Zostawcie mnie, chłopcy

Zostawcie mnie, chłopcy

Nieprzytomnego 69-letniego mężczyznę z ranami na głowie znalazł wędkarz idący o świcie 30 czerwca Wybrzeżem Kościuszkowskim

Późnym popołudniem 28 czerwca 1988 r. doc. Jan Strzelecki przyjeżdża z Zakopanego do Warszawy. Pod Giewontem została żona Jadwiga – on musi odebrać z warsztatu lakiernika samochód po naprawie. Robi to rankiem następnego dnia, potem jedzie na Krakowskie Przedmieście, do Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, gdzie pracuje. Odbiera pensję i książki, które przyszły ze Sztokholmu. Będzie pisał o szwedzkim modelu socjalizmu.

Wieczorem je kolację u radcy ambasady szwajcarskiej, skąd około północy dociera na Saską Kępę do mieszkania znajomej Francuzki, lektorki na Uniwersytecie Warszawskim. (…) Około godz. 1.30 Jan Strzelecki żegna towarzystwo. Pani domu odprowadza go przed blok, gdzie stoi świeżo wylakierowany „maluch” docenta. Strzelecki nie jest pewny, czy ma w baku benzynę, nie zapala się wskaźnik poziomu paliwa. A kartki na przydziałową etylinę zostały w domu.

– Może cię podrzucę? – proponuje Francuzka.

– Nie, dziękuję, wracaj na górę do gości…

Nad Wisłą o świcie

Nieprzytomnego 69-letniego mężczyznę z ranami na głowie znalazł wędkarz, idący o świcie 30 czerwca Wybrzeżem Kościuszkowskim. Natychmiastowa operacja nie uratowała życia pacjenta, którego początkowo oznaczono jako NN, a który po kilku godzinach okazał się Janem Strzeleckim. Docent zmarł, nie odzyskawszy przytomności.

Ekipa operacyjno-śledcza znalazła na Wisłostradzie, w pobliżu zatoki przystanku autobusowego, samochód Fiat 126 p. Był otwarty, kluczyki od stacyjki leżały na podłodze. W baku ani kropli paliwa. Dostrzeżono ślady wleczenia ciała od samochodu do balustrady w kierunku Wisły, następnie przerzucenia bezwładnego człowieka na nasyp. Kilkanaście metrów dalej leżała legitymacja służbowa Jana Strzeleckiego wydana przez PAN i kartki żywnościowe. Nigdzie nie było portfela ofiary, w którym powinny być pieniądze, jakie pozostały po zapłaceniu w warsztacie, oraz pensja docenta.

Dochodzenie zaczęło się od kompromitującego milicję faktu. Okazało się, że dwaj funkcjonariusze drogówki, patrolując o godz. 5 rano Wybrzeże Kościuszkowskie, zauważyli małego fiata z niezamkniętymi drzwiami. Po sprawdzeniu, że wóz nie został ukradziony, dokręcili opuszczoną szybę i odjechali. A 20 m dalej leżał zmasakrowany Jan Strzelecki. (…)

Polskie Towarzystwo Socjologiczne ogłosiło, że zarząd zobowiązuje się do wypłacenia nagrody w wysokości 1 mln zł osobie, której informacje doprowadzą do ujawnienia lub ujęcia sprawcy mordu.

Tu magazyn „997”

Postawiono na nogi milicję w całym kraju. Prokuratorzy okręgowi osobiście prowadzili wiele czynności, które zwykle zleca się funkcjonariuszom niższego szczebla. Brał w nich udział jako obserwator mec. Jan Olszewski, pełnomocnik rodziny ofiary.

Były różne tropy śledztwa. Dzielnicowi w całym kraju, tajniacy rozglądali się za osobami, które nagle się wzbogaciły. Wszak z portfela ofiary zginęło sporo pieniędzy. (…) W śledztwie uczestniczyło kilka tysięcy ludzi. Sprawdzono 377 podejrzanych wiadomości, które wpłynęły po ogłoszeniu w mediach komunikatu o przestępstwie, przeprowadzono wiele ekspertyz, m.in. głosów anonimowych informatorów.

Minister spraw wewnętrznych wyznaczył 6 mln zł nagrody (w 1988 r. średnia pensja miesięczna wynosiła 56 tys. zł) dla osoby, która pomoże w dotarciu do mordercy Jana Strzeleckiego. Zwrot w postępowaniu dowodowym dokonał się dzięki telewizyjnej audycji „997”. Najpierw zgłosił się taksówkarz. Leżał na szpitalnym łóżku, kiedy usłyszał ze szklanego ekranu o napadzie. Skojarzył, że nad ranem 30 sierpnia wiózł dwóch młodych chłopaków do Ząbek. Mieli gruby zwitek pieniędzy, którym dzielili się na pół.

Drugi ważny sygnał też miał związek z magazynem „997”. Pod koniec lipca reporterzy tego programu pojechali na miejsce napadu, aby nakręcić krajobrazowe tło do przygotowywanej audycji o zamordowanym Strzeleckim. W pobliżu, na ławce, znaleziono mocno pobitego mężczyznę, sezonowego pracownika FSO, który – podobnie jak jego kompani z podwarszawskich wsi – przesiadywał po robocie w pijalniach piwa nad Wisłą. Sprawcę dość szybko ujęto, ale uzyskane przy tej okazji informacje spowodowały, że ekipa dochodzeniowa zainteresowała się pracownikami sezonowymi w stolicy.

Okazało się, że w tym środowisku dużo się mówi o jakimś młodym, skorym do bitki robotniku, który po ogłoszeniu w TV komunikatu, że Jan Strzelecki został ograbiony z 70 tys. zł, prostował oburzony – to było 90 tys.!

Spośród 500 robotników FSO mieszkających na kwaterach wytypowano 17 agresywnych mężczyzn. Wśród nich jest Marek M., 19-letni operator pras z okolic Płocka. Okresowo oddelegowany do pracy w fabryce samochodów przez Spółkę Wodną w Rajgrodzie. Ma troje rodzeństwa, najstarszy brat jest zakonnikiem. Ojciec pracuje w kółku rolniczym jako ślusarz. Marek M. nie podał rodzicom adresu kwatery w Ząbkach, gdzie z dwoma kolegami wynajmuje pokój.

Milicja przeszukuje ten lokal, ku zaskoczeniu właścicielki mieszkania, która mówi o lokatorach: – Tacy grzeczni, w niedzielę chodzą ze mną do kościoła.

Funkcjonariusze znajdują w wynajmowanym pokoju worki z prawdopodobnie ukradzionymi rzeczami oraz ukryte w butach kilkadziesiąt tysięcy złotych. Marek M. i jego kolega Krzysztof Ch. zostają zatrzymani.

W samą porę, bo w „Tygodniku Powszechnym” ukazuje apel 76 intelektualistów, którzy alarmują najwyższe władze w PRL: „Sprawcy zamordowania wybitnego socjologa, sympatyka Solidarności, nadal pozostają nieznani. Najwyższy czas, aby położyć kres bezprawiu i gwałtom w Polsce”.

Apel nagłaśnia Radio Wolna Europa.

Pogrzeb Jana Strzeleckiego na cmentarzu Powązkowskim jest demonstracją opozycji. (…)

Tak się ułożyło

19-letni Marek M. bez kluczenia przyznaje się do zabójstwa. Wyraźnie będący pod jego wpływem Krzysztof Ch. nie ukrywa, że pomagał koledze. Prokurator powie później na konferencji prasowej: ci młodzi, nigdy niekarani mężczyźni składali wyjaśnienia bez jakichkolwiek emocji. M. ożywił się tylko wówczas, gdy padło pytanie, w jaki sposób zabijał. Twierdził, że po jego prawym sierpowym frajer nie ma prawa się podnieść, ale ten nad Wisłą jednak próbował się wyprostować, mówiąc: chłopaki, zostawcie mnie.

Dlaczego M. zabił? – Tak się ułożyło – wyjaśnił. 29 czerwca, po wyjściu z fabryki, pojechał jak zwykle z kumplem Krzysztofem na Dworzec Centralny, polować na klienta. Czyli okraść kogoś. Zwykle wypatrywali pijanego mężczyzny, w miarę porządnie ubranego; odciągali go na bok i M. powalał ofiarę jednym ciosem na ziemię. Kiedy napadnięty odzyskiwał przytomność, był bez bagażu, portfela, z pustymi kieszeniami wywróconymi na lewą stronę. (…)

Tego wieczoru brakowało im fartu. Bez łupów pojechali w stronę Powiśla.

Koło mostu Syreny zobaczyli na poboczu małego fiata, a w nim mężczyznę czytającego gazetę.

– Kiedy się zbliżaliśmy, wiedziałem, że napadnę na tego frajera – zeznał Marek M.

Zapukał w szybę, zapytał, jak się dostać do śródmieścia. Bo on nietutejszy. Jan Strzelecki wysiadł, aby dokładniej pokazać drogę. Uderzony, upadł na wznak. Kiedy się zasłaniał przed kopaniem, jęknął: – Zostawcie mnie, chłopaki.

– Zobaczyłem z daleka nadjeżdżający samochód – zeznawał podejrzany – więc przerzuciliśmy z Krzyśkiem tego dziadka przez barierkę na podnóże skarpy. On się jeszcze ruszał. Wnerwiłem się, po moim ciosie nie miał prawa. Powiedziałem do kolegi: trzeba z tym skończyć.

Marek M. grubą gałęzią bił ofiarę tak długo, aż piasek poczerwieniał od krwi. Zabrali nieprzytomnemu mężczyźnie pieniądze. Dokumenty rzucili w krzaki. Tramwajem dojechali w okolice Dworca Wileńskiego. Tam w nocnym sklepie kupili dwie ćwiartki wódki, podgardlaną i chleb. Zatrzymanemu taksówkarzowi kazali się wieźć na kwaterę do Ząbek.

5 mln dla informatora

Na konferencji prasowej rzecznik Komendy Głównej MO podaje nazwiska podejrzanych o zbrodnię. Informuje, że nagroda ministra spraw wewnętrznych – 5 mln zł – została wypłacona osobie, która zastrzegła sobie anonimowość.

W odpowiedziach na pytania dziennikarzy przejawia się ton pretensji do opinii „ulicy”. Za dużo spekulacji na temat politycznego tła przestępstwa. Rzecznik nawiązuje do audycji Radia Wolna Europa, w której użyto sformułowania, że tragiczna śmierć Jana Strzeleckiego jest wynikiem porachunków MSW z niezależnym intelektualistą. – Czy doczekamy się przeproszenia funkcjonariuszy za bezpodstawne insynuacje? – pyta.

Postępowanie przygotowawcze odbywa się nie tylko w obecności pełnomocnika wdowy, lecz często także np. w czasie wizji lokalnej, w świetle kamer telewizyjnych. Marek M., pozorując zabijanie swej ofiary, uspokaja policjanta, na którego niby zamierza się grubą gałęzią: – Niech pan się nie boi, jak nie chcę, to nie zabiję. Scenę ogląda w telewizorze Zdzisław P., ofiara innego napadu M. – chłopca o wyglądzie cherubina. Rozpoznaje go jako tego, który pewnej nocy w krzakach pod „Pekinem” zadał mu kilka ciosów nożem w brzuch. P. jest homoseksualistą, krąży po Dworcu Centralnym.

Wniosek mecenasa

Akt oskarżenia 19-letniego Marka M. i 24-letniego Krzysztofa Ch. liczy 10 tomów, materiał dotyczy nie tylko zamordowania Jana Strzeleckiego, ale i 18 rozbojów dokonanych od maja do sierpnia 1988 r. Proces toczy się w prawie pustej sali, choć zaledwie kilkanaście miesięcy upłynęło od tragedii. Dziennikarze już nie relacjonują rozpraw.

Na jednym z ostatnich posiedzeń mec. Jan Olszewski w imieniu swojej klientki wycofuje oskarżenie wobec M. i Ch., choć przyznali się do winy. Nie uzasadnia wniosku: demonstracja jest oczywista. „Tygodnik Solidarność” sugeruje, że na ławie oskarżonych nie siedzą prawdziwi sprawcy. W kręgach intelektualistów UW i PAN mówi się, że Strzelecki, zwolennik Okrągłego Stołu, potencjalny szef odradzającego się PPS, musiał zginąć, żeby zdestabilizowała się sytuacja w kraju.

Zapadają wyroki: Marek M. – 25 lat więzienia; Krzysztof Ch., u którego biegli stwierdzili ociężałość umysłową – 14 lat odosobnienia. W ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia odnosi się do pogłosek z warszawskich kawiarni, jak to określa. – W imię czego sąd wolnej Polski miałby kryć politycznych mocodawców zbrodniczego czynu? – pyta.

Nie uspokaja to wdowy, która domaga się wznowienia śledztwa. Prosi o to Rzecznika Praw Obywatelskich i w IPN. Kiedy po zapoznaniu się z aktami prokuratorzy wycofują się, Jadwiga Strzelecka mówi, że blokada jest z góry.

Jej przekonanie o mordzie politycznym męża nie znajduje też zrozumienia u interesujących się sytuacją w Polsce intelektualistów na Zachodzie. Odpowiadają jej, że Jan, człowiek ugody, nie był niebezpieczny dla wycofującej się z rządzenia komunistycznej władzy. W czyim interesie mogło leżeć zlikwidowanie socjologa nieskrajnych poglądów, popularnego także w kręgach reformatorów PZPR? (…)

Dziesięć lat później prof. Andrzej Paczkowski, członek Kolegium IPN, na prośbę Jadwigi Strzeleckiej przejrzał UB-owską teczkę Strzeleckiego. Nie znalazł tam nic, co by świadczyło, że socjolog był szczególnie inwigilowany przez tajne służby (choć go internowano w stanie wojennym). (…)

Jadwiga Strzelecka do śmierci – w 2007 r. – nie zmieniła zdania o politycznym mordzie męża. Nie była w swej opinii odosobniona. 13 grudnia 2007 r. stacja TVN 24 w audycji poświęconej wprowadzeniu stanu wojennego poinformowała, że nigdy nie została wyjaśniona tragiczna śmierć Jana Strzeleckiego.


W 2006 r. w tym samym zakładzie karnym, w którym odbywał wyrok Marek M., znalazł się Maciej Zalewski, były poseł PC i minister w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy, skazany na dwa i pół roku w sprawie spółki Art B. Tragiczna śmierć Jana Strzeleckiego bardzo poruszyła Zalewskiego, dla którego socjolog był jak guru. (…)

Marek M. miał już za sobą ponad 16 lat więzienia i podobnie jak Zalewski odbywał karę w warunkach złagodzonego rygoru. Obaj skazani mogli wychodzić na korytarz, rozmawiać. – Maglowałem go po kilka razy dziennie o to samo: czy Strzelecki w chwili napadu był pod obserwacją służb – wspomina Zalewski w swojej książce „Dwa kolory”. – M. mówił, że tamtego ranka widział przejeżdżającą milicyjną nysę, która prawie się zatrzymała, ale zaraz pojechała dalej. To słaby trop. Mnie się wydaje, że on nie był człowiekiem wynajętym.

Fragmenty książki Heleny Kowalik Peerel zza krat. Głośne sprawy sądowe z lat 1945-1989, PWN, Warszawa 2018

Fot. Anna Beata Bohdziewicz/REPORTER

Wydanie: 28/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy