Życie z kalifatem w CV

Życie z kalifatem w CV

Wyparci z Iraku i Syrii europejscy bojownicy opuszczają ISIS i wracają na kontynent

Słowo weteran nie wydaje się w tym kontekście adekwatne. W końcu ludzie ci walczyli w szeregach organizacji, która elementy prawdziwej państwowości miała tylko w nazwie. W praktyce to niezwykle potężna organizacja terrorystyczna, odpowiedzialna za brutalną śmierć tysięcy cywilów i wywołanie jednego z największych współczesnych kryzysów uchodźczych. Niemniej jednak wielu z ponad 5 tys. zidentyfikowanych Europejczyków, którzy gotowi byli zginąć dla kalifatu, przez lata zachowało paszporty swoich krajów i prawa związane z posiadanym obywatelstwem.

Teraz, kiedy Mosul i Rakka, strategicznie najważniejsze twierdze islamistów na Bliskim Wschodzie, zostały odbite przez siły koalicji, a terytorium kontrolowane przez Państwo Islamskie radykalnie się skurczyło, synowie marnotrawni Starego Kontynentu zaczynają wracać do domu. Część zapewne jeszcze w drodze powrotnej zostanie przechwycona przez krajowe i europejskie służby wywiadowcze, ale będą też tacy, którym uda się spokojnie dołączyć do macierzystych społeczeństw.

To jeszcze nie fala

W sumie przez oddziały ISIS w ciągu ostatnich pięciu lat przetoczyło się ok. 40 tys. ochotników niepochodzących z terenów Bliskiego Wschodu (zgodnie z obliczeniami amerykańskiego centrum analitycznego The Soufan Center). Badaczom i służbom bezpieczeństwa udało się zidentyfikować narodowość niemal połowy z nich. Według ostrożnych szacunków pochodzili oni z ponad 90 krajów, choć „New York Times” podawał liczbę 120 państw. Oddziały kalifatu zasilało najwięcej ochotników z Rosji – doliczono się niemal 3,5 tys. terrorystów z tego kraju, spośród których prawie pół tysiąca wróciło już do ojczyzny. Kolejne miejsca w tym niechlubnym rankingu zajęły Francja (ok. 2 tys. ochotników w szeregach ISIS), Turcja (1,5 tys.), Wielka Brytania i Niemcy (nieco mniej niż 1 tys.) oraz Belgia (prawie 500 osób). Pomniejsze grupy narodowe tworzyli również Szwedzi, Duńczycy, Holendrzy, Albańczycy i Bośniacy. Znane są pojedyncze przypadki walczących w oddziałach Państwa Islamskiego Polaków, jednak według dostępnych dokumentów krajowych służb wywiadowczych i raportów organizacji pozarządowych żaden z nich nie zdecydował się na powrót do ojczyzny.

Ci, którzy wyruszyli w drogę powrotną, stanowią dla Europy niemały problem. Jak zauważa Peter Neumann, dyrektor centrum studiów nad radykalizacją na londyńskim King’s College, nie można mówić o fali powrotów islamistów. Ale liczba radykałów walczących w szeregach kalifatu sprawia, że tej kwestii nie można zignorować. Neumann podkreśla, że nawet w obliczu upadku twierdz ISIS w Syrii i Iraku nie nastąpią masowe powroty. Europejscy islamiści będą wracać raczej powoli, pojedynczo, rzadko w grupach, aby nie ułatwiać kontynentalnym służbom ich identyfikacji.

Richard Barrett, ekspert wspomnianego Soufan Center i specjalista w dziedzinie terroryzmu na Bliskim Wschodzie, dodaje, że wielu byłych bojowników będzie próbowało wmieszać się w tłum uchodźców przebywających w obozach w Libanie, Turcji czy na południu Europy. Powszechne w tych miejscach posiadanie fałszywych dokumentów i chaos organizacyjny sprzyjają zachowaniu anonimowości. I choć europejscy dżihadyści, zwłaszcza ci, którzy utrzymywali kontakt z rodziną na kontynencie lub funkcjonowali jako łącznicy z zachodnioeuropejskimi komórkami ISIS, są cały czas dość dobrze monitorowani przez służby wywiadowcze, niemożliwe wydaje się zidentyfikowanie każdego z nich.

Przyczajeni i rozczarowani

Co zatem zrobić z tymi, którym udało się wrócić? Pytanie jest ważne, bo to niemała grupa. Oficjalne dane mówią o przeszło 450 Brytyjczykach, 300 Niemcach, prawie takiej samej liczbie Francuzów i ponad 100 Belgach już obecnych na terytorium swoich krajów. Eksperci przestrzegają jednak przed traktowaniem ich jako jednorodnej grupy. Nie wszyscy bowiem wracają z tych samych powodów. Oczywiście wielu nadal wierzy w ideały ISIS i traktuje powrót jako przegrupowanie taktyczne przed kolejną ofensywą, ale są tacy, którzy osłabienie ISIS wykorzystali do uwolnienia się ze szponów organizacji, która ich rozczarowała.

Kalifat niejednego przyciągał wizją „państwa bez zasad”. Zabijanie bez konsekwencji, możliwość szybkiego i łatwego zarobku, luźna struktura, a przede wszystkim szansa walki z wrogiem, którego nienawidzą nie tylko islamiści. Wojna przeciwko „cywilizacji Zachodu” to termin bardzo pojemny, który mógł skusić ideologicznych radykałów, niejednokrotnie niemających (przynajmniej początkowo) wiele wspólnego z islamem. Można powiedzieć, że oddziały Państwa Islamskiego, tak jak prawie wszystkie pozapaństwowe struktury militarne w dziejach, miały w szeregach zarówno oddanych sprawie szaleńców, jak i zwykłych najemników.

Niezależnie od początkowych motywacji powracający do Europy islamiści stanowią teraz ogromne zagrożenie. Richard Barrett nie ma wątpliwości, że spora część nie porzuci ISIS, a jedynie zmieni charakter działalności. Jego zdaniem dla przywódców kalifatu to właśnie europejscy byli bojownicy mogą się okazać najważniejszym narzędziem utrzymywania Państwa Islamskiego przy życiu. W obliczu ogromnych strat terytorialnych na Bliskim Wschodzie, na razie nie do końca udanej ofensywy na Filipinach i wyschnięcia ważnych źródeł rekrutacyjnych w Afganistanie i Pakistanie właśnie europejskie komórki mogą być używane do przypominania światu, że ISIS wciąż istnieje i jest groźne. Peter Neumann dodaje, że utraciwszy sporo ze swojej siły w bezpośrednich starciach, kalifat może się skoncentrować na działaniach propagandowych i pojedynczych aktach terroru w Europie. Niekoniecznie muszą one być tak drastyczne jak chociażby zamach w czasie majowego koncertu Ariany Grande w Manchesterze, w wyniku którego zginęły 22 osoby. Niektórzy eksperci spekulują, że nowym celem ISIS w Europie może wcale nie być zabijanie na masową skalę, chodzić będzie raczej o działania propagandowe, takie jak radykalizacja nastrojów wobec uchodźców czy długofalowa destabilizacja sceny politycznej.

Cel: mundial

Jednak kłopoty Brytyjczyków czy Niemców z islamistami wracającymi do kraju mogą się okazać niczym w porównaniu z wyzwaniem, przed którym lada moment staną służby Federacji Rosyjskiej. Za kilka miesięcy, w czerwcu 2018 r., Rosja będzie areną piłkarskich mistrzostw świata, drugiej po letnich igrzyskach olimpijskich najczęściej odwiedzanej i oglądanej imprezy sportowej. Jednocześnie to do Rosji wróciło już najwięcej, bo przeszło 400 zidentyfikowanych żołnierzy kalifatu, a prawie drugie tyle ma się znajdować na terenach sąsiednich byłych republik. ISIS zresztą nie ukrywa, że mundial będzie celem ataków. W sieci wielokrotnie już umieszczano grafiki i przerobione komputerowo zdjęcia zakrwawionych czy torturowanych Leo Messiego, Cristiana Ronalda czy innych piłkarzy, którzy dla Państwa Islamskiego są ambasadorami zachodniej zgnilizny moralnej. Niedawno strach padł również na reprezentację Francji, której trener, Didier Deschamps, został wprost nazwany przez ISIS wrogiem islamu, co w propagandowej mowie ekstremistów tłumaczy się jako wyrok śmierci. Groźby pod adresem świata piłkarskiego nie są oczywiście niczym nowym. W czasie zamachów w Paryżu w listopadzie 2015 r. jeden z zamachowców zdetonował ładunek wybuchowy przed bramami Stade de France w czasie meczu Francja-Niemcy, wcześniej niemiecka drużyna została ewakuowana z hotelu z powodu innego alarmu bombowego. Nietrudno zatem wyobrazić sobie skalę wyzwania, przed jakim staną rosyjskie służby bezpieczeństwa, gdy w tak rozległym kraju odbywać się będą dwa, a czasem trzy mecze jednocześnie.

Wróćmy jednak do tych, którzy kalifatem się rozczarowali. Brytyjskie media donoszą, że tamtejszy wywiad obrał wobec nich strategię cichej inwigilacji, nie będą jednak ścigani za działalność terrorystyczną. Ta swoista amnestia będzie dotyczyć przede wszystkim nastolatków oraz osób, które zdecydowały się same zgłosić do władz z propozycją przekazania posiadanych informacji w zamian za niepostawienie ich w stan oskarżenia. Choć kryteria tej amnestii nie są do końca jasne ani znane, dość mocno już podzieliły brytyjską opinię publiczną. Nawet bardziej liberalna część społeczeństwa zadaje pytania, czy rozczarowani ISIS powinni otrzymywać jakiekolwiek wsparcie ze strony państwa, np. w postaci mieszkań socjalnych czy pomocy psychologicznej. Z kolei specjaliści i naukowcy powątpiewają w sukces ich ponownej socjalizacji. Zdaniem wielu ci, którzy raz się zradykalizowali, do końca życia mogą pozostać podatni na wpływy organizacji szerzących przemoc.

Wygląda na to, że ISIS jeszcze długo pozostanie stałym elementem europejskiego krajobrazu strategicznego, nawet jeśli upadną wszystkie jego twierdze.

Wydanie: 45/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy