Zdarzało mi się grać kompletnych dupków

Zdarzało mi się grać kompletnych dupków

Nawet jeśli chcę się wcielić w pozytywnego bohatera, na końcu i tak wychodzi jak zwykle

Sam Neill – aktor, reżyser i scenarzysta

Najnowszy film, w którym zagrałeś, „Sweet Country” w reżyserii Warwicka Thorntona, otrzymał nagrodę na festiwalu w Wenecji, a wszędzie, gdzie się pojawia, wzbudza pozytywne reakcje widowni i krytyki.
– Gdy przyjmowałem tę rolę, nie myślałem o potencjalnych nagrodach. Skusiła mnie raczej obietnica wielkiej przygody. Australia to kraj, który ze względu na bezkresne krajobrazy wydaje się stworzony do westernowych przypowieści, takich jak „Sweet Country”. Poza tym latem, gdy kręciliśmy film, można tam się poczuć, jakby się trafiło na inną planetę. Zwłaszcza jeśli – tak jak ja – mieszka się w Nowej Zelandii, która jest zielona, ma niespecjalnie zmienny, łagodny, przyjazny człowiekowi klimat. Tymczasem w Australii latem jest tak gorąco i duszno, że masz wrażenie, jakbyś za chwilę miał umrzeć, i zaręczam, że nie jest to tylko metafora.

Pogoda pokrzyżowała wam szyki?
– O, tak. Na zdjęcia mieliśmy raptem 22 dni, z czego trzy wypadły z powodu obfitych deszczów. Zamiast jednak załamywać ręce, reżyser powiedział tylko: „Po takich deszczach na pewno pojawi się piękna tęcza, nakręcimy ją i wykorzystamy w filmie”. I rzeczywiście! Ale nie chciałbym pozostawiać wrażenia, że praca nad „Sweet Country” była jedynie zabawą, która pozwoliła nam zaspokoić poczucie męskiej próżności. Gdy wchodziliśmy na plan, mieliśmy także poważniejsze motywacje.

To znaczy?
– „Sweet Country” opowiada autentyczną historię, która wydarzyła się w początkach XX w., i pochyla się nad losem rdzennych mieszkańców Australii, czyli pokrzywdzonej przez historię grupy, której tragedia wciąż nie została należycie zauważona i skomentowana, także przez kino i inne dziedziny sztuki. Pewnie trudno w to uwierzyć komuś z zewnątrz, ale Aborygeni uzyskali pełnię praw obywatelskich dopiero w 1967 r. Wcześniej, według obowiązującego prawa, byli traktowani jako część „lokalnej fauny i flory”. Czy to nie brzmi jak groteska?

Kaznodzieja, w którego wcielasz się w „Sweet Country”, na przekór ogółowi obywateli traktuje Aborygenów z szacunkiem.
– Po latach grania głównie czarnych charakterów uznałem, że zasłużyłem na małą zmianę. Gdyby jednak dłużej się nad tym zastanowić, można dojść do wniosku, że Fred Smith wcale nie jest postacią tak jednoznaczną. W końcu – choć apeluje o równość wszystkich ludzi i szczerze troszczy się o los Aborygenów– służy Kościołowi, czyli organizacji, która wymaga od rdzennej ludności wyrzeczenia się wielu lat własnej kultury i tradycji w imię przychodzącej z zewnątrz religii. Wygląda więc na to, że nawet jeśli chcę zagrać pozytywnego bohatera, na końcu i tak wychodzi jak zwykle.

Pracując nad „Sweet Country”, nie obawiałeś się, że wasza opowieść okaże się zbyt uzależniona od kontekstu lokalnego, a przez to hermetyczna?
– Pokazane w filmie mechanizmy opisujące podział społeczeństwa na lepszych i gorszych, a w konsekwencji prowadzące do wyzysku, konfliktu i okrutnej przemocy, są uniwersalne. Wystarczy popatrzeć na to, co się dzieje dziś w Korei Północnej czy w Syrii. A przecież w obu tych przypadkach można by łatwo uniknąć tragedii. Wystarczy, żeby ludzie pamiętali, do czego doprowadziły podobne sytuacje w historii, i potrafili wyciągnąć z nich wnioski. Po to m.in. zrealizowaliśmy „Sweet Country” – chcieliśmy pokazać, że przeszłość wcale nie jest tak odległa, jak chcielibyśmy sądzić.

No dobrze, ale ktoś mógłby się uprzeć, że wciąż przytaczasz przykłady, które z perspektywy człowieka Zachodu wydają się egzotyczne.
– Tak? No to zapraszam do przejścia się dziś ulicami dowolnego miasta w Stanach Zjednoczonych. Choć jeszcze niedawno wydawało się to nierealne, zwolennicy skrajnej prawicy zachowują się tam dosłownie jak naziści. Pod każdym względem – stylu ubierania się, poglądów i retoryki służącej do ich wyrażania. Trudno o lepszą definicję ignorancji wobec historii, prawda? Zresztą, co ja ci będę mówił. Jesteś z Polski, więc doskonale wiesz, co mam na myśli. Jesteście tak bardzo doświadczonym przez los narodem, a mimo wszystko ciążycie w stronę tego samego autorytarnego g… Ciężka sprawa, ot co.

Skręt w prawo objawia się jednak w całej Europie, także w Wielkiej Brytanii, w której się urodziłeś.
– Już jako siedmiolatek wyjechałem z rodzicami do Nowej Zelandii, więc gdy ktoś pyta mnie o narodowość, bez wahania odpowiadam: Nowozelandczyk. Oprócz tego mam jednak jeszcze dwa paszporty: brytyjski i irlandzki. W obliczu brexitu szczególnie przyda mi się ten drugi, bo Irlandia zostaje przecież w Unii Europejskiej i bardzo dobrze, bo to wspaniała organizacja, jedna z ważniejszych, jakie powstały w Europie po II wojnie światowej. Jestem pewien, że Brytyjczycy pożałują tego nieszczęsnego referendum.

„Sweet Country” wyrasta na jeden z ważniejszych filmów w twojej karierze, ale przecież masz na koncie mnóstwo dobrych ról po obu stronach Atlantyku. Czy do któregoś filmu pałasz szczególnym sentymentem?
– To jak pytanie o ulubione spośród twoich dzieci – pewnie, że któreś wybrałeś, ale nie jesteś na tyle głupi, żeby mówić o tym na głos. Mogę ci zdradzić tylko tyle, że najwięcej sympatii zachowałem wcale nie do filmów, z których jestem najbardziej znany, takich jak „Jurassic Park”, „Zaklinacz koni” czy „Polowanie na Czerwony Październik”, ale do małych, ambitnych tytułów, które w moim odczuciu nie osiągnęły sukcesów, na jakie zasługiwały. No dobrze, a jaki film z moim udziałem ty uważasz za najlepszy?

„Fortepian” Jane Campion!
– Lubię go, bo stanowi świetną, wysoce artystyczną wizytówkę Nowej Zelandii – tamtejszych krajobrazów, mentalności, stylu życia. Przy okazji to także film bardzo feministyczny – zrealizowany przez kobietę i opowiadający o kobietach w sposób przełamujący klisze formowane pod wpływem męskiego spojrzenia. Wprawdzie sam zagrałem w „Fortepianie” strasznego dupka, ale możliwość wcielenia się w swego rodzaju antywzór i napiętnowania przedstawicieli własnej płci w feministycznym filmie uważam za wielki zaszczyt.

Rok później zagrałeś we wspomnianym „Jurassic Park”, który szybko stał się filmem kultowym.
– Utkwiło mi w pamięci jedno zdanie z recenzji w „New Yorkerze”: „To bodaj pierwszy film, w którym postacie wytworzone przy użyciu efektów specjalnych są bardziej wiarygodne niż aktorzy”. Do dziś nie wiem, czy to bardziej komplement dla naszych ludzi od efektów, czy krytyka pod adresem mnie i moich kolegów. Jeśli spotkam autora, muszę go o to zapytać.

Czy, będąc doświadczonym i utytułowanym aktorem, masz jeszcze jakieś zawodowe marzenia?
– Kiedyś myślałem, że świetnie byłoby się wcielić w jakąś postać historyczną, z im odleglejszych czasów, tym lepiej. Potem jednak doszedłem do wniosku, że każda z tych epok miała również bardzo ciemne aspekty. Z jednej strony, byłoby super zagrać jakiegoś pogańskiego, starożytnego władcę, ale z drugiej, gdy myślę o składaniu tych wszystkich ofiar z dziewic i nabijaniu głów wrogów na pal, dochodzę do wniosku, że nie, to nie dla mnie. Reasumując, nie mam żadnych oczekiwań. Niech reżyserzy się wysilą, by mnie zaskoczyć!

Wydanie: 24/2018

Kategorie: Kultura
Tagi: Sam Neill

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy