Znowu zwycięstwo w przegranej wojnie

Znowu zwycięstwo w przegranej wojnie

Z sadystyczną satysfakcją sięgam po kolejne doniesienie mediów o najściślej tajnych ćwiczeniach polskiej armii Zima-20, które w swoim wirtualnym przebiegu wykazały nieistnienie polskich mocy obronnych, bezsilność polskich wojsk w powietrzu, na morzu i na lądzie. Polska armia w konfrontacji z przeciwnikiem ze Wschodu (któż to mógł tak się zamachiwać na naszą ojczyznę, która wydała papieża Polaka i najsłynniejszych żołnierzy na świecie?) miała trzymać gardę przez 22 doby, a de facto zniknęła z powierzchni ziemi po pięciu dniach, po czterech Warszawa była otoczona i po ptakach. Warto dodać, że w ćwiczeniach polska armia była wyposażona w broń, którą nie dysponuje, a o której lubi się wypowiadać zakupująca ją władza: zestawy przeciwlotnicze Patriot, wyrzutnie rakiet M142 HIMARS i wielozadaniowe samoloty F-35.

W wirtualnym przedsięwzięciu bojowym wzięła udział rekordowa liczba kilku tysięcy oficerów. I co? I nic. Autorzy Onetu donoszą: „Lotnictwo i marynarka wojenna przestały istnieć, mimo wsparcia NATO. Na wschód od Wisły polskie jednostki miały ponieść druzgocącą klęskę. Pierwszorzutowe bataliony straciły od 60 do 80% stanów”. Podobno taki przebieg tego dobrozmianowego blitzkriegu 2020 miał wzbudzić „konsternację”. Ale dlaczego? A poza tym to chyba nieprawda. Przebieg klęski obserwował minister obrony Mariusz Błaszczak i – warto to podkreślić – formalny zwierzchnik sił zbrojnych, prezydent Andrzej „Siedzę cicho od wielu miesięcy” Duda. Jaka więc konsternacja? Jest twardy, godny marszałka Rydza-Śmigłego z września 1939 r., komentarz obu fachowców. „Dowództwo wszystkich szczebli dało radę i jest to świetna rekomendacja na przyszłość. Wszystkim, którzy w tym uczestniczyli i którzy to przygotowywali, należy się bardzo wysoka ocena”, powiedział prezydent. Według szefa MON „trzeba ćwiczyć, żeby dochodzić do doskonałości”. „Było to ćwiczenie rzeczywiście niezwykle istotne, które pod względem skali nie miało sobie równych w III RP”, podkreślił Błaszczak.

Czego tu nie rozumieć? Jest wielka improwizacja, jest od lat festiwal niekompetencji na najwyższych stanowiskach w armii, są nietrafione albo nieprzeprowadzone przetargi, byli Misiewicze i Macierewicze, są Błaszczaki i Dudy – są adekwatne efekty. I duma z nich. Problemem nie jest nawet to, że tych przypadkowych ludzi na takich stanowiskach w państwie nie stać na uczciwe – wobec żołnierzy i nas, obywateli – oceny i wnioski. Taką impotencję komunikacyjno-rozpoznawczą mają wbudowaną systemowo. PiS chyba jednak swoich czipuje bez konieczności szczepienia. Każda inna reakcja na taki wymiar porażki byłaby czymś niezwykłym, ale jej nie było. Bo fabrycznie mają oni wbudowane wyparcie, kłamstwo jest naturalnym odruchem, a głupkowaty uśmiech i patriotyczne nadęcie tworzą korpus tego projektu.

Problem jest zapewne poważniejszy i powinni o nim debatować dowódcy wojskowi. Z mojej perspektywy pojawiają się inne pytania. Co tak naprawdę oznaczają te mocne wskaźniki klęskotwórcze? Czy taka armia jest Polsce do czegoś potrzebna? A nam? Może trzeba zapytać, dlaczego aż pięć dni? A kto nas w ogóle zaatakował? I dlaczego to Rosja? Po co? Nie można było wymyślić czegoś jeszcze bardziej surrealistycznego? Wyspy Owcze? Luksemburg? Korsyka? To byłoby coś. Może wtedy nie musiałoby być tak szybko i boleśnie? Może mogło być inaczej? Może Korsykanie nie doszliby w trzy dni do Wisły…

Ale biorąc sprawę poważnie, oglądamy totalny kryzys całej wizji obronności polegającej na tradycyjnie uzbrojonej i wyposażonej armii, na filozofii politycznej sojuszów wojskowych (NATO nie miało na klęskę polskich ćwiczeniowców żadnego wpływu – oprócz tego, że kilka krajów na okrągło usiłuje nam opchnąć kolejne cuda techniki), na pomyśle, że zadęciem patriotyczno-wojennym możemy zagwarantować Polsce jakieś poczucie bezpieczeństwa. Może to jest moment, żeby zapytać o inne formy takiej obrony? Może jednak nie rakiety ani F-35 (których zresztą nie mamy), tylko dyplomacja i budowanie sojuszy politycznych?

A może należy wrócić do propozycji wypowiedzenia wojny Czechom i natychmiastowego poddania się? Chociaż polscy żołnierze pogranicznicy w obronie jakiejś „polskiej” kapliczki kilka miesięcy temu wtargnęli i zagarnęli kilkaset metrów czeskiej przestrzeni, wycofali się cichaczem, bez żadnych zysków i – co cieszy – podobno bez strat.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 7/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Komentarze

  1. Wieslaw A. Zdaniewski
    Wieslaw A. Zdaniewski 16 lutego, 2021, 00:37

    Polska armia taka jak ta przedwojenna. Tylko koni mniej.
    A skąd Błaszczak czy Antoni Trotylowicz mają znać się na strategii wojennej i obronności skoro uprawiali jedynie wirtualne wojny z wydumanym przeciwnikiem i papierowe wojny z własnymi obywatelami, a nie w polu, z prawdziwym wrogiem zewnętrznym? To nie marszałek Konstanty Rokossowski, który wziął do niewoli Paulusa pod Stalingradem, wygrał pod Kurskiem gromiąc hitlerowców, nie oddając piędzi ziemi po kolejnych bitwach przy parciu na Berlin.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy