Tag "UPA"
Jątrząca pamięć
Priorytetem nie może być język wartościujący, lecz opisujący
Polemika z prof. Andrzejem Romanowskim
Myśląc o poprawnym współżyciu między sąsiadującymi ze sobą narodami, jak Polska i Ukraina, najpierw trzeba przepracować wspólną historię. Taką konieczność dostrzega również prof. Andrzej Romanowski w artykule „Spalona ziemia” („Przegląd” nr 28/2026). Jednak obowiązek tego przepracowania nakłada tylko na stronę polską, czyniąc jego prekursorem Jerzego Giedroycia i paryską „Kulturę”. Ale cóż to za przepracowanie, skoro dotyczyć ma ono wyłącznie ofiary, pomijając kata?
Ważny jest też język, jakim przy tej okazji operujemy. Priorytetem nie może być język wartościujący, lecz opisujący. Ten pierwszy podsyca emocje, co prowadzi do uproszczonych schematów i uogólnień, właściwych bardziej popkulturze niż poważnej narracji historycznej. Takiego stanowiska zdaje się jednak nie podzielać prof. Andrzej Romanowski.
Zaczyna od mocnego uderzenia, powołując się na autorytet prof. Macieja Jankowskiego: „Przez kilkaset lat to Rusini byli pod panowaniem polskim, a nie odwrotnie”. Spod tego kategorycznego sądu czmychnęło autorowi gdzieś Wielkie Księstwo Litewskie, ale to szczegół. To panowanie zaczęło się już od Kazimierza III Wielkiego (Chrobrego autor pomija), który objął w posiadanie Ruś Halicką i Włodzimierską.
Dokonało się to jednak, co autor już pomija, mniej z angażowaniem oręża, a bardziej na mocy układów sukcesyjnych, w tym zawartego w Wyszehradzie w 1339 r. tzw. układu o przeżycie, który przewidywał, że Ruś Halicka przejdzie we władanie Kazimierza Wielkiego w przypadku bezpotomnej śmierci księcia Jerzego II Trojdenowicza. Jednym z postanowień tych układów była również zapowiedź objęcia krakowskiego tronu przez Andegawenów po bezpotomnej śmierci Kazimierza. I tak się stało. Przyjmując więc sposób myślenia profesora, moglibyśmy dziś nie tylko zarzucać Madziarom ich panowanie nad Wisłą, ale dodatkowo obciążać ich winą za to, że krakowski tron powierzyli pogańskiemu „dzikusowi” z Litwy.
Tak nie da się myśleć o historii. Zdarzenia historyczne należy postrzegać w ówczesnych realiach interesów dynastycznych, możnowładczych i sąsiedzkich powiązań. Wtedy jeszcze nikt nie był pod niczyim panowaniem, bo nie było przedmiotów owego panowania. Poczucie narodowości zrodziło się kilka wieków później. To ahistoryczne, prezentystyczne myślenie pozwala prof. Andrzejowi Romanowskiemu przeskoczyć swobodnie do okresu II Rzeczypospolitej, oskarżając ją, że „zwalczając zagrażający państwu ukraiński ruch narodowy, konsekwentnie traktowała Ukraińców jako obywateli niższej kategorii”.
To również ciężki grzech Polaków, że starali się, zresztą nie bez błędów i przewinień, przeciwdziałać zamachom i mordom politycznym, w tym na ministrze Bronisławie Pierackim i pośle Tadeuszu Hołówce, którzy sprzyjali Ukraińcom? Stąd już tylko krok do przyjęcia interpretacji niektórych historyków,
Spalona ziemia
Order Orła Białego odebrano dotąd tylko raz: Wincentemu Witosowi. Ale akt ten dotyczył polskich spraw wewnętrznych, dokonał się zaś – cokolwiek mówić – na mocy wyroku sądowego. W świecie odebrano najwyższe odznaczenie głowie innego państwa dwa razy. Najpierw spotkało to cesarza Hirohito, któremu Order Podwiązki odebrano po wejściu Japonii w stan wojny z Wielką Brytanią. Natomiast za łamanie praw człowieka odebrano Krzyż Wielki Orderu Zasługi Republiki Włoskiej prezydentowi Syrii Baszarowi al-Asadowi. Czy Ukraina weszła z Polską w stan wojny? Czy łamie u siebie prawa człowieka?
Korzenie
Karol Nawrocki, jak to ipeenowiec, wie o historii Polski niewiele. A przecież jakakolwiek sensowna rozmowa o stosunkach polsko-ukraińskich powinna się rozpoczynać od stwierdzenia trzech faktów. O pierwszym, tym najbardziej oczywistym, pisał w „Gazecie Wyborczej” (1 czerwca 2026) prof. Maciej Janowski: „Przez kilkaset lat to Rusini byli pod panowaniem polskim, nie odwrotnie”. To polskie panowanie zostawiło zaś na Rusi (Ukrainie) złą pamięć. Ciągnące się od schyłku XVI w. po ostatnie lata Rzeczypospolitej bunty i powstania nie wzięły się z powietrza. Z kolei II Rzeczpospolita, zwalczając zagrażający państwu ukraiński ruch narodowy, konsekwentnie traktowała Ukraińców jak obywateli niższej kategorii. Natomiast Polska powojenna wygnała Ukraińców z ich siedzib w ramach akcji „Wisła”.
Prowadzoną przez kolejne formy polskiej państwowości politykę antyukraińską czasem sobie jeszcze uświadamiamy, choć na ogół nie wyciągamy z niej wniosków. Ale o dwóch kolejnych sprawach w ogóle nie chcemy pamiętać. A przecież wspomniane wyżej polskie panowanie znaczy też, że przeżyliśmy z Ukraińcami setki lat we wspólnym państwie. Korona Królestwa Polskiego była od XIV w. organizmem polsko-ruskim (ukraińskim). W XVII w. Rusini (Ukraińcy) tworzyli swą literaturę głównie w języku polskim. Pierwsza konstytucja kozacka, spisana w roku 1710 po łacinie, została skopiowana z polskich, szlacheckich wolności. Iwan Franko pisał na przełomie XIX i XX w.: „W całej Słowiańszczyźnie nie ma dwóch narodów, które by pod względem życia politycznego i duchowego tak ściśle zrosły się ze sobą, tak licznymi połączone były węzłami”. Te słowa są często cytowane, lecz tylko w gronie specjalistów.
Wreszcie sprawa trzecia, też rzadko uświadamiana: polskie zdrady. Oczywiście były też zdrady ukraińskie, z Radą Perejasławską roku 1654 na czele. Niemniej za pokój z Moskwą płaciliśmy zawsze ziemiami ukraińskimi, wspólnie też z nią dokonywaliśmy ich rozbioru. Pierwszy raz stało się to w 1667 r., w traktacie andruszowskim. Drugi raz w 1686, w „pokoju wieczystym”. Trzeci raz w latach 1918-1919, gdy podbiliśmy pierwsze po wiekach państwo ruskie: Zachodnioukraińską Republikę Ludową (ZURL). Czwarty raz w latach 1920-1921, gdy zdradziliśmy Ukraińską Republikę Ludową (URL) – naszego sojusznika. Ukraińscy żołnierze – tacy jak gen. Marko Bezruczko, obrońca Zamościa – poszli za druty obozów internowania. Przywódca URL, ataman Symon Petlura, został z Polski (na życzenie ZSRR) wygnany.
Te trzy elementy – polskie panowanie, polsko-ruska symbioza i polskie zdrady – powinny być fundamentem naszego myślenia o Ukrainie. Zwłaszcza dziś, gdy dokonuje się zdrada kolejna, piąta.
Żadnych złudzeń!
Odbierając Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego, Nawrocki jednym podpisem zniszczył kilkudziesięcioletni dorobek polskiej myśli politycznej. Jednym podpisem! Choć bowiem trudno wymagać od ipeenowca, by był mocny w historii Polski, to od Polaka można oczekiwać jakiegoś jej rozumienia. Najlepsi polscy synowie od tylu lat starają się przepracowywać – fundamentalną dla polskiego bytu narodowego – kwestię ukraińską. Działanie to rozpoczęła „Kultura” Jerzego Giedroycia. Na jej łamach nie eksponowano zbrodni UPA – wiedziano,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Dlaczego Ukraina heroizuje UPA
Antypolskie kroki Zełenskiego natychmiast ożywiły i zradykalizowały epigonów nacjonalizmu ukraińskiego
Duża część polskiej sceny polityczno-medialnej dopiero pod koniec maja br., kiedy prezydent Ukrainy uhonorował jednostkę wojskową imieniem Bohaterów UPA, odkryła, że Ukraina opiera swoją tożsamość na heroizacji najbardziej skrajnych nurtów historycznego nacjonalizmu ukraińskiego. Tymczasem dzieje się tak od 2004 r. (z przerwą w latach 2010-2014), a wszelkie fakty o tym świadczące były przez 20 lat ignorowane przez wielu polskich polityków jako sprzeczne z neoprometejską linią naszej polityki wschodniej.
Były ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki ocenił, że na Ukrainie trwa obecnie antypolska kampania, a tamtejsza debata publiczna nie dopuszcza polskich argumentów w sprawie UPA. Cichocki przypomniał też systemowe dyskryminowanie Polaków przez władze ukraińskie od 1991 r., w tym przypadki odmowy zwrotu kościołów i ograniczania polskiego szkolnictwa. W jego opinii obecny kryzys może doprowadzić nawet do zerwania stosunków dyplomatycznych. Dlaczego Cichocki mówi o tym dopiero teraz? Jako ambasador milczał przecież w imię owych neoprometejskich miraży realizowanej w Warszawie polityki wschodniej. Czy w jego środowisku politycznym (PiS) przypadkiem nie był swego czasu popularny slogan „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”?
Bohater Petlura?
Prezydent Nawrocki zasugerował w wystąpieniu z 19 czerwca, żeby Ukraińcy czcili Petlurę zamiast UPA. Z tego zapewne powodu, że był to sojusznik Piłsudskiego podczas tzw. wyprawy kijowskiej w 1920 r. Tylko że Petlura wcale nie jest postacią aż tak jasną. W latach 1917-1920 Ukraińska Republika Ludowa, która początkowo była protektoratem niemieckim, spłynęła żydowską krwią. Kilkaset pogromów, od 50 tys. do 250 tys. ofiar śmiertelnych, pół miliona wypędzonych i ograbionych. A działo się to 23 lata przed ludobójstwem zgotowanym europejskim Żydom przez Hitlera. Oczywiście pogromów na Żydach dopuszczały się wszystkie walczące tam strony (petlurowcy, biali, machnowcy i bolszewicy), ale to kierowany przez Petlurę od lutego 1919 r. Dyrektoriat URL szeroko wykorzystywał agitację antysemicką do politycznego scalania swoich zwolenników. Petlura zginął w maju 1926 r. w Paryżu z ręki żydowskiego zamachowca, poety Szolema Szwarcbarda, który utrzymywał, że morderstwa dokonał w akcie zemsty za wymordowanie jego rodziny na Ukrainie podczas rządów Petlury. Ława przysięgłych odniosła się z wyrozumiałością do tego wyjaśnienia i w konsekwencji francuski sąd uniewinnił Szwarcbarda. Ponadto Petlura był i jest uważany przez nacjonalistów ukraińskich za zdrajcę, ponieważ w umowie warszawskiej z 21 kwietnia 1920 r. zgodził się na oddanie Galicji Wschodniej i Wołynia Polsce.
Chociażby dlatego życzliwe rady w sprawie czczenia Petlury zamiast banderowców zostaną na Ukrainie zignorowane. Tego samego dnia, w którym prezydent Nawrocki odebrał Order Orła Białego Zełenskiemu, w miejscowości Botyń na Wołyniu odsłonięto pamiątkowy krzyż ku czci Petra Gudzowatego „Oczeretenki” (1912-1946), jednego z miejscowych watażków UPA. W uroczystości uczestniczyli przedstawiciele lokalnych władz, duchowieństwa, weterani wojny rosyjsko-ukraińskiej oraz organizacje młodzieżowe. „Oczeretenko” był działaczem OUN od połowy lat 30. XX w., żołnierzem batalionu „Nachtigall” i 201. batalionu Schutzmannschaft, a następnie jednym z dowódców UPA na Wołyniu, w czasie gdy OUN-B i UPA dokonały tam ludobójstwa na ludności polskiej.
O jego udziale w tej zbrodni nie dowiemy się jednak z żadnych ukraińskich publikacji. Zaprzeczanie ludobójstwu wołyńskiemu, zwłaszcza tam, gdzie zostało popełnione, ma na Ukrainie charakter powszechny i stanowi fundament pomajdanowej polityki historycznej. Pomija się określenie „ludobójstwo” lub stosuje eufemizmy negujące ludobójczy charakter zbrodni („tragedia wołyńska”), nie pisze się, kto był sprawcą, relatywizuje lub zakłamuje („wojna chłopska”) powszechny udział ludności ukraińskiej w masowych mordach oraz sugeruje rzekomą odpowiedzialność NKWD. Skrupulatnie omijane są w kontekście ludobójstwa wołyńskiego nazwy UPA i OUN-B oraz nazwiska Bandery, Szuchewycza, Klaczkiwskiego i innych sprawców.
Rzeczywistość nie szczędzi polskiej klasie politycznej jeszcze boleśniejszych doświadczeń niż to, które zafundował jej prezydent Zełenski. Wydawnictwo Rainshouse, powiązane z pułkiem Azow, wprowadziło do obiegu pod koniec czerwca naszywkę, na której znajduje się napis: „Wołyń Pride”,
Polityka pokrzykiwania i afrontów
Nadanie przez prezydenta Zełenskiego oddziałowi armii ukraińskiej imienia Bohaterów UPA wywołało w Polsce histerię i nieprzemyślane, emocjonalne reakcje. Decyzja prezydenta Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego, nagłośniona zresztą na długo przed jej podjęciem, była niespotykanym w dziejach III Rzeczypospolitej afrontem wyrządzonym głowie obcego państwa, w dodatku państwa sojuszniczego i toczącego dramatyczną wojnę obronną. Akt ten, świadczący o kompletnym braku wyobraźni zarówno samego prezydenta, jak i jego otoczenia, spowodował, że wszyscy byli prezydenci Ukrainy zgodnie odesłali swoje Orły Białe. Zrobili to solidarnie, choć wywodzą się z różnych obozów politycznych, bo uznali, że ten afront wyrządzony obecnej głowie państwa jest afrontem wyrządzonym całemu narodowi. W ślad za nimi polskie odznaczenia oddali ukraińscy dyplomaci, w tym osoby szczerze zaangażowane w budowanie dobrych stosunków polsko-ukraińskich.
Ten afront sporo będzie nas kosztował w przyszłości. W stanie stosunków polsko-ukraińskich cofnęliśmy się do punktu wyjścia. A nawet dalej. Bo w punkcie wyjścia był fakt, że Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy. Co osiągnięto? Czy nazwa ukraińskiego oddziału została zmieniona? No nie. Co więcej, Ukraina zapowiedziała, że tworzyć będzie oficjalny Panteon Narodowy i nikt jej nie będzie dyktował, kto ma w nim się znaleźć. Czy zatem nie należało reagować na ten ostatni akt gloryfikacji UPA na Ukrainie? Należało. Ale to nadanie imienia Bohaterów UPA nie było jakimś odosobnionym i niespodziewanym aktem. Wiadomo, że na stosunkach polsko-ukraińskich ciąży zbrodnia ludobójstwa popełnionego przez UPA na polskiej ludności Wołynia, ale także w dawnej Galicji Wschodniej czy, jak kto woli, na Kresach Południowo-Wschodnich. Wiadomo też było od samego początku, że jakoś ten problem trzeba załatwić. Jakoś się z nim uporać. I było wiadomo, że proces ten wymagałby taktu i cierpliwości z obydwu stron. Nie przeciwskutecznych dramatycznych gestów,
Zakłamana polityka historyczna
UPA w Ukrainie, NSZ w Polsce
Jeżeli w Polsce faszyści, zbrodniarze i hitlerowscy kolaboranci otoczeni są czcią, to nie powinniśmy mieć pretensji do Ukraińców, którzy postępują podobnie.
Zbiorowa histeria i fala antyukraińskości ogarnęła polską klasę polityczną, ale też licznych komentatorów, dziennikarzy i publicystów, po tym jak Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek wojskowych imię Bohaterów UPA. Prezydent Nawrocki odebrał mu Order Orła Białego, pojawiły się też pomysły innych działań odwetowych, m.in. uznania Zełenskiego za persona non grata, deportacji uchodźców, zablokowania akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej, a nawet wstrzymania pomocy wojskowej i humanitarnej. Co bardziej zapiekli arcypatrioci o lustracyjnym zacięciu, tacy jak Przemysław Czarnek, Janusz Kowalski i Dorota Gawryluk, zaczęli się domagać oczyszczenia polskiego rządu i administracji z banderowskiej agentury. Padło na wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, którego praprababka, jak zauważyli Jan Widacki i Stanisław Brejdygant, była wnuczką Aleksandra Fredry, „a kuzyni, dziadkowie ministra – pisał Brejdygant – to m.in. Stanisław Szeptycki, polski generał dowodzący armią w wojnie polsko-bolszewickiej, w 1920 r., i wkraczający na czele polskich wojsk na odzyskany Śląsk w 1922 r., a także uważany za »ojca narodu ukraińskiego« abp Andrzej Szeptycki oraz »Sprawiedliwy wśród narodów świata«, błogosławiony Ojciec Klemens (Kazimierz Szeptycki), zakonnik ukraiński, który uratował w klasztorze rzeszę żydowskich dzieci, wśród nich Adama Rotfelda, naszego, w swoim czasie, ministra spraw zagranicznych”.
Na Szeptyckiego wylała się fala hejtu, wkrótce zapewne wskazani i napiętnowani zostaną kolejni „banderowcy”. Tylko czekać, aż dojdzie do samosądów. Przeciwko narastającej antyukraińskiej fali zaprotestował PEN Club.
Rację ma Bohdan Piętka, piszący, że państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie („Z UPA na piedestale”, nr 24/2026). Jednak na kłamstwie oparta jest też polska polityka historyczna. To kłamstwo, forsowane przez krzykliwą prawicę od początku lat 90., zostało oficjalnie zatwierdzone przez tzw. środowiska liberalne i lewicowe 2 lutego 2011 r., gdy Sejm (rządziła wtedy koalicja PO-PSL, a prezydentem był Bronisław Komorowski) ustanowił 1 marca Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, którzy, jak napisano w ustawie, walczyli o prawo do samostanowienia społeczeństwa polskiego i demokrację (sic!). Za nowym świętem państwowym głosowało 30 posłów ówczesnego SLD.
Podobieństwa i różnice
Politycy od prawicy po lewicę przekonują, że nigdy nie zgodzą się na relatywizowanie historii i tolerowanie kultu zbrodniarzy z UPA. Ale ta wrażliwość historyczna ma jednostronny wymiar, skoro państwo polskie czci żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, partyjne wojsko przedwojennego faszystowskiego Obozu Narodowo-Radykalnego.
Oenerowcy, którzy stosowali przemoc i podważali podstawy prawne II RP, zostali zdelegalizowani, a wielu przywódców trafiło do obozu w Berezie Kartuskiej. Narodowcy chcieli stworzyć wyznaniowe państwo autorytarne – Wielką Polskę Katolicką. Najważniejsze stanowiska w państwie mogliby obejmować wyłącznie członkowie ścisłego kierownictwa partii potrafiący udowodnić czysto polskie, w sensie rasowym, pochodzenie cztery pokolenia wstecz. Oni mieli decydować o selekcji ludzi na wyższe stanowiska i tworzeniu z nich elitarnej hierarchii. W przyszłym państwie nie było mowy o uznawaniu jakiejkolwiek partii,
Baczność! Równaj w prawo!
Spokojna, wyważona wypowiedź wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego, prof. Andrzeja Szeptyckiego, w której porównał żołnierzy UPA do naszych „żołnierzy wyklętych”, wywołała burzę. Szeptycki nie powiedział nic złego, w szczególności nieprawdziwego. Powiedział, mówiąc w skrócie, że tak jak jedni i drudzy walczyli z Sowietami, za co w swoich narodach zdobyli uznanie, jedni i drudzy robili też rzeczy niegodne, które ich narody im wybaczają, na które przymykają oko.
Można dyskutować, czy zestawienie było trafne. Czy skala zasług obydwu formacji i skala popełnianych przez nie zbrodni była porównywalna. Czy ci pierwsi byli ludobójcami na dużo większą skalę niż „Łupaszka”, „Ogień” i „Bury”, którzy wprawdzie również byli ludobójcami, ale przecież na skalę dużo mniejszą. Czy sytuacja społeczeństw dokonujących tych ocen jest porównywalna? Wszak Ukraińcy jednak odpierają najazd rosyjski, codziennie grzebią swoich zabitych i tracą domy. Czy w tej sytuacji, gdy Ukraińcy potrzebują tak znanego u nas z czasów wojny i niewoli „pokrzepienia serc”, można akurat teraz domagać się od nich rozliczania z niechlubną przeszłością? Z niechlubną przeszłością, z którą my w czasach pokoju i spokoju także nie bardzo potrafimy się rozliczyć?
Najpierw w Polsacie Dorota Gawryluk zadała publicznie pytanie, jak to możliwe, że człowiek pochodzenia ukraińskiego (znaczy się Andrzej Szeptycki), reprezentujący ukraińskie interesy, jest wiceministrem w polskim rządzie. „W polskim rządzie powinni być polscy ministrowie, którzy reprezentują polską rację stanu!”. Można by zadać symetryczne pytanie: jak to możliwe,
Wracamy do sporu o historię
Wydawało się, że w relacjach polsko-ukraińskich nastąpił zasadniczy przełom. Reakcją na napaść Rosji na Ukrainę i bohaterski opór stawiany przez Ukraińców pod przywództwem prezydenta Zełenskiego była zarówno spontaniczna pomoc, jakiej polskie społeczeństwo udzieliło ukraińskim uchodźcom, jak i pomoc humanitarna udzielana walczącej Ukrainie. Zdawało się to tworzyć zręby nowych relacji między naszymi zwaśnionymi narodami. Pomoc państwa polskiego w przekazywaniu broni i wszelkiego sprzętu wojskowego budowała dobre relacje na szczeblu międzypaństwowym. Przywódcy naszego kraju demonstrowali wręcz nie tylko dobre stosunki z Ukrainą, ale nawet serdeczne, przyjacielskie, osobiste stosunki z prezydentem Zełenskim. W Polsce dominowało przekonanie, że Ukraińcy odpierający rosyjską agresję bronią także nas przed odbudową rosyjskiej dominacji w tej części Europy. Świadomość, że tym razem oni walczą „za swoją wolność i naszą”, wydawała się w Polsce powszechna. Wydawała się tylko. Niestety.
Narastające w Polsce nastroje antyukraińskie, zrazu demonstrowane sporadycznie w różnych, początkowo marginalnych środowiskach, zostały wywleczone do głównego nurtu dyskursu politycznego. Nienawistne wypowiedzi Brauna, głupkowate Mentzena sączyły jad nienawiści plemiennej skierowanej i przeciw uchodźcom z krajów muzułmańskich, których jest relatywnie niewielu, ale łatwo ich wypatrzeć po kolorze skóry, i przeciw Ukraińcom, których jest już w Polsce niemal 2 mln. Niechęci do ukraińskich uchodźców towarzyszyło szczucie na ukraińskie państwo.
Znów, po ponad 80 latach, aktualna stała się sprawa rozliczeń za ludobójstwo ukraińskie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, a problem ekshumacji szczątków ofiar tych zbrodni stał się nagle niezwykle palący. Każdemu należy się godny pochówek, tym bardziej należy się on ofiarom zbrodni ludobójstwa. Podejrzewam,
Orły sokołom oczy wykolą
Krążą wieści, że jego majestat prezydent Karol Nawrocki przymierza się do odebrania prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego. Uzasadnił to faktem nadania ukraińskiemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia Bohaterów UPA. „Prezydent Ukrainy nadaniem ukraińskiej jednostce imienia »Bohaterów UPA« dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie. Oceniam tę decyzję bardzo krytycznie”, podzielił się swoją głęboką historyczno-polityczną analizą Nawrocki. Poziom absurdu tej argumentacji powala, ale w końcu mówi to były szef Instytutu Pamięci Narodowej, prezentujący jej skrajnie prawicową odsłonę.
Istnienie, znaczenie, rola Ukraińskiej Powstańczej Armii nie są podawane w wątpliwość przez samych Ukraińców. Odpowiedzialność tej formacji partyzanckiej za rzeź wołyńską, podczas której wymordowano prawie 120 tys. polskich cywilów, kobiet, dzieci, jest faktem i jedną z najmroczniejszych kart wspólnej, krwawej od setek lat, historii. Pamięć o UPA jest i musi być jednak inna na Ukrainie, inna w Polsce. Histeryczność tej reakcji (i jak sądzę podporządkowanie jej polskiej polityce wewnętrznej) jednak zadziwia. Majdan był banderowski, Azow był banderowski, a skrajna prawica ukraińska od dawna jest potężną siłą polityczną zachodniej Ukrainy.
Wzmożenie polskiej strony zostało wyrażone w oficjalnym komunikacie Kancelarii Prezydenta RP. W przesłanym mediom oświadczeniu decyzję władz Ukrainy określono jako skandaliczną. „Ukraińska Powstańcza Armia była zbrodniczą formacją odpowiedzialną za ludobójstwo na Wołyniu, gdzie z ich rąk oraz współpracującej z nimi ludności ukraińskiej zginęło ok. 120 tys. Polaków”. Swoją drogą były prezydent Lech Wałęsa swoje dorzucił do pieca: „W związku [z ostatnią decyzją Wołodymyra Zełenskiego] publicznie zdjąłem flagę ukraińską z piersi”.
Co to za przebudzenie? Skąd ta kaskada gwałtownych reakcji? Dlaczego akurat teraz? W przypadku Nawrockiego można spekulować, że do próby wskoczenia na falę nastrojów antyukraińskich rozhuśtywanych przez Konfederację dochodzi chęć przypodobania się USA, od których Zełenski ostatnio
Z UPA na piedestale
Państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie
27 maja br. prezydent Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy imię Bohaterów UPA. Wywołało to słuszne oburzenie części polityków i mediów w Polsce. Jednak oburzeni zachowują się tak, jakby tego typu wydarzenie było na Ukrainie jakąś nowością. Przedstawiciele najwyższych władz polskich chyba dopiero teraz zauważyli, że państwo ukraińskie gloryfikuje i heroizuje najbardziej skrajne nurty nacjonalizmu ukraińskiego w ramach swojej polityki historycznej i tożsamościowej.
Zełenski nie był pierwszy
Czyżby polscy politycy pielgrzymujący w lutym 2014 r. na kijowski Majdan nie widzieli powiewających tam flag banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów? Czyżby nie byli wtedy świadomi, do jakich historycznych upiorów odwołują się przywódcy i uczestnicy popieranego przez nich przewrotu? Nie byli świadomi, na czym nowe władze, zainstalowane w Kijowie w wyniku tego przewrotu z pomocą polską i zachodnią, oprą politykę historyczno-tożsamościową? Nie wiedzieli, że tzw. komendant Euromajdanu Andrij Parubij (1971-2025), który na pomajdanowej Ukrainie został przewodniczącym parlamentu i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, był w 1991 r. założycielem partii politycznej o nazwie Socjal-Narodowa Partia Ukrainy, w mało zawoalowany sposób nawiązującej do nazwy NSDAP? A może dzisiaj twierdzą, że ich tam wtedy nie było? Niestety, zachowały się liczne zdjęcia z kijowskiego Majdanu z lutego 2014 r., na których można zobaczyć wielu dzisiejszych wzburzonych heroizacją UPA przez Zełenskiego.
Wypada zatem przypomnieć, że heroizacja nacjonalizmu miała miejsce na Ukrainie od 1991 r., czyli od wyjścia Ukrainy z rozpadającego się Związku Radzieckiego. Na szczebel państwowej polityki pamięci i tożsamości została po raz pierwszy wyniesiona po pomarańczowej rewolucji w 2004 r.,








