Dziadkowie i wnuki

Dziadkowie i wnuki

Gdyby Lech Wałęsa był prześladowany za jakąś modną orientację seksualną, cała międzynarodówka praw człowieka stanęłaby w jego obronie. Ponieważ pewien urząd państwowy prześladuje go z innych, sobie tylko wiadomych powodów, Wałęsa musi bronić się sam. Osaczony przez potwarców oraz niewiniątka z IPN chwyta się środków, jakie ma na podorędziu, pomnażając czasem ilość swoich przeciwników. Tydzień temu oświadczył: „Jeśli chodzi o Cenckiewicza (jeden z prześladujących go historyków teraźniejszości), to wnuk ubeka, który strasznie gnębił Polaków. Dopuszczony do dokumentacji, chce sądzić patriotów… Niech rozliczy się z własną przeszłością” („Gazeta Wyborcza”, 23 lutego). Wypowiedź Wałęsy oburzyła redaktora Piotra Stasińskiego. Uznał, że jest to oszczerstwo, przynoszące Wałęsie wstyd. „Nie wolno nikogo obarczać winą za postępki jego przodka. Kto tak czyni, fatalne świadectwo wystawia samemu sobie”. Myślę, po pierwsze, że jest to zupełnie oczywiste, po drugie, że nie o to chodzi. Przekonanie o dziedziczeniu winy pochodzi z bardzo archaicznego okresu bytowania ludzi, dziś podtrzymywane jest już tylko przez niektóre religie. Nie tylko nie jesteśmy odpowiedzialni za czyny ojca czy dziadka, ale wysoce sporną kwestią jest, czy można jednostkę pociągać do odpowiedzialności za jej własne czyny sprzed kilku dziesięcioleci. Nie świadczy o postępie moralnym wprowadzanie do prawa kategorii przestępstw nieprzedawnialnych.

Dopóki mówi się w języku ogólników, wszyscy zgodzą się z oczywistością przypomnianą przez Piotra Stasińskiego. W praktyce jednakże w miarę potrzeby robi się często odstępstwa od tej zasady. Pominę szmatławe gazety, gdzie najwięcej na to przykładów, przypomnę tylko, że w „Gazecie Wyborczej” wypominano Grzegorzowi Napieralskiemu ojca – lektora Komitetu Wojewódzkiego PZPR; Kwiatkowskiemu z telewizji wypomniano ojca pułkownika, a Romanowi Giertychowi i ojca – członka Rady Konsultacyjnej przy Jaruzelskim, i dziadka – działacza endeckiego, chociaż sam Roman Giertych był w polityce postacią tak antypatyczną, prostacką w Ministerstwie Oświaty i niegodziwą w komisji orlenowskiej, że to on przynosi wstyd swoim przodkom, a nie oni jemu.
Wypowiedź Wałęsy nie oburza mnie, przeciwnie, widzę dla niej wiele usprawiedliwień. Opowiadano mi o człowieku, który był torturowany przez UB w czasach bierutowskich i skazany na długoletnie więzienie. I oto teraz, kiedy poczuł się bezpieczny, a wydawało mu się, że nawet pomszczony, jakiś ni to dziennikarz, ni to historyk występuje z oskarżeniem, że zachował się w więzieniu niewłaściwie, że coś podpisał itp. I kto jest tym oskarżycielem? Wnuk tego funkcjonariusza UB, który go bił w śledztwie.
Wnuk oczywiście nie jest odpowiedzialny za tamto bicie; on jest tylko durniem i łajdakiem na własny rachunek. Jednakże jakieś dziedziczenie ma tu miejsce; nie jest to dziedziczenie winy, lecz wrodzonego draństwa. Nie może nie zastanawiać występująca wśród postsolidarnościowych elit partyjnych i dziennikarskich nadreprezentacja gorliwców antykomunizmu wywodzących się z rodzin komunistów i nomenklaturszczyków. Nie o to chodzi, kto tu jest czemu winien, lecz dlaczego tak jest. Mam za mało w tej materii spostrzeżeń, żeby snuć jakieś przypuszczenia i hipotezy. Wydaje mi się, że miałem w życiu bliskie kontakty z większą ilością odmiennych grup społecznych niż przeciętnie ludzie mojej profesji, nigdy jednak nie miałem okazji poznać środowisk komunistycznych. Od 1944 roku, czyli od dziecka, do końca PRL-u w moim najbliższym środowisku rodzinnym i później koleżeńskim wszyscy byli przeciwnikami panującego ustroju, z wyjątkiem może trzech kolegów studentów pozujących na stalinowców. Ten rodzaj antykomunizmu, jaki teraz panuje (powstanie warszawskie, Katyń, kult emigracji), znudził mi się już w latach licealnych. W tym tkwi przyczyna, że tak źle znoszę ten panujący, odgrzewany, pozerski, bezmyślny jak młynek tybetański „antykomunizm”, a właściwie anty-PRL-izm.
W odpowiedzi na wybuch zupełnie zrozumiałej złości Wałęsy pan Cenckiewicz, jego prześladowca, tak mówi o swoim dziadku: „Był zbrodniarzem. Nie mam nic wspólnego z tym człowiekiem”. Coś jednak wspólnego ma – skłonność do prześladowania. Komunizm, antykomunizm to są w końcu fikcje. Rzeczywistość, która się za nimi kryje, nazywa się prześladowaniem. Dziadkowe UB i wnuczkowy IPN to nastręczone przez „historię” narzędzia prześladowań; odmienne, bo przystosowane do zmiennych czasów. Dziadek Cenckiewicz przystąpił do komunistów z pobudek idealistycznych, bo przecież pod rządami Piłsudskiego kariery dzięki komunizmowi się nie robiło. Pewnie wolałby idealistą pozostać także po wojnie i zwalczać swoich wrogów politycznych za pomocą zasobów archiwalnych, ale pech chciał, że dano mu inne środki: rewolwer, kajdany, celę zakratowaną i wilgotną, karcer i pewnie jakichś pomocników do bicia. Jego wnukowi tego nie dano, można więc powiedzieć, że mu się poszczęściło, a przy okazji także Wałęsie.
Wyznaję, że antykomuniści wychowani w komunistycznych rodzinach czy środowiskach to dla mnie bardzo zagadkowe, a zarazem odpychające osoby. Cenckiewicz nie jest najlepszym przykładem tej kategorii ludzi, bo między nim a jego dziadkiem z UB oddalenie jest większe niż w wielu innych przypadkach, ale zostańmy przy tym kazusie.
Gdy potępia swojego dziadka w najgorszych słowach, to nic nowego nie dodaje do tego, co się powszechnie mówi o funkcjonariuszach UB. Chyba nie po to jest się naukowcem, żeby powtarzać rzeczy powszechnie wiadome. Zarówno on, jak wszyscy antykomuniści komunistycznego i nomenklaturowego chowu takimi potępieniami swoich przodków chcą się po prostu wykpić od obowiązku poważnego „rozliczenia się” ze swoją prywatną historią. Rozliczyć się poważnie, to znaczy zastanowić się, dlaczego ojciec, dziadek, stryj czy wujek znaleźli się w aparacie przemocy czy propagandy, jakie rozumowanie ich do tego doprowadziło, jakie za i przeciw ważyli, co realnie z tego wynikło i jak daleko sięgały skutki ich słów i czynów. I sto innych „dlaczego” trzeba postawić, żeby ich zrozumieć. Ważny jest także wniosek, jaki się z tego wyprowadza na temat całości systemu.
Oczywiście, że „nie wolno nikogo obarczać winą za postępki jego przodka”, jak słusznie głosi Piotr Stasiński. Jednak ani ta, ani żadna inna słuszna maksyma nie złagodzi gniewu ludzi, którzy są teraz piętnowani przez synów lub wnuków tych, którzy ich kiedyś więzili, odbierali im prawo głosu lub głupio nimi rządzili.

Wydanie: 9/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy