Głowy państwa

Wreszcie obnażył się tropiony od dawna układ. Liczące się gazety zgodnie o nim pisały i równie zgodnie, co nieczęsto się zdarza, obśmiały. Jest to prezydencki układ trawienny, który ożywił ospałych z upału felietonistów, zasilił sezon ogórkowy, ale też wpłynął na sprawy kraju jak żaden inny z domniemanych układów.
Nie pisałam przez ostatnie tygodnie felietonów do ulubionego tygodnika, ponieważ mój układ odpornościowy źle reagował na przekazy telewizyjne. Straciłam odporność na widok dwojaczków. Kaczyniaków, jak mówi się na Targówku, oraz ich przybocznego Gosiewskiego, który podobno przechwalał się po kielichu, że zostanie formalnym wicepremierem, a tak naprawdę będzie nieformalnym premierem, w co chętnie wierzę, bo dopasowany jest do braci pod każdym względem. Będzie rządził, bo Jarek Kaczyniak ma ważniejsze zadania geopartyjne i geopolityczne. Musi wszak globalnie, a jednocześnie jednoosobowo kierować partią. Jako prezes PiS-u kierował będzie z tylnego siedzenia samochodu partią, równocześnie zaś, trzymając dłonie na kierownicy, jako nowy premier pokieruje całym krajem. To nadludzkie zadanie, przy krótkich rączkach sięgać kierownicy, być prezesem, premierem będąc. Choć takie przypadki w historii najnowszej już były. Nazywało się to cała władza w ręku rad.
Dwojaczków jednak w całej historii nie było. To ewenement godny poszukiwań w IPN-ie. Różni bracia owszem, rządzili, ale nie jednojajowo. Widzieliśmy, jak Lech podał dłoń Jarkowi (panie prezesie, zadanie wykonane), nominując go na premiera. Gdy stanęli razem do fotografii,

zatrzęsła się Polska cała.

Odtąd URODZINY GŁOWY PAŃSTWA BĘDĄ ŚWIĘTEM OBU GŁÓW. Uroczystości na cześć starszego rozpoczną się salwami armatniego śmiechu, kilkanaście minut wcześniej, po czym ze śmiechu zawyją syreny, na cześć młodszego z braci dwojaczków. Co dwie głowy to nie jedna! To będą obchody!
Taki byt podwójny, jak kiedyś proroczo pisałam o braterskim układzie, wzbudza zainteresowanie całego świata. Układ to niespotykany nawet w państwie króla UBu. Nowe odczytanie imienia królewskiego z farsy Alfreda Jarry’ego bierze się stąd, że UB jest obecnie królem informacji, czyli UBu król jest autorytetem obalającym najważniejsze urzędy w państwie. To tylko dygresja pokazująca, do czego potrzebna była IV Rzeczpospolita.
Nasze media pokazywały newsy telewizyjne w różnych językach donoszące o narodzinach nowego systemu. Nazwałam go bliźniakokracją, nawiązując do pajdokracji, czyli rządów dzieci, są wszakże nasze bliźniaki wciąż dziećmi mamy Kaczyńskiej. Będziemy znów na ustach świata, jak wtedy, gdy powstała „Solidarność”, gdy wstępowaliśmy do NATO czy do Unii Europejskiej. Brakuje jeszcze tego, by obecny premier Jarek mianował swego kota senatorem, jak pewien władca starożytny senatorem uczynił konia.
Dostawałam psychicznej biegunki za każdym pojawieniem się dwojaczków oraz dziwnej ferajny, będącej zapleczem. Przejawiało się to nerwowym chichotem po obrażeniu polskiego kartofla, przechodzącym w szloch po występach pani minister w tej sprawie, a gdy zagrożono redaktorowi satyrycznej gazety niemieckiej sądem, bluzgałam najgorszymi słowy, rzucając w telewizor tępymi przedmiotami, wreszcie doszło do picia napojów wyskokowych, co w upale mogło się skończyć tragicznie. Nikt nie lubi, by jego własny kraj ośmieszał się do tego stopnia. Profesjonalista Dobrowolski, który był w MSZ od zawsze, został odwołany za niezachowanie

w tajemnicy humorów o kartoflach!

Jakby w dobie internetu zachowanie czegoś dla siebie było możliwe!
Na domiar złego zdjęto premiera, który wydaje się teraz okazem normalności. W tej ekipie. Zdobył sympatię obywateli, co odbiło się w sondażach. Tego było za wiele. Bo jakże to tak? Sprowadzają braciszkowie nikomu nieznanego faceta z Gorzowa, myśląc, że jest bezbarwny, nudny, że będzie powolnym narzędziem, a ten w parę miesięcy staje się popularny jak Doda, a nawet Elektroda. Umie rozmawiać z publiką, robi dobre wrażenie, podoba się młodzieży. Nie uzgadnia posunięć z bratem brata, sam posuwa, kogo chce, nie mówię o tym posuwaniu, o jakim myślicie, tylko o posuwaniu ze stanowisk. Bój się Boga, Marcinkiewicz! – zawołali koledzy z PiS-u.
A gdy Kaczyniaki Lech i Jarek odwołali premiera, żaden koleżka nie PiSnął nawet słówka w jego obronie. Dyskusji zresztą nie było, stało się wszystko jak w kultowej piosence o ułanach, którą tu strawestujemy dla potrzeb felietonu: „jak to na wojence ładnie, kiedy premier z konia spadnie, koledzy go nie żałują, kopytkami go tratują”. Politbiuro w dwóch osobach bliźniaczych się zebrało, postanowiło, że czas premiera się skończył, a reszta była milczeniem owiec. Nikt nie protestował, bo każdy się bał, że jak coś beknie, to za to beknie. A to się nie opłaci, bo teraz przyśpieszenie rozdawania fuch nastąpi i niesubordynowany może przegrać. Oczywiście nie konkurs na stanowisko, bo konkursy wprowadzone przez Belkę zostały zniesione, żeby nieukami można było poobsadzać dobrze płatne etaty. Marcinkiewicz starał się pilnować poziomu, wybierał najlepsze z kiepskich kandydatur, starał się, żeby nie było jaj, choć to nie było łatwe. W całej tej awanturze Donald Tusk odgrywa paskudną rolę. Ogłosił publicznie, co było prywatne, zachował się jak tabloid, co się na nim zemści.
Marcinkiewicz jeszcze wam wszystkim pokaże! Przejedziecie się na nim z pewnością, o wy, bliźniaki Kaczyniaki, i partia wasza. Oto, co może się niedługo wydarzyć. Nie zamierzam robić sobie jaj z prezydenckiej choroby, ponieważ sądzę, że jest ona poważniejsza, niż myślicie. Opowiadanie o zaburzeniach przewodu ma być może zakamuflować całkiem inną dolegliwość, o jakiej na razie publicznie się nie mówi. Wystarczy jednak uważnie patrzeć na zachowanie osoby, która przekroczyła próg kompetencji. Ponieważ wszystko jest tajemnicą, pole domysłów jest wielkie.
Jeśli to naprawdę poważna choroba, która uniemożliwi Lechowi sprawowanie urzędu, za jakiś czas, powiedzmy za rok, trzeba będzie ogłosić nowe prezydenckie wybory. Wtedy Marcinkiewicz, który wykaże się zarządzaniem Warszawą,

wystartuje jak rakieta

i zmiecie innych kandydatów. Musi tylko mieć odpowiednie zaplecze. Tego mógł się obawiać Tusk, że nie będzie miał szans z Kaziem, i dlatego go spalił. Może Marcinkiewicz chciałby w PiS-ie zbudować swoją frakcję? Na to znów Kaczyniaki nie pozwolą. Warszawa jest miejscem odpowiednim, bo – po pierwsze – ma szmal, w postaci dotacji z Unii Europejskiej, po drugie – samorządowcy i zwykli wyborcy poprą człowieka, który wystartuje jako kandydat niezależny.
Przekonamy się, czy ten scenariusz jest możliwy. Jeśli tak miałoby być, to Jarek popełnił fundamentalny błąd, chyba że ukartował to wcześniej z Marcinkiewiczem, zdając sobie sprawę ze stanu brata, ale w to wątpię. Jak miałby się dogadać z prezydentem Marcinkiewiczem, skoro nie mógł się porozumieć z Marcinkiewiczem premierem?

Wydanie: 29/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy