Bez rewolucji nie ma postępu – czas na V RP

Bez rewolucji nie ma postępu – czas na V RP

Autorzy raportu „Reforma kulturowa. 2020-2030 -2040” słusznie zakładają, że dalszy rozwój Polski wymaga radykalnych zmian w sferze kulturowej. Dotychczasowe paliwo, które w minionych dwóch dekadach nakręcało zmiany w sferze społeczno-ekonomicznej, powoli się kończy. Głównym elementem tego paliwa była ogromna wola Polaków, aby „żyć tak jak na Zachodzie”. To powodowało gotowość do wielu wyrzeczeń, zaciskanie zębów, zapracowywanie się za kiepskie płace, poświęcanie własnego rozwoju w imię kariery, pracę na czarno w krajach bogatej Europy, zrywanie więzi z ludźmi w imię rywalizacji, rezygnację z uczestnictwa w życiu zbiorowym z powodu udziału w wyścigu o prywatny sukces.

Tak dalej jednak się nie da. Niskie płace pracowników już nie gwarantują konkurencyjności polskiej gospodarki. Wysokie mury rozdzielających ludzi podziałów klasowych i społecznych nie świadczą o sukcesie kraju, lecz są powodem do wstydu. A budowanie fałszywych wspólnot na tradycji narodowej czy religijnej nie jest rozwiązaniem problemu próżni społecznej, lecz stanowi jego część.

Baza (sfera produkcji, gospodarki i interesów) zawsze była połączona z nadbudową (sfera przekonań, kultury i wartości). Nie ma sensu kontynuowanie historycznych sporów na temat tego, co jest pierwotne, a co wtórne – wystarczy uznać, że następuje silne sprzężenie zwrotne między tym, co zawiera nadbudowa, a tym, jak wygląda baza.

Autorzy raportu nie napisali jednak nigdzie wprost, że postfeudalna mentalność i relacje pan-niewolnik w miejscu pracy i w różnych obszarach zarządzanych przez państwo do spółki z rynkiem są owocem nieodrobionych lekcji społeczeństwa polskiego. Europejskie oświecenie, burzące w XVIII w. skostniałe struktury kulturowe i społeczne, ominęło Polskę. Kiedy Europę zalewały rewolucje, a ścinane głowy biskupów i królów pozwalały społeczeństwom europejskim otwierać się na nowe rozwiązania, w Polsce zwyciężała katolicka kontrreformacja. I kiedy w końcu rok 1968 na Zachodzie ze swoimi ruchami studenckimi i nową lewicą atakował skostniałe autorytety, u nas znowu kwitł mit wspólnoty narodowo-religijnej, która powinna skupiać się wokół „prawdy” i tradycji.
Żadna z tych historycznych, europejskich lekcji nie została u nas solidnie odrobiona. Mówienie teraz o „modernizmie społeczeństwa” (otwartości na inne style życia, tolerancji wobec odmienności, solidarności z różnicami kulturowymi) bez praktycznego „ostrego cięcia” jest niekonsekwencją. Odwrócenie dotychczasowych trendów nie jest możliwe bez rewolucji społeczno-kulturowej. Obecni beneficjenci i kapłani panujących ideologii nie oddadzą tak łatwo swoich przywilejów.

Pseudoradykałowie od Kukiza czy Korwin-Mikkego, choć ubierają się w szatki rewolucjonistów, w istocie zanurzeni są po szyję w obecnym systemie. W praktyce są kolejną wersją lokalnych swojaków, którzy zarządzając strachem i odwołując się do narodowych mitów oraz uprzedzeń, próbują tworzyć za pomocą nowoczesnych środków (internet, Facebook, manipulacja masowymi środkami przekazu) namiastki tradycyjnej wspólnoty dającej pozory bezpieczeństwa. W rzeczywistości jednak sprzedają nieświeże towary i XIX-wieczne zabobony (nacjonalizm, kult jednostki, zamknięta i przymusowa wspólnota narodowa, wieżyczki strażnicze chroniące „prawdziwych rodaków” przed różnego rodzaju obcymi). Stanowią jedynie krzykliwszą wersję tego, co oferuje PiS. Nie ma to nic wspólnego z radykalną zmianą – jest to generalnie zwrot ku przeszłości i niechęć do jakichkolwiek zmian kulturowych, obyczajowych lub społecznych.

Kiedy jednak obserwuję toczącą się grę wstępną między PiS, Kukizem i całą tą prawicową szarańczą spragnioną władzy, mam wrażenie, że ten związek, choć będzie bardzo trudny i dokuczliwy dla osób mieszkających w Polsce, nie przetrwa długo. Rzeczpospolita cztery i pół jeszcze do końca się nie narodziła, a już widać jej schyłek. Cena tego eksperymentu będzie wysoka dla kraju, ale być może będzie konieczna do mocnego odbicia w stronę postępu, który potem nastąpi. Grabarze RP cztery i pół będą jednocześnie akuszerami V RP. Tylko od ich wyobraźni i determinacji zależeć będzie skala przekształceń.
Pod nazwą V RP kryje się cała negacja i opozycja wobec konserwy kulturowej oraz neoliberalnych reguł kapitalistycznych. Szacunek dla inności, wolność kulturowa i obyczajowa, podmiotowość człowieka wobec państwa i mechanizmów rynkowych, odrzucenie prymatu PKB jako jedynego kryterium polityki i zastąpienie go skalą bardziej wielowymiarową (szczęście, zdrowie, socjalne samozadowolenie, kompetencje kulturowe i obywatelskie społeczeństwa), skracanie czasu pracy i podnoszenie bezpieczeństwa socjalnego Polaków, realne oddzielenie Kościoła od polityki państwa, zastąpienie tępego nacjonalizmu odpowiedzialnością za losy Europy i całego świata, odrzucenie kultury rywalizacji i pielęgnowanie kultury współpracy.
Ta wizja, choć intuicyjnie wyczuwana, wymaga jednak całościowej opowieści o innej Polsce. A później praktyków, którzy słowo zamienią w ciało.

Wydanie: 27/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy