Kresy

Kresy

W „Polityce” (4/2019) ciekawy artykuł Daniela Korbela przypominający ośmiodniową (23-30.01.1919) wojnę polsko-czeską o Śląsk Cieszyński. Tu i ówdzie pokazały się małe wzmianki na ten temat. Nieco wcześniejszą rocznicę, 2 października 1938 r., kiedy to Polska wbijała nóż w plecy Czechom, „przywracając macierzy” Zaolzie, dość dokładnie przemilczano, ale nie z tego, miejmy nadzieję, względu, że ona nieco haniebna, tylko po prostu mniej okrągła. Niestety, znacznej części Polaków z tymi właśnie militarnymi wydarzeniami Zaolzie i cały Śląsk Cieszyński najbardziej się kojarzą. Szkoda. Jest to bowiem kawałek ziemi o specyficznej i wyjątkowo pięknej historii. Trochę smaku miejscowego liznąłem, bo mama mojej pierwszej żony, Maryna Kobzdej, miała w Wiśle dom, do którego często z Kasią przyjeżdżałem.

Zacznijmy od tego, że naprawdę rzadko się zdarza, by tak mały region wydał tylu wybitnych ludzi. Dzisiaj znamy wszyscy Jerzego Pilcha (Marek Pilch, sędzia narciarski, też stamtąd), Adama Małysza, Michała Kempę. Za naszej pamięci umarli: Gustaw Morcinek, operator filmowy Karol Chodura (m.in. „Zakazane piosenki”, „Piątka z ulicy Barskiej”), Józef Pieter – pedagog, psycholog, współtwórca Uniwersytetu Śląskiego. Wspomnieć też muszę Jana Sarnę, najbardziej pechowego piłkarza w dziejach krakowskiej Wisły. Zadebiutował w 1936 r. w meczu z Ruchem Chorzów (Ruchem Hajduki Wielkie). W ósmej minucie, gdy szarżował na bramkę przeciwnika, rzucił mu się pod nogi hajducki bramkarz Tatuś. Efekt: otwarte złamanie podudzia i zerwanie wiązadeł. Niecałe osiem minut na szczytach. Do sportu nigdy już nie wrócił.

Wcześniej etnografowie Andrzej Cinciała i jego zięć Jan Stanisław Bystroń, socjaliści Tadeusz Reger i Ryszard Kunicki, Paweł Bobek – poseł z PSL „Piast”, patriotyczny działacz katolicki Karol Miarka i protestanccy Jan Traugott Bartelmus, Karol Samuel Schneider, Oskar i Franciszek Michejda, malarz Kascha vel Kasza, malarz i architekt Ignacy Chambrez, historyk Józef Londzin czy, jeszcze głębiej w studni wieków – nie wzmiankując nawet o Cieszce, który w roku 810 (sic!) spotkał się z Mieszkiem i Bolkiem przy Studni Trzech Braci) – pieśniarz Jerzy Trzanowski (1592-1637), kasztelan Mikołaj Rucki (zm. 1658), rycerz Czelo z Czechowic i Heinel Genel, kotlarz niezrównany. Wszyscy oni z życiorysami złożonymi i barwnymi. Pierwszy z brzegu – jezuita Leopold Jan Szersznik. W 1790 r. według własnych planów architektonicznych odbudował spalony kościół, był bibliofilem i kolekcjonerem osobliwości wydawniczych, badaczem regionu, a do tego hobbystą broni palnej, co zaowocowało założeniem przezeń w 1798 r. strzelnicy dla Cieszyńskiego Towarzystwa Strzeleckiego. Albo wspomniany już Jan Stanisław Bystroń – profesor uniwersytetów w Poznaniu, Krakowie i Warszawie, którego „Megalomania narodowa” obraża do dzisiaj narodowy ciemnogród. Przy okazji: w 1698 r. słynny piwowar z Cieszyna, Żyd Jakub Zyngier, wziął w arendę żywieckie browary i gorzelnię. Miejscowi, oburzeni taką ekspansją „nieprzyjaciół wiary świętej katolickiej”, głosić natychmiast zaczęli, że jego piwo powoduje choroby, a Jurek Wróbel, młynarz stary spod Łyski, i Mateusz Kalfas z Milówki wręcz od niego pomarli. 29 października 1715 r. „ućciwy Aleksander Pawełkowic, mieszczanin i rzeźnik żywiecki”, widział na własne oczy, że mały diabełek był w szklance żydowskiej gorzałki. Na takie dictum, wiedząc, czym to w Żywcu pachnie, przezorny Zyngier zrezygnował z arendy i wrócił do Cieszyna ku zadowoleniu jego mieszkańców i swojemu własnemu.

Miał rację. Cieszyńskie było przez wieki, w porównaniu z sąsiadami, rzeczywistą oazą tolerancji i swoistego kosmopolityzmu. Józef Pieter wspomina Skoczów (miasto rodzinne kontrreformacyjnego patrona, bł. Jana Sarkandera, a więc teoretycznie skazane na fanatyzm) z pierwszych dziesięcioleci XX w.: „Narodowościowo i wyznaniowo skoczowianie stanowili mieszaninę Polaków i Niemców; katolików, ewangelików, izraelitów i sabatystów (a byli także rodowici Czesi i Cyganie – LS). Zdecydowana większość mieszkańców mówiła na co dzień i w domu po polsku, ściślej – »po naszemu«, tj. gwarą, przypominającą język Wujka i Reja, z naleciałościami niemieckimi i czeskimi (morawskimi). Nie znaczy to, że przyznawała się do polskości; raczej – do narodowości »austriackiej«”. Infrastruktura była przeważnie w rękach Niemców, ale „przy dość dużej konkurencji klienci, niezadowoleni z obsługi lub z aroganckiej na polu językowym postawy kupca czy restauratora, mogli zmienić lokal, co właścicieli uderzało po kieszeni”. Starano się więc dostosowywać do innych. Nawet religijni Żydzi „na co dzień ubierali się zwyczajnie, tj. jak inni mieszkańcy Skoczowa. Tak zwanych chałaciarzy w Skoczowie nie widywałam”. Natomiast w dni swoich świąt przywdziewali „specyficzny strój Żydów skoczowskich”. W tej wieży Babel stwierdzenie, że Polak równa się katolik, czy judzenie na którąkolwiek grupę etniczną, religijną bądź językową musiało się spotkać z całkowitym niezrozumieniem. Czy ktoś pamięta, że Jerzy Pilch lub Adam Małysz są ewangelikami? Nie, bo ich własne środowisko nigdy nie dyskryminowało ani nie wytykało narodowymi paluchami. Doprawdy zadziwiający jak na Polskę światek.

Czemu o tym piszę? Nie dlatego, by wyjaśnić, dlaczego tę ziemię szczególnie lubię, bo nikt ode mnie takich tłumaczeń nie wymaga. Ileż razy słyszałem natomiast wyrzekania na utratę wielokulturowych Kresów. A tutaj niby co? Przez europejski most z Czech do Polski i odwrotnie. Zresztą po obu stronach i Czesi, i Polacy, a potomków Niemców też się odnajdzie; katolicy, ewangelicy… Przy czym, co jak co, ale na pewno ani pagórków leśnych, ani łąk zielonych, ani pól malowanych zbożem rozmaitem nie zabraknie. Dziwna ta Polska, która chwali się zabyteczkami, jakich we Francji tysiące, a o tym, że nadal ma urocze kresy, tak łatwo zapomina, choć może pamięć o tym dziś bardziej niż kiedykolwiek by się przydała.

Wydanie: 9/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy