Zielony paszport dla Izraela

Zielony paszport dla Izraela

Do końca stycznia ma zostać zaszczepionych 2 mln z 9 mln mieszkańców

Od kilku tygodni Izraelczycy są w stanie zbliżonym do zbiorowej euforii. Wszystko za sprawą skutecznej kampanii szczepień, która ma na celu wyciągnąć kraj z pandemii. Mieszkańcy ochoczo rejestrują się w punktach szczepień, by dostać szczepionkę wyprodukowaną przez Pfizer-BioNTech. Tym samym Izrael bardzo wyprzedza inne kraje w wyścigu o zdrowie.

Od 19 grudnia do 5 stycznia udało się aplikować codziennie ok. 150 tys. dawek szczepionki i zapewnić odporność niemal 16% populacji kraju zamieszkanego przez 9 mln osób. To największy odsetek na świecie i prawie dwukrotnie więcej niż w zajmujących drugie miejsce i podobnie zaludnionych Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Do końca stycznia dwie dawki szczepionki mają otrzymać

2 mln mieszkańców Izraela. Te liczby przyprawiają o zawrót głowy, zwłaszcza jeśli porównać je z krajami Europy, w których szczepionkę dostał  jedynie niewielki odsetek populacji.

Z pewnością przyczyniła się do tego sprawna organizacja rejestracji i punktów szczepień, za co odpowiedzialne są powszechnie dostępne kasy chorych Clalit, Maccabi, Leumit i Meuhedet. Ministerstwo Zdrowia od początku zapewniało, że szczepionek nie zabraknie. Rząd negocjował dostawy nie tylko z Pfizerem, ale również z Moderną, której produkt miał się pojawić w kraju dopiero w marcu, ale dzięki staraniom premiera Benjamina Netanjahu pierwsze dawki trafią do pacjentów jeszcze w tym miesiącu. Kraj nie zamknął się także na rosyjską szczepionkę Sputnik V i jeszcze w listopadzie ubiegłego roku jeden z największych kompleksów szpitalnych Izraela, Centrum Medyczne Hadassah w Jerozolimie, zapowiadał, że stanie się „regionalnym węzłem dystrybucji tej szczepionki”.

Izrael zdecydował się też na zapłacenie o wiele wyższej kwoty za szczepionki, porównując do cen, które  płaci Unia Europejska. Agencja Reutera dotarła do informacji, że Izrael płaci ok. 30 dol. za dawkę, podczas gdy z cennika ujawnionego w połowie grudnia przez belgijską sekretarz stanu ds. budżetu Evę De Bleeker wynika, że Unia Europejska płaci 12 euro za dawkę szczepionki Pfizera i 18 euro za preparat Moderny. Minister zdrowia Izraela Yuli Edelstein stwierdził, że uwolnienie krajowej gospodarki od kolejnych ograniczeń usprawiedliwia wszelkie dodatkowe koszty, które rząd musi ponieść, by zapewnić odporność obywatelom.

Wzywali ludzi na stadion

Ale sama organizacja to nie wszystko, bo nawet najlepiej zaplanowany program szczepień nie odniósłby sukcesu bez nastawienia obywateli. Tutaj właśnie należy dopatrywać się źródeł sukcesu. Wszystko zaczęło się od zaszczepienia premiera Netanjahu, który jako pierwszy Izraelczyk otrzymał preparat Pfizera, a cały zabieg transmitowany był na żywo z centrum medycznego Sheba w Ramat Gan w telewizji i internecie. Zastrzyk zaaplikował osobisty lekarz premiera, który następnego dnia podał do publicznej wiadomości, że Bibi czuje się dobrze i nie doświadcza żadnych skutków ubocznych. Krótko po Netanjahu zaszczepił się także minister zdrowia, Yuli Edelstein.

Niektórym widzom nie spodobał się taki pokaz, o czym mogą świadczyć komentarze w internecie krytykujące premiera czy też przywołujące rozmaite teorie spiskowe na temat rzeczywistego składu zaaplikowanego Bibiemu zastrzyku. To jednak nie powstrzymało Izraelczyków przed ustawieniem się w rzeczywistych i wirtualnych kolejkach po szczepionki. Jedną z takich osób jest Nadav Levy,  mieszkający i pracujący w Krakowie, który zdecydował się na podróż do rodzinnej Beer Szewy, gdy tylko dowiedział się o możliwości uzyskania odporności. Tym bardziej że polski Narodowy Program Szczepień nie ujawnia, kiedy przysługiwałoby mu szczepienie w naszym kraju.

Nadav, choć nie jest fanem premiera Netanjahu, uznał, że fakt zaszczepienia szefa rządu jest wystarczającym powodem, by nie obawiać się zastrzyku. – W Izraelu ufamy naszemu systemowi i nie wierzymy zbytnio w teorie spiskowe. Kiedy widzisz, że szczepionkę przyjmują ministrowie i wiele innych ważnych osób, to po prostu idziesz ją wziąć.

Nadav chwali również organizację szczepień, po tym jak bez rejestracji otrzymał swoją dawkę. – Wzywali ludzi na stadion koszykarski Kunchija w Beer Szewie. Wygląda na to, że zostały nadprogramowe dawki i zamiast je wyrzucać, postanowili zaszczepić dodatkowe osoby. Kiedy tam przyjechałem, na swoją kolejkę czekało ok. 300 osób. Wszystko jednak poszło sprawnie i nie musiałem długo czekać. Pielęgniarka poinformowała mnie, że mają wolne 1000 dawek i wszyscy przybyli zostaną zaszczepieni.

W moim otoczeniu nikt nie mówi, że się nie zaszczepi

Nawet ci, którzy musieli się zarejestrować po swoją dawkę, nie narzekają na system. Mieszkająca w położonej na północ od Tel Awiwu nadmorskiej Netanji Lara Kassoff zdecydowała się zaszczepić w oddalonej o pół godziny jazdy samochodem Kfar Sabie. – Mogłam się zapisać na szczepienie za trzy dni. W Netanji musiałabym czekać około tygodnia. Rejestrowałam się przez stronę internetową mojej kasy chorych. Cały zabieg wraz z oczekiwaniem trwał około 30-40 minut. Mój mąż, z którym przyjechałam, nie był zarejestrowany, ale kiedy tam się znaleźliśmy, dowiedział się, że też może dostać zastrzyk. To było bardzo dobre doświadczenie, jestem pod wrażeniem.

Lara pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdzie wciąż mieszka jej rodzina. Porównując dzisiejszą sytuację w Izraelu do USA, mówi, że Stany są pod tym względem o wiele gorzej zorganizowane. – Mój tata jest lekarzem z wieloletnim doświadczeniem i miał ogromny problem ze zdobyciem szczepionki. Nigdzie nie mógł uzyskać informacji, a kiedy telefonował do klinik, dowiadywał się, że nie ma wolnych terminów. W Izraelu wcale nie musiałby się starać.

Równie dobre wrażenie o szczepieniach ma mieszkająca w Jerozolimie Barbara Messer. – Szczepiłam się w szpitalu Herzla. Byłam przekonana, że spędzę tam kilka godzin. Wyszłam po 15 minutach. Następnego dnia po zastrzyku trochę bolała mnie ręka, ale czuję się dobrze.

Barbara jest wolontariuszką w Izraelskim Centrum Leczenia Stresu Pourazowego powiązanym z jerozolimskim szpitalem Herzoga. Zaangażowała się w projekt udzielania pomocy psychologicznej byłym żołnierzom jednostek bojowych izraelskiej armii. Wraz z innymi pracownikami biurowymi centrum mogła dostać zastrzyk, choć nie jest obywatelką Izraela i nie jest przypisana do żadnej z kas chorych zajmujących się dystrybucją szczepień. Jest zdziwiona, kiedy mówię jej, że w Polsce do głosu dochodzą tendencje antyszczepionkowe, i przytaczam grudniowy sondaż IBRiS, z którego wynika, że niemal połowa Polaków nie zamierza się zaszczepić.

– Znam tylko jedną osobę, która mówi, że poczeka kilka tygodni, żeby zobaczyć, jak się czują ludzie po szczepieniu. Jak wszyscy się zaszczepią, to ona też. W moim otoczeniu nikt nie mówi, że się nie zaszczepi. Nie spotykam się w ogóle z taką opinią. Dopiero niedawno spotkałam się z przyjaciółką, Amerykanką, która stara się o izraelskie obywatelstwo. Jest pierwszą osobą, od której słyszę, że wcale się nie zaszczepi.

Lara również nie zna wielu takich osób, choć po chwili zastanowienia przypomina sobie, że nauczycielka w przedszkolu jej dziecka powiedziała, że nie chce szczepionki, bo covid jest zwykłą grypą.

Podobnie o antyszczepionkowcach mówi Nadav, zbywając obawy sceptyków półżartem. – Kiedy ludzie wybierają się w podróż do Indii, to przyjmują około ośmiu różnych szczepionek. W klubach wciągają do nosa kreski i nawet nie wiedzą, co biorą. I co? Teraz nie chcą przyjąć zastrzyku, bo jego stworzenie zajęło rok zamiast trzech? Mam kilku znajomych, którzy chcą przeczekać pierwszą falę szczepień i później zobaczyć, co się będzie działo. Ale w Izraelu nie ma wielu ludzi, którzy mówią, że się nie zaszczepią wcale.

Na koncert po szczepionce

Mimo zaawansowanego programu szczepień, rząd podjął decyzję o wprowadzeniu kolejnych restrykcji. Obecnie Izraelczycy nie mogą odwiedzać się w domach czy oddalać od swoich mieszkań dalej niż o kilometr (z wyjątkiem określonych sytuacji, takich jak uzyskanie szczepionki). Do tej listy ma dojść kolejne zamknięcie szkół czy wszelkich biznesów, które nie są konieczne do funkcjonowania państwa. I to na kolejne dwa tygodnie. Zmęczeni taką gospodarką Izraelczycy z wielką chęcią będą się szczepić. Zwłaszcza że uzyskanie drugiej dawki wiąże się z otrzymaniem tzw. zielonego paszportu – dokumentu potwierdzającego odporność.

Posiadacz paszportu miałby według Ministerstwa Zdrowia na pół roku uzyskać pełen dostęp do wydarzeń kulturalnych i sportowych, a także różnego rodzaju zgromadzeń. Prawdopodobnie wylegitymowania się zielonym paszportem będą w przyszłości wymagały punkty usługowe, hotele, restauracje i obiekty sportowe, ale osoby niezaszczepione nadal będą mogły korzystać ze szkół, transportu publicznego czy miejsc kultu religijnego. Wszystko po to, by Izrael mógł wrócić do normalności już na koniec marca. Jeśli do tego czasu kraj osiągnie odporność stadną, co według Ministerstwa Zdrowia oznacza zaszczepienie 70% populacji, to Izraelczycy będą mogli się odwiedzać już w święto Pesach. Dla społeczeństwa, które – tak jak izraelskie – przyzwyczajone jest do życia w relatywnie niewielkim dystansie społecznym, zdaje się to wystarczającą motywacją.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 3/2021

Kategorie: Świat