Zły tytuł

Zły tytuł

Trump zbanowany, Hitler wydany – wstrząśnięty nie jestem, ale zmieszany jak najbardziej. Redakcji krytycznej tweetów byłego prezydenta USA sobie nie wyobrażam, już wolałbym żyć w świecie bez Trumpa w polityce i Hitlera w witrynach księgarń, jednak rzeczywistość jak zwykle dostarczyła sporej dawki ambiwalencji. Człowiek nie zdążył się nacieszyć, że jednemu potworowi zamknięto gębę, zanim zdążył wywołać wojnę, a już wskrzesza się drugiego, któremu udało się spalić pół świata. Obaj stosowali wszakże tę samą zasadę, sformułowaną przez autora „Mein Kampf” – „Szerokie masy ludu łatwiej ulegają wielkiemu kłamstwu niż małemu”. Niesmak budzi nie opracowanie, bo monumentalnej roboty prof. Eugeniusza C. Króla nie sposób nie docenić, lecz sama idea wydania tej książki, a zwłaszcza fakt, że Polska wyprzedziła w tej inicjatywie niemal wszystkie narody. „Mein Kampf” od 2015 r., kiedy to land Bawarii stracił prawa autorskie – czyli de facto możliwość blokady wydania – opublikowano dotąd tylko w Niemczech i we Włoszech.

Polska jest pierwszym krajem niesprzymierzonym z Hitlerem podczas II wojny światowej, który zdecydował się na edycję. Pierwszy odruch miałem wymiotny i należy uznać to za zdrowy objaw. Potem przyszedł czas na refleksję. Grzegorz Niziołek, wybitny nasz teatrolog, przygotowując dla Teatru Powszechnego dramaturgię spektaklu opartego na fragmentach tych przeklętych wypocin, uznał, że „Głosząc idee zakazu, zmieniamy »Mein Kampf« w pierścień Nibelunga, złowrogi przedmiot magiczny niosący śmierć i spustoszenie”. Ludzkość, której sięgam wzrokiem w mediach społecznościowych, wpada w święte oburzenie, tomiszcze uznając za abiekt, piekielną plwocinę, podnosi larum i doprasza się w klasycznie dziecinny sposób „opuszczenia grona znajomych” przez wszystkich osobników oburzenia niepodzielających.

A ja jestem już wystarczająco niemłody, żeby pamiętać pierwsze polskie, niepełne i bezkrytyczne, wydanie z początku lat 90.; ba, pamiętam stolik w pokoju wujka, co to w rodzinie uchodził za łebskiego i oczytanego. Kiedy uwolniony rynek książki przetrawił tandetną sensację i erotykę, kieszonkowe Ludlumy, Mastertony i harlequiny, przyszła kolej na księgi przeklęte. Wujaszek miał więc na podorędziu zarówno tomy święte, wydobyte z samizdatu: biografię Wałęsy, encykliki Wojtyły czy nieocenzurowane felietony Kisiela, ale też „Szkołę libertynizmu” Sade’a, „Mein Kampf” czy antologię pitawali. Wszystko to na jednej kupce z Nowym Testamentem, tradycyjnym polskim table bookiem. Niedawny upadek cenzury wywindował na szczyt świętości wolność słowa i tak ludziom w głowach namieszał, że wypisy z Hitlera stały się przebojem dworcowych stoisk. Pytany, po co to czyta, wuj tłumaczył, że ma prawo poznać umysł potwora; kiedy mu radziłem, żeby w takim razie zajrzał w głąb własnego umysłu, wkurwiał się i zamykał w klauzurze milczenia.

Tamto wydanie było brzydkie; to nowe jest ekskluzywne, kusi wyglądem niczym perwersyjny fetysz, gruntownie zredagowane przypisy czynią ten szatański bełkot jeszcze obszerniejszym – a ludzie, im mniej czytają, tym bardziej lubią grube książki, to im dobrze wypełnia tło w mieszkaniach. Jeśli Adolf Hitler wyląduje na szczytach list bestsellerów, to zapewne w dużej mierze także za sprawą wydawniczej finezji; pozostaje mieć nadzieję, że będzie to najrzadziej czytana z kupowanych książek od czasów mody na „Ulissesa”. W III Rzeszy sprzedało się kilkanaście milionów tej biblii faszyzmu, autor już po dwóch latach zarobił sobie na Berghof; nie spodziewam się, by Polacy tę pozycję zbojkotowali, na szczęście faszyzm na tym już się nie wzbogaci. „Dyktatorzy kompromitują nie siebie samych, a naród, który się im poddaje” – przyszedł mi właśnie do głowy cytat z apokryfu Janusza Rudnickiego, który sfingował niegdyś list Tomasza Manna do Hitlera w sprawie „Mein Kampf”.

Czy Polacy rozpoznają w tych wściekłych wynurzeniach wszystko to, za co kochają dziś prawicowych populistów, czy może z trwogą zobaczą instrukcję mechanizmów ogłupiania mas? Ta druga możliwość stanowi niejaką polityczną groźbę dla kaczystów, bo uprawomocni argument „ad hitlerum”, którego tak się boją. Jeśli dzięki lekturze jakaś grupa przejrzy na oczy, czytając powtarzane toczka w toczkę ksenofobiczne pierdoły o wstawaniu z kolan wielkiego narodu, mogłoby to stanowić w przyszłości języczek u wyborczej wagi. Tak czy owak marketingowo rzecz jest przygotowana nieprzyzwoicie dobrze; kiedy przed kilku laty wydano także w przekładzie i opracowaniu prof. Króla dzienniki Goebbelsa, wydawnictwo chyba lękliwie podeszło do sprawy i rzecz przeszła bez echa. Skądinąd czy tłumacz miał dylemat, jak należy przekładać teksty zbrodnicze? Dobrze czy źle? Azaliż dobry przekład nie będzie zarazem złym do szpiku kości? Ma być to przekład wierny? Ale jakże to, 75 lat po wojnie być wiernym Führerowi?

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 5/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy