Zjednoczone bezkrólewie

Zjednoczone bezkrólewie

Kadencja szefa ONZ kończy się w grudniu. Wciąż jednak brakuje kandydata, który wyprowadziłby tę organizację z marazmu

Stanowisko szefa Narodów Zjednoczonych może nie daje największej na świecie władzy wykonawczej, ale jest z pewnością pozycją szalenie prestiżową. Zresztą brak realnych narzędzi egzekwowania swoich rezolucji i rola często ceremonialna niejednemu wcale nie przeszkadza. Przeciwnie, wielu byłych premierów, prezydentów czy ministrów widziało siebie na czele Narodów Zjednoczonych, upatrując w tym stanowisku piękne i niezbyt kłopotliwe ukoronowanie kariery politycznej. Do emerytury w błękitno-białych barwach szykować się już mieli Romano Prodi, Tony Blair czy Inácio Lula da Silva.

Stracona szansa regionu

Jednak im bliżej końca kadencji Ban Ki-moona, południowokoreańskiego polityka, byłego szefa tamtejszej dyplomacji, który kierownictwo nad Narodami Zjednoczonymi przejął dekadę temu z rąk Kofiego Annana, tym trudniej znaleźć silnego kandydata na jego następcę. Nowy sekretarz generalny rozpocznie pięcioletnią kadencję 1 stycznia 2017 r. Zanim to nastąpi, musi najpierw pokonać pozostałych kandydatów w wewnętrznym głosowaniu z udziałem członków Rady Bezpieczeństwa, która liczy 15 państw. Kiedy rada wybierze swojego kandydata (najpewniej w październiku), musi on zdobyć co najmniej dwie trzecie głosów delegatów Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Wbrew obiegowej opinii procedura nie precyzuje, skąd ma pochodzić następca Ban Ki-moona. Od grudnia zeszłego roku, czyli od momentu oficjalnego startu kampanii wyborczej dominował jednak pogląd, że nowy sekretarz generalny będzie pochodzić z Europy Środkowo-Wschodniej, głównie z powodu rosnącego znaczenia tej części świata w globalnej geopolityce oraz dlatego, że do tej pory nie miała ona swojego reprezentanta na najwyższym stanowisku w strukturach ONZ.

Spekulacje o szansach lokalnego kandydata momentalnie wzbudziły falę plotek i rozgrzały giełdę nazwisk – choć niestety tym razem nie wymieniano na niej żadnego Polaka. Jeszcze kilka lat temu ambicje szefowania Narodom Zjednoczonym miał rzekomo zgłaszać ówczesny polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, jednak już wtedy uznano go za kandydata zbyt młodego i wciąż niedoświadczonego. Tym razem w roli faworytów europejskie media i środowiska think tanków widziały m.in. bułgarską wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej Kristalinę Georgiewą, ekonomistkę, byłą wiceszefową Banku Światowego, oraz słowackiego wicepremiera i ministra spraw zagranicznych Miroslava Lajčáka. Jednak równie szybko jak listy nazwisk i kandydatów pojawiły się obawy, czy obie kandydatury nie pochłonie wewnętrzna rywalizacja w regionie oraz – przede wszystkim – czy wymieniani politycy są dyplomatami wystarczająco dużego formatu, by pokierować instytucją tak ważną, a jednocześnie tak skostniałą i niewykorzystującą wciąż swojego pełnego potencjału.

Jeremić – reformator

Wraz z upływem kolejnych miesięcy problem rozwiązywał się jednak sam – Georgiewa ogłosiła, że nie chce rezygnować z pracy w Komisji, a Słowacja nie była w stanie zbudować koalicji poparcia dla kandydatury Lajčáka. Mogło się więc wydawać, że stanowisko sekretarza generalnego ONZ zaczyna się Europie Środkowo-Wschodniej wymykać z rąk. Inne kraje nie próżnowały w lobbowaniu na rzecz swoich kandydatów, a przydział geograficzny był przecież czysto umowny. Ostatecznie w gronie liczących się pretendentów pozostał tylko jeden reprezentant regionu – były szef serbskiego MSZ Vuk Jeremić, który w kolejnej rundzie głosowań w Radzie Bezpieczeństwa, zaplanowanej na 29 sierpnia, zmierzy się przede wszystkim z obecnymi faworytami – byłym portugalskim premierem Antóniem Guterresem, doświadczoną argentyńską dyplomatką, minister spraw zagranicznych w rządzie Mauricia Macriego i byłą szefową gabinetu Ban Ki-moona, Susaną Malcorrą, oraz Helen Clark, byłą szefową rządu Nowej Zelandii.

Strony: 1 2

Wydanie: 34/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy