Krwawa noc w Twerdyniach

Krwawa noc w Twerdyniach

Naoczny świadek zbrodni UPA latem 1943 r.

Wydarzenia na Wołyniu w okresie II wojny światowej należą do najtragiczniejszych w historii Polski. Poniżej prezentujemy fragment rozdziału „Ukraińcy przystępują do likwidacji Polaków”, pochodzący z nigdy nieupublicznionych „Wspomnień” Stanisława Piekarusia, udostępnionych nam przez jego syna.

Stanisław Piekaruś (1921-1996), nauczyciel na Wołyniu, był świadkiem mordów dokonywanych przez UPA. Po wojnie osiadł na Ziemiach Zachodnich, Tam poznał przyszłą żonę Krystynę Stern, również Wołyniankę. Przez wiele lat był nauczycielem i działaczem oświatowym.

Oto nadchodzi wiosna 1943 r. Zaczyna się na dobre mord narodowości polskiej. Na razie sporadyczne przypadki, tu i ówdzie zostaje zamordowany człowiek w jego własnym obejściu, bez najmniejszych powodów, przez nieznanych osobników. W pierwszej fazie ginęły pojedyncze osoby, głównie pracujące na podrzędnych urzędniczych stanowiskach (…), a także fachowcy z różnych dziedzin. W późniejszym etapie, w maju i czerwcu, ofiarami stały się całe wybrane rodziny. Oprócz rodzin polskich nawet Ukraińcy, lecz na razie tacy, którzy przed przybyciem Niemców byli proradzieccy i zajmowali jakieś stanowiska. Pierwszą taką ofiarą w Chołopeczach stał się Nikon Poleszczuk, który przed 1939 r. odsiedział siedem lat w Berezie Kartuskiej za komunizm. Początkowo krążyła pogłoska, że są to osobiste porachunki między osobami czy też rodzinami. Jednak i wśród Ukraińców byli ludzie, którzy rozumieli i widzieli całkowity bezsens takiego postępowania wobec mniejszości narodowej i niewinnych osób, toteż często polskie rodziny były uprzedzane o masakrze. Na tych terenach było dużo rodzin mieszanych, mąż Polak, a żona Ukrainka lub odwrotnie. Wobec tego, jeśli mąż był Ukraińcem, otrzymywał od banderowców rozkaz zamordowania swojej żony wraz z dziećmi, ale tylko córek, bo chłopcy pozostawali przy ojcu. Jeśli nie wykonał powyższego rozkazu, likwidowano całą rodzinę.

Zaczynam bać się o swoją skórę, o to, czy nie podzielę losu innych. Nieraz zaczynam żałować, że nie wyjechałem na roboty do Niemiec. (…)

Nie sypiam w domu

(…) Jedni zaczęli ze swoim dobytkiem uciekać do miast, inni pozostali na miejscu, nie wierząc w ogólny pogrom. Miejscowości z ludnością wyłącznie narodowości polskiej (…) zaczynają tworzyć placówki samoobrony.

Moja rodzina na razie nie rusza się z miejsca. Byliśmy w o tyle szczęśliwym położeniu, że mieszkaliśmy prawie nad samą drogą, po której wciąż poruszały się wozy niemieckie jako patrole i inne.

Ja z reguły już nie sypiam w domu, nocuję jak nie w zbożu, to w innym miejscu. Bywało, że zakradałem się do sąsiednich ukraińskich stodół na noc, by przeczekać do świtu, a noce były krótkie i ciepłe. Dzień był bardziej pewny (…). Inaczej mówiąc, Niemcy rządzili za dnia, a Ukraińcy nocą, mordując na razie „wybrańców”. Dlatego kryłem się nocami, nie będąc pewny, czy nie jestem jednym z wybrańców. (…). Mój opis w tym rozdziale jest tylko drobnym wycinkiem zbrodniczego koszmaru, krwawej rzezi dziesiątków tysięcy niewinnych ludzi. Była to bezpośrednia robota ukraińskiej tłuszczy, uzbrojonej niejednokrotnie w siekiery, oraz robota tych popów, którzy tę tłuszczę wraz z prowodyrami prowadzili i błogosławili znakiem krzyża i trójzęba.

O masowej zakładzie narodowości polskiej wiedzieliśmy do tej pory od osób, które uszły z życiem z powiatów Łuck i Włodzimierz Wołyński. U nas, w powiecie horohowskim, bandy UPA jeszcze nie stosowały masowej zagłady. Nasz powiat gehennę przeżył dopiero w lipcu 1943 r.

Nie zapomnę tej lipcowej niedzieli, pochmurnej i dżdżystej. Zabrałem konie i po obiedzie poprowadziłem na ogólne pastwisko, gdzie zebrało się więcej takich, grających w karty, opowiadających kawały itp. W pewnym momencie zauważyliśmy mężczyznę biegnącego ostatkiem sił. Gdy zatrzymał się przy nas, zaczął opowiadać straszne rzeczy, które wydarzyły się w Kisielinie [11 lipca 1943] podczas mszy w kościele. Mówił, że bandy oprawców okrążyły kościół i wszystkich wymordowały. W pierwszej chwili nie mogliśmy w to uwierzyć. Jednak pod wieczór potwierdziły się jego i innych relacje, gdyż mimo 7-kilometrowej odległości dolatywały nas odgłosy strzelaniny z tego kierunku, a już o zmroku widać było łunę pożarów.

Kup książkę

I zaczęło się. Następnego dnia, w poniedziałek, bandyci powtórzyli wczorajszy dzień, ale już we wsiach zamieszkanych przez polską ludność. Tego dnia spłonęły (…) Rudnia, Woronczyn, Adamówka, Aleksandrówka i Warszawka – miejscowość mojej pierwszej posady. Najbliżej nas położone były Kisielin i Rudnia. Według relacji ocalałych w Kisielinie zginęło ok. 300 osób, a w Rudni ok. 70 osób. Na temat Kisielina nie będę się rozpisywał. Dość szczegółowego i wiernego opisu dokonał mój kolega po fachu Sławomir Dębski (Włodzimierz Sławomir Dębski, ojciec kompozytora Krzesimira – przyp. red.), będący jedną z ocalałych ofiar tego pogromu (stracił tam nogę). Jego relacja zawarta jest w książce Henryka Cybulskiego „Czerwone noce”. (…)

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 28/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 28/2020

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy