Halemba przypomniała o górnikach

Halemba przypomniała o górnikach

O górnictwie najwięcej mówi długa lista tych, którzy nigdy nie wrócili z szychty do domu. Po tragedii w kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej ta lista jest jeszcze dłuższa. Śmierć dopisała do niej kolejne 23 nazwiska. Tylko żołnierze giną częściej. A porównanie górnictwa z wojskiem pozwala lepiej zrozumieć reguły, jakimi rządzi się ten piekielnie niebezpieczny zawód. Stały i bardzo wysoki poziom zagrożenia życia i zdrowia wymaga od wszystkich, którzy trafiają pod ziemię, zarówno żelaznej dyscypliny, jak i bardzo sprawnej organizacji pracy. Gra toczy się przecież przede wszystkim z siłami natury, które mimo coraz większych osiągnięć człowieka, lepszej techniki i technologii mają ciągle tę samą, niezmienną cechę. Są nieobliczalne. Ciągle nie wszystko z tego, co dotyczy praw natury, można przewidzieć. I wówczas dochodzi do katastrof, na które nie mamy wpływu. A co dzieje się, gdy człowiek popełnia błąd? Mamy wówczas podwójną tragedię. Tragedię ofiar błędu i jego sprawców. Żyjących odtąd z ciężarem winy. Co można napisać w obliczu takiego dramatu, jak ten w Halembie? Czy jakiekolwiek słowa są w stanie oddać ból i rozpacz tych, którzy żegnali swoich bliskich, jadących do pracy w kopalni, a później przez długie godziny czekali i wierzyli, że jednak uda się im wyjść cało ze straszliwego wybuchu gazu? Piszę o tej tragedii w poczuciu głębokiej solidarności z ludźmi, których to dotknęło, a którzy żyją i mieszkają nieopodal mojego rodzinnego Chorzowa. I w poczuciu bezsilności, jaką odczuwam, wydając przez lata gazety, które pisały i o Śląsku, i o górnictwie, a przecież niewiele temu regionowi i górnikom potrafiły pomóc. Pisaliśmy o górnictwie, gdy bez sensu zamykano nie te kopalnie, które należało; gdy najsprawniejszych i najlepszych górników odprawami wypychano z zawodu; gdy kopalnie oblazły spółki pośredników handlujących węglem, sprzętem górniczym i długami kopalń. Pisaliśmy też o związkowcach, którzy najskuteczniej walczą o etaty dla siebie i którym często bliżej do gabinetu dyrektora niż na przodek. Lista problemów, o których pisaliśmy, jest zresztą znacznie dłuższa. Odwrotnie, niestety, do listy zmian na lepsze, jakie zaszły w polskim górnictwie w ostatnich latach. Łaska polityków i mediów rzadko spotykała górników. Gdy rok temu zdesperowani przyjechali do Warszawy, by siłą upomnieć się o decyzje polityków, większość mediów nie miała dla nich litości. I cienia zrozumienia dla warunków, w jakich pracują. Obrzydliwa jest hipokryzja tych samych gazet, które teraz żerują na nieszczęściu ofiar katastrofy. Politycy znowu obiecali pomoc sierotom i wdowom. Oby nie skończyło się tak jak z rodzinami ofiar minionych katastrof.
Górnicy dalej będą zjeżdżali pod ziemię. A ich bliscy dalej będą umierali ze strachu, czekając na nich w domu. Będzie tak, bo górnicy nie mają wyboru. Na Śląsku to człowiek szuka pracy, a nie odwrotnie. A jeśli wybrzydza na pensję, to zastąpi go ktoś, komu wystarczy 1000 zł, by zjechał 1030 m pod ziemię i wyciągał obudowę chodnika kopalnianego.
Górnikom, z którymi dziś wszyscy jesteśmy solidarni w żałobie, najbardziej trzeba solidarności w rozwiązywaniu ich problemów. Lista spraw jest dobrze znana.

Wydanie: 48/2006

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy