Zawinił tylko reduktor?

Zawinił tylko reduktor?

Prokurator i specjalna komisja muszą ustalić, jaka była przyczyna wybuchu gazu w Zielonej Górze

Po tragicznej w skutkach awarii sieci gazowej w Zielonej Górze (jedna osoba zginęła, osiem zostało rannych) wielu z nas zadaje sobie pytania, czy takie przypadki mogą się powtórzyć w innych miejscach, czy tylko stolica ziemi lubuskiej była narażona na taki wypadek. Niestety, mimo uspokajających zapewnień ekspertów nigdzie nie da się absolutnie wykluczyć możliwości awarii.
Po wypadku ewakuowano 6,5 tys. mieszkańców z osiedli: Pomorskie, Śląskie i Raculka. Na początku ludzi ogarnęło przerażenie, bo do eksplozji dochodziło w różnych mieszkaniach, ale najgroźniej było w klatce E wieżowca nr 1 na osiedlu Pomorskim. To tutaj zginął mężczyzna usiłujący pomóc sąsiadom, którzy wyczuli ulatniający się gaz. Na siódmym piętrze potężna eksplozja całkowicie zniszczyła jedno mieszkanie, odrywając od budynku dwie betonowe płyty zewnętrzne.
Doc. dr inż. Mikołaj Kłapoć, emerytowany pracownik Uniwersytetu Zielonogórskiego, a obecnie niezależny ekspert ds. konstrukcji budowlanych, był na miejscu wkrótce po wybuchu. Stwierdził następujące uszkodzenia: winda nie działa, schody trzeba wzmocnić, drzwi wypadły, w mieszkaniu był pożar i części zniszczeń dokonali strażacy, jednak to nie konstrukcja budowlana była powodem katastrofy, lecz instalacja gazowa. Zniszczone zostały kuchenki i gazomierze. Mieszkańcy tego 11-piętrowego budynku do piątego piętra już się wprowadzili, od szóstego wzwyż muszą zaczekać na remont, może jeszcze dwa-trzy tygodnie, bo tutaj wypadły dwie ściany osłonowe, lecz nie zagraża to konstrukcji budynku. – Wszystko się wymuruje i życie wróci do normy – zapewnia ekspert.

Ile było barów?

Prof. Rudolf Klemens z Politechniki Warszawskiej, specjalista od techniki spalania i wszelkiego typu wybuchów, traktuje to wydarzenie w kategoriach naukowych i raczej uspokaja. – Wybuch tłumaczy się bardzo znacznym wzrostem ciśnienia w instalacji gazowej, rozszczelnieniem się tej instalacji, która jest przystosowana tylko do niskiego ciśnienia – mówi profesor. – Według mnie to była lokalna sytuacja, która nigdzie nie powinna się powtarzać. Może się ona wiązać ze specyficznymi właściwościami układu zasilania w Zielonej Górze. Nie sądzę, by takie zagrożenie mogło mieć zasięg ogólnopolski. Tego typu awaria nie powinna się zdarzyć. Gaz z nieszczelnej instalacji dostawał się do pomieszczeń i po zmieszaniu z powietrzem wybuchł. Według mnie ciśnienie nie było aż tak wysokie – tj. nie sięgało setek barów – aby wybuch nastąpił samoczynnie. Musiało dojść do zapłonu, np. ktoś zapalił gaz w kuchence. Ten wybuch nie był detonacją, bo ona daje ogromny przyrost ciśnienia. Uważam, że ciśnienie gazu wynosiło kilka barów. Najczęściej podczas takiego wybuchu najpierw wypadają okna i wtedy ciśnienie gazu w pomieszczeniu się obniża. Wypadnięcie dwóch ścian może świadczyć o większej sile rozprężeniowej produktów spalania podczas wybuchu. A w sieci normalne ciśnienie powinno być na poziomie ułamków bara. Gdyby ktoś chciał np. napompować balon gazem z domowej kuchenki, to mu się nie uda, bo ciśnienie jest zbyt niskie.
Mniej optymistyczna jest opinia dr. inż. Zdzisława Gebhardta z krakowskiego Instytutu Nafty i Gazu. Chociaż uznaje on wydarzenie z Zielonej Góry za absolutnie wyjątkowe – drugiego takiego w swojej praktyce zawodowej nie pamięta – to przestrzega, że rozszczelnienia instalacji gazowej mogą wystąpić w innych miejscach. Silny mróz nie jest tutaj bez znaczenia. – Zapewne przymroziło i przytkało układ wydechowy – diagnozuje ten przypadek. – Nie ma bowiem urządzeń niezawodnych.

Przesadna reakcja

Zdaniem dr. Gebhardta, reakcja władz po katastrofie była jednak przesadna i nieadekwatna do zagrożenia. Ewakuowano 6,5 tys. ludzi, gdy tymczasem wystarczyło po prostu pozakręcać główne kurki i odpowietrzyć cały układ, a także ogłosić przez megafony, żeby po zamknięciu dopływu gazu wszyscy otworzyli okna i odkręcili kurki w kuchenkach, by wypuścić nadmiar gazu. Ewakuacja tak wielkiej liczby ludzi nie była potrzebna. Z drugiej strony, dobrze, że sztab kryzysowy podjął szybką akcję, bo byłoby gorzej, gdyby niczego nie zrobiono. – Lepsza taka reakcja niż żadna – konkluduje.
Zdaniem dr. Gebhardta nowoczesne reduktory ciśnienia działają automatycznie, wymagają jednak stałej kontroli i konserwacji, bo każdy automat może się popsuć.
Sieć gazowa w Zielonej Górze jest eksploatowana przez oddział Dolnośląskiej Spółki Gazownictwa ze Zgorzelca. Tam nastąpiła awaria jednego z 18 reduktorów zmniejszających ciśnienie gazu w domowej sieci, ale w rejonie działania zakładu w Zgorzelcu, który obejmuje nie tylko Zieloną Górę, stacji redukcyjnych jest aż 700. To skłoniło wojewodę lubuskiego Helenę Hatkę do złożenia wniosku o skontrolowanie nie tylko wszystkich stacji redukcyjnych w województwie, lecz także w całej Polsce.

Wina urządzenia czy pracownika?

Szczegóły awarii tego konkretnego reduktora zielonogórskiego komentuje z poziomu holdingu Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo SA rzecznik PGNiG, Joanna Zakrzewska. – Stacje redukcyjne są badane systematycznie co dwa tygodnie, ale po wypadku nasza spółka odpowiedzialna za obrót gazu w Polsce zaleciła ponowną kontrolę stacji – oświadcza rzeczniczka. – Nowoczesne typy tych urządzeń mają także zamontowany stały monitoring. Stacja, która stała się powodem wybuchu, nie była jednak nowoczesna, lecz eksploatowana od ponad 20 lat, co nie zmienia faktu, że działała bez zarzutu, a każdy element zużyty wymieniano zawsze na nowy. Ostatnia kontrola tej stacji odbyła się w poniedziałek, dzień przed awarią, kiedy stacja nie zredukowała ciśnienia gazu. Obecnie urządzenie zdemontowano i rozebrano na części, aby sprawdzić, co spowodowało awarię. Specjalny zespół techniczny ma zdiagnozować przyczynę wypadku i niezadziałania systemu zabezpieczającego. Niezależnie od naszych prac sprawą zajmuje się też prokuratura, która prowadzi oddzielne postępowanie.
Miejmy nadzieję, że zarówno dochodzenia wewnętrzne, jak i prokuratorskie doprowadzą do wyjaśnienia przyczyn tragedii, wnioski zaś, które powinny zostać podane do publicznej wiadomości, uchronią nas przed podobnymi katastrofami w przyszłości. Ponoć mieszkańcy wcześniej skarżyli się na stan instalacji gazowych, ale nie reagowano na te sygnały. Teraz ta sprawa też zostanie zbadana.
Tymczasem doszło do kolejnego wybuchu – w bloku w Człopie pod Wałczem w Zachodniopomorskiem. I znów jedna osoba nie żyje, a osiem trafiło do szpitala.

Wydanie: 50/2010

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy