Bułgarski festiwal antydemokracji

Bułgarski festiwal antydemokracji

1,7 mln osób, które wzięły udział w wyborach, to mniej niż jedna trzecia uprawnionych do głosowania

Rządzący w Bułgarii od niemal 15 lat oligarchiczny syndykat premiera Borisowa, prawicowa partia GERB, uzyskał drugie miejsce w wyborach, a zwycięzcą okazało się populistyczne ugrupowanie showmana Sławiego Trifonowa. Mało tego, reprezentację parlamentarną ponownie zyskały małe organizacje, które wyłonił ubiegłoroczny wielomiesięczny protest obywatelski. Niby więc nic się nie stało. To jednak bardzo powierzchowne spojrzenie. Społeczeństwo odpuściło sobie politykę na dobre. Podchodzi do spraw publicznych apatycznie i niechętnie, o ile w ogóle wyraża nimi jakiekolwiek zainteresowanie. Wizja kolejnych wyborów już w październiku niemal wszystkim jawi się jako tyleż bezsensowna, co nużąca konieczność.

– Trudno się temu dziwić, wszak nie będzie ona spowodowana żadnymi różnicami politycznymi, rozłamowymi nastrojami, polaryzacją w społeczeństwie, które miałyby jakiekolwiek ideologiczne zakorzenienie. Jedyną przyczyną będzie nieporadność elit, które w obliczu rozgrabienia już praktycznie wszystkiego, co wytworzyła Republika Ludowa, oraz globalnej geopolitycznej niestabilności nie są w stanie się porozumieć. Zwycięstwo partii Trifonowa jest tego symptomem. To kolejny w ciągu ostatnich trzech dekad mesjanistyczny eksces, swoisty wentyl systemu, który zapowiada wielkie zmiany, ale zawsze są to zmiany na gorsze. Tak było z mesjaszem Symeonem Sakskoburggotskim, synem ostatniego cara Bułgarii, którego sklecona na kolanie partia wygrała wybory na początku XXI w., dając ludziom nadzieję w trakcie kampanii i wdrażając totalną dewastację ekonomiczną kraju, gdy przejęła władzę. Bojko Borisow zresztą także był mesjaszem, byłym generałem policji, który zapowiadał rozprawę z patologiami, szybko zdobył rząd dusz ponad dekadę temu, ale nie zwalczył korupcji, jedynie ją sprywatyzował – on nią zarządzał, a jego akolici wdrażali i rozwijali. Jego partia przerodziła się w coś na kształt korporacji, a Borisow był niczym władca absolutny. Trifonow to kolejny odcinek tego serialu – komentuje Mirena Filipowa, dziennikarka i specjalistka od komunikacji politycznej, prowadząca popularną audycję publicystyczną „Upolitycznij to!”.

– Wszechobecna apatia mogłaby nawet mieć pewien ładunek demokratyczny, gdyby na horyzoncie pojawiła się jakaś realna, niemesjanistyczna alternatywa, zdolna do przejęcia władzy w perspektywie średnio- i długoterminowej. Najbliżej tego były demonstracje z ubiegłego roku, które zrodziły tzw. partie protestu. Niestety, organizacje te są teraz może i bardziej winne gigantycznego politycznego fiaska, które ujawniły ostatnie wybory! – dodaje Stanislaw Dodow, lewicowy aktywista i komentator znany z działalności w sektorze pozarządowym.

– Postawa Trifonowa i jego najbliższego otoczenia jest przerażająca. Nie dość, że ten człowiek nie ma bladego pojęcia o polityce czy gospodarce, to jeszcze demonstruje nam, że w ogóle nie interesuje go mechanizm demokratyczny. Wygrał, to wygrał! I koniec, dalej już żadna demokracja nie jest przecież potrzebna. Trifonow jest bezczelnym ignorantem, który nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji własnych poczynań. Ogłoszenie składu rządu przed ostatecznym obwieszczeniem centralnej komisji wyborczej dotyczącym wyników wyborów i przed konsultacjami z prezydentem to nie tylko głupota i skrajny brak kultury politycznej, ale też demonstracja pogardy wobec ładu prawnego i instytucjonalnego, dalece bardziej zuchwała niż w wykonaniu Borisowa – uzupełnia Dodow.

Równie antydemokratyczny jest cynizm zawodowych ekspertów zapraszanych do mediów, którzy powtarzają: taka jest wola ludu. Szkoda, że nie przytaczają żadnych danych, które pomogłyby zdefiniować ów lud i jego domniemaną wolę.

Dwa największe stronnictwa parlamentarne, Jest Taki Naród (ITN) Trifonowa i GERB Borisowa, mogą się pochwalić poparciem ok. 8% uprawnionych do głosowania w Bułgarii. Ot i vox populi! Jeśli więc podążać za logiką bułgarskich komentatorów, około dwóch trzecich nacji nie jest ludem. Szczególnie nie jest nim ponad 55% obywatelek i obywateli pomiędzy 18. a 30. rokiem życia, gdyż nie wzięli oni udziału w wyborach. Tym bardziej ludem nie są osoby z wykształceniem podstawowym – ponad 80% także nie głosowało. Nie są ludem bułgarscy emeryci – prawie trzy czwarte nie poszło do urn. Nie głosowało poza tym niemal 50% bułgarskich Turków, o społeczności romskiej nie ma sensu w tym kontekście wspominać.

– To wierzchołek góry lodowej! Wykluczonych politycznie grup jest o wiele więcej, jednak brakuje danych, nikt nie prowadzi badań – stwierdza Stefan Georgijew, socjolog i lewicowy komentator. – To architektura naszego systemu, naszej transformacji. Mniej wykształconym, starszym, niezamożnym, mniejszościom etnicznym… tym wszystkim grupom nasza „demokracja” nie ma nic do zaproponowania, więc siłą „autorytetu” medialnych ekspertów po prostu usuwa się je poza obręb zainteresowania. Kompletnie pomija się te grupy, udaje, że nie istnieją, albo jeśli już trzeba przyznać, że owszem, istnieją, to od razu zaznacza się, że ich obecność jest niejako szkodliwa.

– Nie ma niestety wystarczających danych profilujących wyborców według innych cech, takich jak stan zdrowia czy niepełnosprawność albo tożsamość płciowa – dodaje Georgijew. – Fizyczny akt głosowania jest wyczynem dla wielu osób niepełnosprawnych, a osoby LGBT były zaciekle atakowane podczas kampanii wyborczej. Nie będzie więc przesadą przypuszczenie, że niemal nikt z tych grup nie głosował. Wynik tych wyborów jest wyraźnym znakiem drastycznych deficytów demokracji – podsumowuje socjolog.

– Nie da się zaprzeczyć tezie, iż obecna, wyłoniona w niedawnych wyborach, konstrukcja bułgarskiego Zgromadzenia Narodowego nie reprezentuje większości społeczeństwa, nie mówiąc o tym, że nie odzwierciedla w minimalnym choćby stopniu jego złożoności i pragnień. To dzieło nie demokratycznego mechanizmu, ale marketingu oraz działań tych, którzy mogą płacić za czas antenowy i reklamy. To efekt inwestycji w bardzo precyzyjne badania i sondaże, skierowania komunikacji politycznej do bardzo wąskich grup, które można skłonić do głosowania tą czy inną dykteryjką. Ba! Lepiej nawet, jeśli uda się większość wyeliminować, w takim stopniu, by politycznie nigdy się nie podniosła – komentuje Kydrinka Kydrinowa, dziennikarka Bułgarskiego Radia Państwowego i redaktorka portalu Baricada.org.

Umacnia się zatem supozycja, jakoby wola 1,7 mln obywatelek i obywateli siedmiomilionowego kraju była wolą ogółu. Ale na tym nie koniec, gdyż ze względu na brak realnych różnic politycznych między uczestnikami parlamentarnej gry interpretowane jest to również jako wola kontynuowania katastrofalnego kierunku. Fałszywie przedstawia się to jako poparcie społeczne dla neoliberalnego kursu, czyli tzw. zrównoważonego budżetu, braku wydatków i transferów socjalnych nawet w sytuacji dramatycznego kryzysu, utrzymania regresywnego systemu podatkowego, ustawicznego wspierania biznesu kosztem podstawowych usług publicznych. Taki jest program praktycznie wszystkich partii.

Rzeczone 1,7 mln osób, które wzięły udział w wyborach 11 lipca, to mniej niż jedna trzecia uprawnionych do głosowania. Około 5% wszystkich uprawnionych opowiedziało się za Bułgarską Partią Socjalistyczną, jedynym ugrupowaniem, które, choć faktycznie prawicowe, przynajmniej wspomina o konieczności realizowania przez państwo funkcji socjalnej. Mniej niż 3% wybrało partie nacjonalistyczne – to poważny, by nie rzec ostateczny cios dla skrajnej prawicy. O pozostałych 4 mln wyborców nie wiemy nic. Jaka jest ich wola? O jakiej Bułgarii marzą? Dla jakiej ojczyzny gotowi byliby pracować i płacić podatki? Jak chcieliby rozliczać polityków?

Sondaż z 2018 r. pokazuje, że 68% Bułgarów nie uważa, by zmiana partii u władzy prowadziła do rzeczywistej zmiany w polityce państwa. W badaniu przeprowadzonym latem 2019 r. aż 79% zadeklarowało, że nie wierzy, że wybory są wolne i uczciwe, a 59% twierdzi, że demokracja jest zagrożona. Na początku 2020 r., jeszcze przed wybuchem pandemii, badania socjologiczne ujawniły, że 58% ankietowanych nie popiera liberalnej demokracji, regularnych wyborów ani systemu wielopartyjnego. 62% w tym samym badaniu ujawniło niewiarę w jakąkolwiek zmianę w ich życiu, bez względu na to, które ugrupowanie jest u władzy, a 79% konstatuje, że demokracja jest bezradna wobec wszechwładzy oligarchów.

– Demokracja w naszym kraju nie tylko nie łagodzi ciosów, które kapitalizm zadaje tkance społecznej, ale przeciwnie, sama zadaje coraz to nowe. Partia Trifonowa, choć rzekomo zawsze kierowała się wolą ludu, zaproponowała premiera, który symbolizuje jeden z najokrutniejszych rządów w najnowszej historii kraju, gdy na początku wieku kapitalistyczne praktyki doprowadziły do masowej pauperyzacji narodu. Zresztą nawet z innym premierem program tej partii pozostaje wyrazem ekstremistycznych, neoliberalnych idei odrzuconych już niemal na całym świecie! – podsumowuje Stefan Georgijew.

32 lata po wprowadzeniu demokracji parlamentarnej w Bułgarii jest ona bliska wyczerpania. Prof. Iwo Hristow, socjolog i analityk, autor wielu książek, a także poseł wybrany z list Bułgarskiej Partii Socjalistycznej w 2016 r., powiedział: – Bułgarska transformacja rozpoczęła się jako karykatura demokracji i kończy się jako karykatura autorytaryzmu. Widać, że epoka Borisowa i jego reżimu dobiegła końca. Niestety, to, co przyjdzie po nim, będzie pewnie jeszcze straszniejsze.

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 32/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy