W życiorysach pisarzy szukam pęknięć

W życiorysach pisarzy szukam pęknięć

Mam ambicje odkrywania świadków, którzy nigdy dotąd nie mówili

– rozmowa z Joanną Siedlecką

– W swoich książkach – reporterskich biografiach – zeskrobuje pani patynę z pisarzy pomników, legend już za życia. Słowem, jak słyszę, szarga świętości?
– „Szargam”, „poniewieram”, żeby poznać ich tajemnice, zagadki, prawdziwą twarz, a nie maski. W pomnikach interesują mnie wyłącznie szczeliny, rysy i pęknięcia. Cena sukcesu, wysokiego lotu zwykle jest okrutna i bardzo dobrze, bo jak powiedział Hrabal, pisarze są jak oliwki. Im więcej się ich miażdży, tym bardziej dają z siebie to, co najlepsze.
– Jakie szczeliny dostrzegła pani w biografii Zbigniewa Herberta?
– Była nią chociażby cała jego młodość, o której tak naprawdę niczego nie wiedzieliśmy, tymczasem uważam, że jest ona dla twórcy najistotniejsza – jest zaczynem, kluczem. Co więcej, mimo czasów szalonego ekshibicjonizmu Herbert był nieskory do wynurzeń osobistych, nie publikował dzienników wskazujących tropy do własnego wnętrza, zasłaniał się płaszczem ironii, postacią Pana Cogito. W nielicznych wywiadach odbijał pytania, uciekał.
Intrygowało mnie też, dlaczego, choć był ze Lwowa, nie napisał o nim żadnego wiersza, nie wymienił chyba nawet tej nazwy. Nigdy o nim nie wspominał, nie odwiedzał, uciekał od lwowiaków. Czułam, że kryje się za tym jakaś tajemnica, rana. Zaskoczyła mnie też jego – podobno – ostatnia wola, aby być pochowanym we Lwowie, na cmentarzu Łyczakowskim. Nikogo z lwowiaków już tam się nie chowa. Pod buldożery?
– I rzeczywiście odkryła pani jego lwowską tajemnicę – wbrew temu, co mówił, nie był w AK. Jak pani na to wpadła?
– Pierwszym tropem były jego wiersze, choćby ten o krótszej nodze Pana Cogito: „sromotnej pamiątce ucieczki” czy też „Modlitwa Pana Cogito-podróżnika”, w której prosił Boga o wybaczenie, że „nie walczył jak lord Byron o szczęście ludów podbitych”, tylko „oglądał wschody i zachody słońca, księżyca i muzea”. Że bywał „zbyt ostrożny w labiryntach i grotach”.
Z Londynu, ze Studium Polski Podziemnej, do którego napisałam, odpowiedziano mi, że „w swoich archiwach nie natrafili na ślad potwierdzający przynależność Zb. Herberta do AK”. Szukałam więc jego lwowskich rówieśników, ogłaszając się we lwowskich pismach, m.in. w „Semper Fidelis”. Wystarczyły dwa listy, żeby na zasadzie łańcuszka dotrzeć do świadków tamtych lat, m.in. do jego szkolnych kolegów. Żaden z nich, uczestników najróżniejszych form i barw lwowskiej, a także krakowskiej konspiracji, nie kojarzył Zbyszka Herberta. Przeciwnie, zapamiętali go jako tego, który z nimi nie był, nie walczył, bo po wypadku na nartach w marcu 1944 r., gdy cała konspiracyjna młodzież szykowała się do walki, tuż przed akcją „Burza”, Herbert wyjechał z rodzicami do Krakowa. Było więc tak, jakby Baczyński wyjechał z Warszawy przed powstaniem warszawskim.
– Dlaczego Herbertowie tak wcześnie opuścili Lwów?
– To właśnie kolejna lwowska rana poety. Jego rodzina uciekała przed wkraczającymi bolszewikami, przed NKWD, obawiając się najprawdopodobniej zsyłki do łagru. Sowieci przecież dobrze wiedzieli, kto współpracował z Niemcami. A tymczasem dwóch krewnych Herberta podpisało volkslistę – jego rodzina nie miała bowiem, jak utrzymywał, korzeni angielskich, ale austriacko-niemieckie.
– Pani dociekliwość wywołała sporo oburzenia i kontrowersji. Czy musimy znać ciemne karty życiorysów naszych wielkich?
– Jak mówi słynny Dawid Irwing, praca biografa czy historyka nie musi być lubiana; ma on przedstawiać fakty, pisać tak, jak było, a nie tak, jak byśmy sobie życzyli. Boleję, że zbyt mało u nas boyowskiej tradycji odbrązawiania, dociekania prawdy, że my „jak niewinne dziatki, nie lubimy rycyny, tylko czekoladki”. Potrzebujemy pobożnych chciejstw. Jeden z najbardziej znanych kultowych wierszy Herberta jest poświęcony jego stryjowi Edwardowi, zamordowanemu w Kozielsku. Właśnie dwaj bracia Edwarda, Ludwik i Roman, podpisali volkslistę. Ludwik za wydanie akowca został skazany przez Wojskowy Sąd Specjalny. Moim zdaniem, były to wielkie traumy, garby młodego wtedy Herberta, które uczyniły z niego poetę, zrodziły później potrzebę poetyckiej ekspiacji, odkupienia win wobec ojczyzny. Poeta nie rodzi się z sielanki, tylko właśnie z tego, co mroczne, bolesne, skrywane. Nie mogłam więc tego pominąć. Nie ma nic złego w tym, że heroizował swoją przeszłość, dopisując wątek kombatancki. Chciał być „tym lepszym”. To ludzki trop, jak powiedział Marek Nowakowski.
– Nie ukrywała też pani, że Herbert dużo pił.
– Lubił dobry alkohol, ale nie był alkoholikiem, to jedna z przyprawionych mu „gęb”. Alkoholizm wyniszcza, on natomiast wiele zrobił, napisał, żył 74 lata. Alkoholicy kończą tak jak Grochowiak, który zmarł w wieku 42 lat. W ogóle uważam, że biografa kompromituje właśnie ukrywanie, a nie „wyciąganie”. Biografię uważam za swego rodzaju medium, które wydziera sławnym umarłym ich tajemnice.
– Wyciągnęła pani na jaw kilka spraw z prywatnego życia poety. Na przykład romans z Haliną Misiołek.
– Biografia to przede wszystkim życie prywatne, tego właśnie w niej szukamy. I nic nie wyciągnęłam, tylko zgodnie z prawdą pokazałam. I to nie był romans, ale życie – wielka miłość, związek, który trwał dziesięć lat. Cieszę się, że zdążyłam jeszcze poznać panią Misiołkową, która zmarła niedawno. Była dla młodego początkującego poety darem niebios – dobra, kochająca, oddana. Co więcej, zamożna, pomagała mu materialnie. Dziesięć lat od niego starsza, matka dwóch córek, rozwiodła się dla niego. Cierpiała, gdy ją porzucił, ale cóż, była dla niego kobietą tylko sopockiego okresu. Przez całe życie milczała o ich związku, ale gdy przeszła zawał, wiedziała, że odchodzi, zdecydowała się opublikować – dla historii – listy i wiersze Herberta, erotyki, które dla niej pisywał. Skończyło się jednak procesem wytoczonym jej wydawcy przez żonę i siostrę poety. Mimo że Herbert umierał parę lat, żegnał się ze światem i nigdy nie odebrał Halinie Misiołkowej swoich listów ani wierszy, choć był z nią w stałym kontakcie. On zawsze miał poczucie, że ją skrzywdził. Czy warto więc ścigać jego przedmałżeńską twórczość? Domagając się, aby był również wzorem męża? Dlaczego właściwie w poetach, pisarzach, którzy często sami ze sobą nie potrafili sobie poradzić, widzieć jakieś wzorce, autorytety?
Choć rozumiem wdowę, to bardzo kobiece domagać się absolutnej wyłączności.
– Pokazała też pani konflikty w domu paryskiej „Kultury”, a konkretnie Herberta z Giedroyciem i Hertzową. A „Kultura” z Maisons-Laffitte to również swego rodzaju pomnik.
– Nie odbieram jej przecież zasług wydawniczych ani innych, dlaczego jednak ukrywać, że i tam toczy się po prostu życie? Herbert uważał, że Zofia Hertzowa, która rządziła finansami, za mało zapłaciła mu za wydany u nich tomik. Gdy coś mu tam dorzuciła, uznał, że znów za mało, że to „napiwek”, którego urażony w ogóle nie wziął. Wymusił umieszczenie w „Kulturze” anonsu, że daje swoje honorarium na szkołę ukraińską. I nadal toczył boje z Zofią Hertzową. Zamierzał również, choć potem się z tego wycofał, wytoczyć proces nie tylko „Kulturze”, ale wszystkim swoim wydawcom. O to, że on, niemłody już, znany w świecie poeta żyje tak skromnie. A Zofii Hertzowej, która słynęła zresztą ze skąpstwa, nigdy tego nie zapomniał i któregoś dnia, po alkoholu, po prostu ją kopnął. Lubił usadzać kobiety, pokazywać, gdzie ich miejsce. Nie był też układnym salonowcem, taktykiem, wazeliniarzem. Gdy jego drogi ideowe z Miłoszem i Michnikiem się rozeszły, też zerwał z nimi ostro, publicznie. Nieustająco wręcz sam psuł swoją karierę, no i się doigrał.
– „Pan od poezji” spotkał się też z pretensjami rodziny poety.
– I bardzo dobrze. To znaczy, że pokazałam coś, co chcieli ukryć, czego mieliśmy się nie dowiedzieć. Rozumiem, taka jest rola rodziny. Od zawsze. Syn Adama Mickiewicza, Władysław, palił przecież listy ojca. I gdyby nie Boy, do dziś nie wiedzielibyśmy o istnieniu Ksawery Deybel. Gdy widzę na pierwszej stronie biografii, że autor dziękuje rodzinie za pomoc, nie czytam – wiem, że to głównie wersja rodzinna, „pod nią”, pokazująca jedynie to, co by chciała. Oczywiście, zabiegam o rozmowy z rodziną, ale gdy odmawia, nie rozpaczam, tylko idę dalej, szukam nowych rozmówców, o których istnieniu dotąd nie wiedzieliśmy. Mam ambicję odkrywania świadków, którzy nigdy dotąd nie mówili. Wdowy zresztą na ogół odmawiają i mają prawo. Odmówiła mi nie tylko Katarzyna Herbertowa, ale i Rita Gombrowiczowa.
– Chyba już przywykła pani do ataków krytyki. Bolesny chrzest przeszła pani przecież po ukazaniu się „Czarnego ptasiora”.
– Dlaczego bolesny? Bolesne jest dla autora tylko milczenie. Rozmiary i temperatura ataków świadczyły raczej o celności mego strzału, a także wadze sprawy, której dotknęłam. Niech rozszarpują mnie na strzępy, mawiał Wańkowicz, ale niech czytają. A Stefan Kisielewski nawet płacił krytykom, żeby na niego napadali. Najważniejsi są dla mnie czytelnicy, a nie krytycy, którzy podstawiają nogę idącym.
– Czym tak zirytował „Czarny ptasior”? Nie wszyscy być może to pamiętają.
– Dotychczas „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego uchodził za jego własną biografię wojenną. Co podkreślał prywatnie i publicznie, twierdząc, że doświadczył wszystkich horrorów, jakie były udziałem powieściowego Chłopca. Pisano o tym na każdej okładce jego książki, w każdej amerykańskiej encyklopedii, choćby w „Current Biography”. Stał się symbolem Holokaustu – największych cierpień żydowskiego dziecka, Anną Frank, która przeżyła. A „Malowany ptak” dokumentem zagłady, świadectwem, lekturą obowiązkową na amerykańskich uniwersytetach.
Mój „Czarny ptasior” pokazał tymczasem miażdżąco, że „Malowany ptak” to literacka fikcja i nie jest oparty na doświadczeniach Kosińskiego, który podczas okupacji nigdzie samotnie się nie błąkał, nie był odłączony od rodziców ani nie stracił mowy w wyniku razów zadawanych mu przez okrutnych chłopów. Przeciwnie, jego rodzinę ocalili z narażeniem życia własnego i swoich dzieci skromni, prości ludzie z polskiej prowincji: Sandomierza i Dąbrowy Rzeczyckiej. Moja książka zdemistyfikowała zatem obraz, w który wierzył świat. Prawda, którą przyniosła, była szokująca i trudna do przyjęcia, została więc odtrącona łącznie ze mną – z tą, która ją przyniosła. Dawniej przynoszącym złe wieści ucinano głowy.
– Dlaczego właściwie Kosiński skonstruował sobie inny, bardziej okrutny życiorys wojenny?
– Wstrzelił się w swego rodzaju zapotrzebowanie. Był pierwszym, który w literaturze oskarżał Polaków o współudział w Holokauście. Po „Malowanym ptaku” pisano o nas jako o „pomocnikach rzeźnika”. Drugim był Styron i jego „Wybór Zofii”. Nastawił się też na wielką karierę, w ogóle był mitomanem i hochsztaplerem, w sprawach mniejszych i większych. Pisał o tym jego amerykański biograf, James P. Sloan. Kosiński nie tylko udramatyzował swój wojenny życiorys, ale sam nie tworzył własnych książek, zatrudniał tzw. murzynów. „Malowanego ptaka” nie napisał od razu – jak utrzymywał – po angielsku, jego „Wystarczy być” uznano za plagiat Nikodema Dyzmy itd. Nie ruszyłam więc św. Antoniego. Amerykańska wolna prasa od dawna już dobierała mu się do skóry, i to nie byle pisemka, ale ważny opiniotwórczy „Village Voice”. Przerzucił się wtedy na Polskę, gdzie powitano go entuzjastycznie i prostodusznie – byliśmy spragnieni pisarzy z Zachodu. Spełnił się jednak najczarniejszy sen Kosińskiego, jak pisał Sloan, przeszłość dała o sobie znać. W kolejce przed Czytelnikiem zobaczył chłopów z Dąbrowy – Edka Warchoła ze szwagrem. Przeraził się niewątpliwie, że runie w gruzach to, co jeszcze miał, mit Chłopca z „Malowanego ptaka”. W każdym razie po powrocie do Ameryki popełnił samobójstwo. Tak za kłamstwo zapłacił może swoim życiem. Stał się zakładnikiem swego mitu.
– Dlaczego zawsze na bohaterów biografii wybiera pani osoby już nieżyjące, które, jak twierdzą pani oponenci, nie mogą się bronić?
– Zasada, że o umarłych tylko dobrze albo wcale, nie dotyczy osób publicznych, inaczej mielibyśmy jedynie panegiryki i hagiografie sprzeczne z celami nauki. Osoby publiczne, pisarze, mają inny rozrachunek z czasem. Dopiero śmierć rozpoczyna dyskusje na ich temat, pozwala widzieć bilans życia i twórczości.
– We wszystkich pani książkach pojawiają się muzy twórców – żony i kochanki. Ma pani na ich temat dużą wiedzę, podejrzewam, że nie do końca ujawnioną. Jakie są kobiety towarzyszące na co dzień pisarzom?
– Mogę mówić przede wszystkim o wdowach, które zostają zwykle troskliwymi strażniczkami pamięci, halabardnicami. Biograf jest dla nich – co zrozumiałe – intruzem, utrudniają mu więc pracę najróżniejszymi sposobami. Często np. prosząc albo naciskając innych świadków, aby z nim nie rozmawiali. Bywało, że zdobyłam już czyjąś relację, a potem ta osoba z płaczem wycofała nazwisko, nie relację, tłumacząc, że musiała ulec naciskom…
Co ważne też, były na ogół nie tylko muzami, ale przede wszystkim sekretarkami, pielęgniarkami. Geniusz twórcy polega też na tym, żeby kogoś takiego właśnie znaleźć. Nieprawdopodobnie oddaną żoną była np. Jadwiga Witkiewiczowa, która błagała nawet kochankę męża, Czesławę Oknińską-Korzeniowską, by go nie porzucała, bo „Staś tego nie przeżyje”. Teresa Iredyńska nie ukrywała, że sama kupowała alkohol, zawsze miała go w domu, aby jej mąż dręczony chorobą alkoholową nie musiał iść „w miasto”.
– Po śmierci twórcy wdowa dostaje do ręki najważniejszy oręż – jego literacką spuściznę.
– Dlatego też w pewnym sensie sama niejako pisze jego biografię, pewnych rzeczy nie wydając, niszcząc, usuwając ze wspomnień o nim, kontrolując wszystkie publikacje o nim, otaczając się dworem krytyków, którzy drukują to, co im łaskawie poda. Z wielkiej zaborczości słynęła Wanda Broniewska, zwana „wdową narodową”. Z kolei Jadwiga Witkiewiczowa należała do wdów, które nie brązowią, opisała nawet swoje nieudane pożycie intymne z Witkiewiczem. Ocenzurowała je, niestety, inna samozwańcza wdowa po nim, Anna Micińska. Przez lat chyba 30 przygotowywała do druku jego listy do żony i nie przygotowała. Atakowała każdego, na czele ze mną, kto o tym przypomniał. Dziś już nie żyje, a listów jak nie było, tak nie ma.
– Czy zapraszają panią do szkół na poranki autorskie?
– Nie za często. I trudno się dziwić – nasza szkolna polonistyka jest ciągle niestety hagiograficzna, ku czci, chce mieć pisarzy wyłącznie na cokole, nie jako sploty, kłębowisko różnych wzlotów i upadków, przezwyciężania siebie. A moja książka o Herbercie jest nawet w szkołach zakazana.
– Ale nominowano ją do dwóch tegorocznych nagród literackich: Nike oraz Nagrody im. Józefa Mackiewicza. Życzę obu zwycięstw.

 

Wydanie: 39/2003

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy