Brecht przez łzy

Brecht przez łzy

„Nieznośnie jest żyć w kraju, w którym nie ma poczucia humoru, ale jeszcze nieznośniej jest tam, gdzie poczucie humoru jest do życia niezbędne”, powiadał Bertolt Brecht. Ha, nie słyszał dowcipu Andrzeja Dudy. Najnieznośniej jest tam, gdzie poczucie humoru odbiera chęć do życia. Kaczyści nigdy nie są bardziej zabawni niż wtedy, gdy robią srogie minki i z psychopatriotyczną powagą plotą tromtadrackie banialuki. Ale kiedy usiłują żartować, robi się przeraźliwie smutno. Ja mam wtedy ataki śmiechu jokerowskiego – spazmatyczny, bolesny chichot z rozpaczy. Nic tak nie obnaża intelektualnej miernoty obecnej władzy jak jej próby satyryczne. „Studio YaYo” i „W tyle wizji” to suchariada level master. Gdyby to puszczano w Guantanamo, wszyscy osadzeni dawno wsypaliby całą siatkę wspólników i świat byłby wolny od terroryzmu. Cringe jest przecież wyrafinowaną torturą, rodzajem straszliwej ambiwalencji, gdy jednocześnie brzydzisz się i litujesz.

Kiedy z dowcipu, który cię nie śmieszy, śmiejesz się głośno tylko dlatego, że opowiedział go wódz, może to być objawem oportunizmu, lojalności albo empatii wobec opowiadającego. Dopiero gdy nieśmieszny dowcip zaczyna ci się zdawać zabawny, to już kult jednostki. Andrzej Duda jest zaledwie pomazańcem kaczym, a i samemu prezesowi, niewątpliwie objętemu „kultowym” immunitetem, wciąż daleko do poziomu papieskiego uwielbienia (jakkolwiek mam podejrzenia graniczące z pewnością, że dopóki zamiast „Jarosław, Polskę zbaw!”, nie usłyszy na wiecach „Ko-cha-my Cie-bie!”, a jego sobowtór wciąż będzie miał w Polsce mniej pomników niż JP2, prezes nie uzna swojej misji za spełnioną). Po prawej stronie barykady nastał zatem niejaki popłoch nie z powodu pyrrusowego zwycięstwa w wyborach (o korektę wyników senackich już dba stosowny sztab), ale wskutek swawolnego wystąpienia jedynego kandydata prawicy w przyszłorocznych wyborach prezydenckich.

Memokracja nie wybacza kiepskiej błazenady. Raz usłyszysz martwą ciszę po stand-upie i już po tobie. Żadne orędzie już ci nie pomoże ani napinka podbródka à la Mussolini, ani nawet tabuny medialnych macherów. Żebyż Duda opowiedział dowcip li tylko rasistowski, suweren zarechotałby familiarnie, nie na poprawności politycznej buduje się teraz mir w narodzie. Pech chciał, że to był kawał tyleż niepoprawny, co nieśmieszny, dla statystycznego wyborcy kompletnie hermetyczny, by nie rzec elitarystyczny, środowiskowo zaś żenujący, by nie rzec dziaderski. Tym samym w dowcipie o ludożercach dokonał się akt częściowego autokanibalizmu – Duda zaczął zjadać własny ogon. Żeby wygrać wybory prezydenckie w plemiennej Polsce, nie wystarczy rychło wskazać i wspierać najlepszego z możliwych kandydatów opozycji; potrzebne jest jeszcze samopożarcie się urzędującego prezydenta. Należy więc ze wszystkich sił prowokować go do opowiadania kawałów; widać, że Duda posiadł tu wysoce autodestrukcyjny talent. Panie Prezydencie, chcemy więcej. PiS może pokonać tylko choroba autoimmunologiczna. Pozostaje nam wiara w to, że prezydent Duda nie spocznie w swoich krotochwilach.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 44/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wojciech Kuczok jest prozaikiem, poetą, krytykiem filmowym i scenarzystą. Laureat Paszportu „Polityki” w dziedzinie literatury za rok 2003 i literackiej Nagrody Nike 2004 za powieść „Gnój”.

Wydanie: 44/2019

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy