Kasandryczność

KUCHNIA POLSKA

Jeszcze nie dokonały się wybory, ale już sporo komentatorów – pewnych ich wyniku – snuje kasandryczne wizje, co stanie się po wyborach. Może dlatego że koalicja SLD-UP, kierując się ostrożnością, unika w swojej kampanii wyborczej zbyt odważnych wizji, a jej obietnice dotyczą głównie „normalności”.
Normalność w kraju nienormalnym to oczywiście bardzo wiele, ale jest to perspektywa słabo wymierna. Całkowicie natomiast wymierne są okoliczności, w jakich przyjdzie rządzić nowemu gabinetowi. Wypracowana przez rządy AWS-UW katastrofa finansów publicznych stanie się wilczym dołem wykopanym pod rządami SLD-UP, w który będą musiały one wpaść głębiej lub płycej i podejmować niepopularne decyzje społeczne. Aleksander Małachowski („Przegląd” nr 34 br.) wysnuwa stąd wielce prawdopodobną wizję, że podnieci to stare wygi z „Solidarności” do burzliwych protestów i demonstracji, co Marian Krzaklewski i prawica potrafią równie dobrze, jak nie potrafią rządzić. Jerzy Urban z kolei („NIE” nr 33 br.) pokazuje słusznie, że rząd lewicowy rządzić będzie w sytuacji, w której kilka kluczowych dla rządzenia instytucji, a więc Narodowy Bank Polski, Najwyższa Izba Kontroli, Trybunał Konstytucyjny, urząd rzecznika praw obywatelskich, nie mówiąc o aparaturze lustracyjnej i Instytucie Pamięci Narodowej, będą się znajdować w rękach jego przeciwników. A więc rząd ten stanie się chłopcem do bicia, a także do podstawiania nogi jego inicjatywom gospodarczym lub ustawodawczym.
Co do mnie, do tych kasandrycznych przepowiedni dodam jeszcze jedną, moim zdaniem najczarniejszą. Jest nią mianowicie całkowity niemal bezwład lewicy w dziedzinie mediów. Już bardzo dawno, kiedy opinia publiczna zaledwie zaczynała się przechylać na lewą stronę, pisałem, że lewica może stać się politycznym olbrzymem, ale jest medialnym karłem. Niestety, nic się od tamtej pory nie zmieniło, a nawet gorzej – jej sukcesy polityczne, dokonując się praktycznie bez udziału mediów, narodziły kompletnie fałszywy pogląd, że media nie są ani tak ważne, ani szczególnie potrzebne. Rośniemy i bez tego, przekonują zwolennicy owego poglądu, a taka na przykład „Gazeta Wyborcza” jest potężnym instrumentem medialnym, ale nie może uratować Unii Wolności, która idzie na dno.
Jest to pogląd samobójczy. Trzeba bowiem pamiętać, że na polityczno-wyborczy sukces lewicy pracowali i pracują nadal w pocie czoła Buzek i Bauc, a wcześniej Balcerowicz i Suchocka, a jeszcze wcześniej Wałęsa i Kaczyńscy, a także Płażyński, Tusk, Bielecki i cała niezliczona plejada prawicowców, liberałów, aferzystów, warchołów tudzież zwyczajnych popaprańców. Ich nieudolność, kłótliwość, zachłanność i bezmyślność pracowały jednak na lewicę będącą w opozycji, ale nie będą pracować na lewicę sprawującą władzę.
Aby zaś skutecznie i z powodzeniem sprawować rządy, trzeba umieć powiedzieć, dlaczego się to robi, a więc mieć wpływ na to, co szumnie nazywa się „rządem dusz”. Rozumieli to doskonale zarówno Piłsudski, jak i Dmowski, a mimo że rządy polityczne zwłaszcza tego drugiego trwały bardzo krótko, do dzisiaj trwa jego „rząd dusz”, nie bez wpływu na wiele wydarzeń współczesnych. Aleksander Bocheński w swoich „Dziejach głupoty w Polsce” twierdzi, że większość głupich i tragicznych wydarzeń naszych dziejów najnowszych zawdzięczamy wpajanym społeczeństwu opiniom bałamutnych historyków, pchających nas do powstań i anarchii. Obecna prawica przejęła władzę, dziedzicząc znaczną część tego repertuaru. Podobną myśl całkiem niedawno wyraził w „Gazecie Wyborczej” (18-19 sierpnia) Jerzy J. Wiatr, pisząc o współczesnych perswazjach prawicowych historyków, zakłamujących świadomość współobywateli.
Ale dlaczego właściwie Wiatr, lewicowy uczony i polityk, opublikował swój szkic w „Gazecie Wyborczej”? A gdzie miał go wydrukować, skoro nie ma w Polsce innego pisma o szerszym zasięgu, w którym można by pomieścić tekst o walorze intelektualnym i dotyczącym czegoś głębszego niż najnowsza afera złodziejska lub korupcyjna? Nawet politycy lewicy, kiedy chcą pomówić o czymś istotniejszym, muszą iść do „Gazety Wyborczej” i starać się tam o miejsce.
Jest to właśnie ilustracja owego „rządu dusz” o którym mowa. „Trybuna” pod nową redakcją ogłosiła, że chce być pismem informacyjnym, a więc „normalnym”. Jednak konia z rzędem temu, kto szukając informacji, sięgnie po „Trybunę”, mając do wyboru inne gazety, cztery razy grubsze i tyleż lepiej poinformowane Ale efekt jest taki, że ów „rząd dusz” właśnie, a więc po prostu kształtowanie opinii kulturalnej, historycznej czy moralnej wreszcie (jak na przykład w sprawie Jedwabnego) myślącej części społeczeństwa, bez czego nie można skutecznie i rozsądnie rządzić, spoczywa w rękach „Gazety” i Bogu jedynie należy dziękować, że Michnik robi z tego taki, a nie gorszy użytek.
„Rząd dusz” w skali masowej sprawują też media elektroniczne, na których czoło wysuwa się obecnie raczej umiarkowana, lecz kojarzona delikatnie z Platformą Obywatelską TVN. Niemniej jednak przytomni prawicowcy czując, że zbliża się ich kres, zbudowali sobie też własną telewizję, marną bo marną, ale istniejącą. Można się teraz żalić, że zbudowana została za państwowe pieniądze, ale co z tego? Ta telewizja istnieje i będzie istnieć, mając naprzeciw publiczną telewizję kwiatkowską. Otóż nigdzie poza Watykanem nie ma telewizji, a tym bardziej telewizji publicznej, w której codziennie głównymi wiadomościami są nabożeństwa, pielgrzymki, homilie i benedykcje, a reportaż zagraniczny z co bardziej zapalnych miejsc świata pisany jest żółcią pana Milewicza. Najbardziej przy tym śmieszne wydaje się, że ów dziwny twór oskarżany jest o to, że zawłaszczył go sobie „czerwony” razem z „zielonym”. Może już lepiej, żeby wzięła go prawica i co pewien czas, dla przyzwoitości choćby, wpuszczała jakichś innych komentatorów historycznych niż prof. Paczkowski?
Rząd można wygrać w wyborach, ale „rząd dusz” trzeba sobie inteligentnie i cierpliwie wypracować. Do czego nikt się nie kwapi.

Wydanie: 35/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy