Zanim wybuchła panika

ZAPISKI POLITYCZNE
Miałem długą przerwę w pisaniu. Odbyłem podróż do krainy ciemności. Z drogi na cmentarz w Laskach zawrócił mnie fenomenalny chirurg, profesor Schier, ze szpitala kolejowego w Międzylesiu wraz ze swym zespołem. Jeszcze raz ocalałem. Dziękuję, Panie Profesorze. Przepraszam za kłopoty, jakie sprawiłem bez mojej woli, gdyż blisko 10 dni mam wyłączone z życiorysu. Byłem zwyczajnie nieprzytomny. Obudzony, długo wracałem do rzeczywistości, niepomny nawet adresu ulicy, na której mieszkam już blisko pół wieku.
Na kilka dni przed utratą kontaktu z otaczającym mnie światem odnalazłem ukryte przed rewizjami, w starych dokumentach rodzinnych, materiały z pierwszego Zjazdu NSZZ “Solidarność” Regionu Mazowsze z czerwca 1981 r., a wśród nich skarb długo poszukiwany – moje przemówienie wygłoszone na tymże Zjeździe. Znalezisko ważne, gdyż ten tekst, uznany za oficjalny dokument Związku i powielony w całym kraju w dziesiątkach, jeśli nie setkach tysięcy egzemplarzy, kształtował początkowo ideologię “Solidarności” – jakże inną od tej, która zdominowała późniejsze związkowe lata. Dla mnie było to przemówienie, wygłoszone na żywo, początkiem drogi pełnej radości i zmartwień w chaszcze i labirynty polityki, po których nadal szukam prawdy i, o dziwo, czasem ją znajduję.
Zaniosłem mój skarb do redakcji, a w domu zacząłem szukać ważnej, może najważniejszej, części historycznego dokumentu, czyli taśmy dźwiękowej zawierającej didaskalia, czyli reakcje sali na moje wystąpienie. Redakcja “Przeglądu”, nie mając bieżących felietonów ode mnie, zastąpiła je podzielonym na dwa odcinki tekstem mego przemówienia.
Taśmy dźwiękowej nadal brakuje, gdyż leżę jeszcze w szpitalu i nikt jej nie szuka. Wydrukowany tekst wymaga zatem uzupełnienia opisowego, choćby krótkiego.
Przemówienie zostało wypowiedziane wedle schematu, dość wówczas popularnego -”Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Przerywano mi wiele razy “burzą oklasków”. Nawet te fragmenty dotyczące stosunków ze Związkiem Radzieckim znajdowały gorące uznanie. Warto tutaj przypomnieć, kto był na kolosalnej sali Politechniki Warszawskiej, wypełnionej po brzegi. Było tego z tysiąc osób, delegatów i gości, wśród nich Lech Wałęsa, jeszcze nie król królów, lecz skromny działacz związkowy, nie władca Związku, lecz skromny gość regionalnego Zjazdu. Polityka jeszcze nam się wtedy nie śniła, ani urzędy i dostojeństwa państwowe. Byliśmy autentycznymi związkowcami, zatroskanymi o Polskę. Słowa o przebaczeniu nie były wypowiadane przeze mnie jako polityczne slogany i brawa nie były pozorne. Nie. Po stokroć nie. Tak myślała i czuła ówczesna Polska. Tak myślał i czuł Związek. Historycy powinni o tym pamiętać. Jeszcze jedno. Byłem delegatem na ten Zjazd z ramienia pracowników Polskiego Radia, najsilniejszej w Warszawie organizacji związkowej. Większość pracowników przystąpiła do Związku. Dla Wolnej Europy byliśmy komunistycznymi propagandystami. Nowak-Jeziorański przyznał dopiero niedawno, na kameralnym spotkaniu w Warszawie, iż nie zdawał sobie sprawy, że Polskie Radio sieje nie tylko propagandę, ale również upowszechnia wartości.
Przypadek Nowaka nie był odosobniony. Postrzegana z zewnątrz PRL wydawała się wielu emigrantom wielką komunistyczną jaczejką. Dla nas – ludzi PRL – to samo państwo było względnie łagodną formą ustroju totalitarnego. Dominowało w nim uparte, nieustające poszukiwanie możliwości poszerzania strefy naszej wolności i, co może nawet ważniejsze, racjonalności poczynań gospodarczych. Zjadliwy antykomunizm, cechujący obecną fazę istnienia Związku, pojawił się dużo później niż moje przemówienie na Zjeździe. Kiełkował powoli, ale skutecznie, już choćby dlatego, że Polska epoki Gierka nie była komunistyczna i dopiero zarówno stan wojenny, jak i nieustający nacisk propagandowy Zachodu wywierały skutki wrogie temu, co mówiłem i co znajdowało żywiołowe poparcie. Oczywiście, daleko było jeszcze do “czarnej dziury”, jaką miałaby być PRL, ale już śląski związkowiec, Andrzej Rozpłochowski, głosił w kilka zaledwie miesięcy później swój najradykalniejszy program wschodni, jaki kiedykolwiek powstał w którejś z polskich głów. “Tak panowie musimy przyp…, aby kremlowskie kuranty zagrały Mazurka Dąbrowskiego”.
Warto w tym miejscu uświadomić jeszcze jedną cechę tamtej epoki. Polska, która wyjednała sobie u władzy zgodę na legalizację NSZZ “S”, była jeszcze, jeśli nie zdominowana, to w każdym razie godząca się z tymi, co bili brawo, słuchając mego wielce kompromisowego przemówienia. Niestety, sprzeciw wobec koncepcji kompromisowego rozegrania tej partii politycznych zmagań narastał jako skutek obustronnej paniki. Coraz agresywniej przemawiający ludzie “Solidarności” bali się, że mówiąc obrazowo – “rewolucyjny pociąg odjedzie bez nich”, zaś rząd bał się narastającej fali rewolucyjnej, która groziła spowodowaniem sowieckiej interwencji. Mój Dom pod Ptakami leży przy samej granicy białoruskiej. Zza lasu dochodził nieustający szum silników czołgowych. Wybaczenie i porozumienie pomiędzy naszymi, czyli polskimi i sowieckimi narodami, moje słowa witane na Zjeździe burzliwymi oklaskami ginęły w zgiełku czołgowych maszyn. Na rozumy zapadł mrok. Wiele z nich trwa w nim do dzisiaj.
13 lutego 2001 r.

Wydanie: 8/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy