. Niesamowite, ale chaos związany z wyznaczeniem godziny wybuchu powstania doprowadził do tego, że duża część uzbrojenia została w magazynach konspiracyjnych. Ale nawet gdyby wydobyto całą ukrytą broń, to i tak większość powstańców na początku musiałaby walczyć gołymi rękoma. W tym momencie przypomina mi się nieżyjący prof. Jan Ciechanowski, powstaniec, który opisywał, jakie było zaskoczenie żołnierzy, gdy zobaczyli, jak są uzbrojeni, ilu zdezerterowało, bo zorientowali się, że nie mają broni, nie mają czym walczyć.

Cele powstania

Co miał pan na myśli, pisząc, że tak naprawdę to warszawiacy uratowali powstanie, że dzięki nim nie zakończyło się ono po kilku dniach?
– Doszło do tej rewolucji, którą zakładano w planach powstańczych. Gen. Rowecki nie przeliczył się, stawiając na wielki entuzjazm. Uważał, że okupacja niemiecka jest tak znienawidzona, że lud wesprze powstańców. Budowa barykad, dostarczanie żywności, udzielanie noclegów, w ogóle wszelka pomoc warszawiaków, spowodowały, że to powstanie okrzepło. Pamiętajmy, że znaczna część oddziałów powstańczych po nieudanych akcjach wycofała się zaraz pierwszej nocy sierpnia poza Warszawę. Późniejsze nastroje warszawiaków to już zupełnie inna sprawa.
Kłania się rok 1830, kiedy to warszawiacy uratowali powstanie listopadowe?
– Trochę tak, choć sytuacja i okoliczności są inne.
Co pana zaskoczyło, kiedy zbierał pan materiały do tej książki?
– Determinizm powstańczy dyplomowanych bądź co bądź oficerów. Przecież oni powinni myśleć analitycznie i kalkulować, a nie kierować się emocjami. Jak już wspomniałem, mogło nie dojść do zagłady Warszawy. Przykład Lwowa pokazuje, że były możliwe inne działania, które nie spowodowałyby tylu ofiar, liczonych w dziesiątkach tysięcy. Oczywiście nie osiągnięto by takich celów politycznych, jakie dowództwo AK sobie zakładało. Mówię politycznych, bo żadnego celu wojskowego powstanie nie miało i mieć nie mogło. To trzeba jednoznacznie powiedzieć. Należy też pamiętać, że powstanie warszawskie to nie tylko bohaterstwo powstańców, ale i niepotrzebna śmierć dziesiątek tysięcy warszawiaków, na którą skazali ich dowódcy, podejmując decyzję o wszczęciu walki.
Ale we wrześniu 1939 r. znakomita większość dowódców dbała o to, by ich żołnierze nie ginęli na marne, oszczędzali także cywilów.
– Dowódcy powstańczy chyba czuli, że są w sytuacji bez wyjścia, byli przekonani, że walczyć trzeba, bo jak się poddadzą, to powstańcy i ludność i tak zostaną wyrżnięci. Pamiętajmy, że przez długi czas Niemcy nie uznawali powstańców za kombatantów. To poczucie braku wyjścia wpływało na decyzje dowództwa powstania. Stąd te rozkazy natarcia, które okazywały się waleniem głową w mur. Stąd ta bezradność i nieumiejętność wyjścia ze schematów, których nauczyli się przed wojną i do których byli przyzwyczajeni. Na ich usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że wojsko zawsze uczy schematów, regulamin walki jest przecież zbiorem procedur i schematów. Zapóźnienie doktrynalne i organizacyjne polskiej armii przedwrześniowej również wpływało na postawy dowódców. Mamy przekonanie, że nasza armia była znakomita, ale to mit. Nawet w okresie potęgi I Rzeczypospolitej wyraźnie odstawała ona od armii zachodnich, tak było też w II RP. Warto także pamiętać, że wysiłek wojskowy, na jaki zdobyła się II Rzeczpospolita, był największy w całych tysiącletnich dziejach Polski, a mimo to wystarczyły dwa wrześniowe tygodnie, by operacyjnie wojna polsko-niemiecka została przegrana. 16 września 1939 r., a więc dzień przed agresją sowiecką na Polskę, brakowało już tylko kilkunastu kilometrów, aby niemieckie wojska pancerne w rejonie Włodawy zamknęły pierścień okrążenia wokół całości walczących sił polskich. Ale o tym – jeżeli zdrowie pozwoli – będzie można przeczytać w mojej następnej książce.

Wydanie: 32/2016

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. fly
    fly 12 sierpnia, 2016, 12:48

    Wręcz przeciwnie , matołku . Mogą pomyśleć , że w Polsce są jeszcze mądrzy ludzie ! Nie tylko mordercy niewinnych ludzi i miast , nadający sobie po hekatombie Polaków w powstaniu stopnie generalskie .
    Bądż uprzejmy nie pisać bredni i ustosunkować się do kilku prostych pytań zadanych ci po felietonie red. Domańskiego .

    Ponieważ czyny powinny iść za poglądami , a wiem , że masz ziemię rolną , w ramach protestu p-ko czemukolwiek bądż łaskaw ją zniszczyć np. polewając ropą czy inną chemią .

    Będzie to i tak mniejsza strata niż bandyckie zabicie Warszawy przez londyńskich durniów !
    Czekam !!!

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. fly
    fly 12 sierpnia, 2016, 13:06

    Neoarch , wycofuję niszczenie ziemi . Po co . I tak jej coraz mniej .
    Ponieważ jednak ślepo popierasz nasze wszystkie durne zrywy , niszczące to co inni ledwo zbudowali . Wyklętych morderców itp. , natomiast plujesz na PRL który zbudował w Polsce praktycznie WSZYSTKO , to wiesz co , idż na to swoje pole i w ramach protestu przeciw czemuś ważnemu zdetonuj na sobie materiał wybuchowy !

    Będzie to minimalna egzemplifikacja twych poglądów . Tak się bowiem składa , że wywołujący nieszczęścia w Polsce zwykle przeżywali . Ba , mieli się znakomicie , sami zachęcając jak np. przywódcy powstania do „daniny krwi ” . Wręcz „skąpania się w niej ”

    Bądż uprzejmy poprzeć myśli czynem i wytocz CAŁĄ swą krew na swoim własnym polu !!!

    Odpowiedz na ten komentarz
    • warszawiak
      warszawiak 17 sierpnia, 2016, 09:16

      Dobrze napisałeś temu niejakiemu fly.

      Dziś w Polsce ścierają się ostro obce agentury, ale niewielu to rozumie i większość niestety się wkręca. Trolli jest przecież dostatek.
      Bardzo łatwo jest oceniać po takim czasie działania tamtych dowódców i ludzi, ale jakoś nikt nie pisze, że wtedy nie było Internetu a przepływ informacji był bardzo ograniczony. Byliśmy w niewoli niemieckiej i nie chcieliśmy sowieckiej. Działała przecież również prężnie propaganda. Pewnie ludzie nie byli mniej ogłupieni jak dzisiaj, a i korupcja istniała również, jednak Polacy mieli już tak szczerze dość swoich ciemiężycieli, że byli skłonni ponieść ofiarę krwi, i to bez względu na wszystko. Należy wspomnieć, że Niemcy w ostatnich dniach sierpnia ogłosili, że wszyscy mężczyźni (chyba od 16 d0 60 lat) mają się zgłosić w celu wykonywania umocnień miasta. Jednak nie zgłosił się prawie nikt, za co czekały ludność Warszawy przecież ciężkie represje. Również niewielu pisze o obozie koncentracyjnym, który był tam gdzie dworzec kolejowy Warszawa Główna. Przecież było oczywistym, że Niemcy będą mordować więźniów w momencie walk i wycofywania się się z miasta.
      Czego by nie pisać, to w Warszawie wrzało wtedy jak w kotle ze wrzątkiem.

      Nie ma więc moim zdaniem sensu roztrząsać się nad tym wszystkim co się działo mając pogląd o dzisiejszym świecie, a należy uszanować ofiarę i męstwo Powstańców jak i Ludności Warszawy.
      Duże litery są wyrazem mojego szacunku dla tych ludzi, który do nich będę żywił do ostatniego dnia mojego życia. Zbyt często przypomina mi o tym Warszawa żebym mógł kiedykolwiek zapomnieć.

      Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy