Żyjemy w czasach dyktatury niemuzykalnych

Żyjemy w czasach dyktatury niemuzykalnych

Kompozytorzy ścigali się, kto napisze bardziej awangardowy utwór. Dziś mówi się, że XX wiek był największym cmentarzyskiem partytur Krzesimir Dębski – Dlaczego mając tak dobre, profesjonalne wykształcenie – dyplomy z kompozycji i dyrygentury – zaczynał pan od muzyki popowej? – Nie wiem, czy tak dobre i profesjonalne. A tak naprawdę po studiach nie wierzyłem, że mogę być poważnym kompozytorem. Niestety, tak się moje losy zawodowe potoczyły, że nikt nie chciał nic u mnie zamówić w dziedzinie muzyki poważnej. Koledzy namówili mnie, żebym z nimi grał jazz, potem, żebym pisał piosenki i muzykę do teatrów. Brałem taką robotę, jaka mi się trafiała. Nie miałem pracy, więc kiedy dostałem propozycję gry na skrzypcach w kabarecie Tey, grałem tam przez półtora roku i byłem kompozytorem oraz aranżerem w orkiestrze Górnego. Miałem zamówienia tylko z obszaru muzyki popowej. – Odpowiadało to panu? – Była to bardzo wdzięczna praca. Pisało się pioseneczkę i bywało, że za chwilę stawała się ona przebojem. Nie ma szybszego sposobu oddziaływania muzyką na masy ludzi. I nic łatwiejszego: pięć, dziesięć minut pisania i już jest piosenka. – Łatwizna pana pociąga? – Przez wiele lat byłem na nią niejako skazany. Zamówień z terenu muzyki poważnej w ogóle nie miałem, zresztą były to czasy awangardy w muzyce współczesnej, właściwie przymusu awangardy. Kompozytorzy ścigali się, kto napisze bardziej awangardowy utwór. Ja też pisałem w tym duchu w czasie studiów i po studiach, ale czułem, że jestem nieszczery. Dziś mówi się, że XX w. to było największe cmentarzysko partytur. – Uważa się pan jeszcze za kompozytora awangardowego? – Kiedyś pisałem utwory awangardowe, bo taka była moda. Ale zraziłem się do awangardy, gdy byłem aktywny na tym polu jako skrzypek. Zauważyłem, że zbyt łatwo być awangardzistą. Raczej jestem konserwatywnym kompozytorem. – W świadomości ludzi jest pan autorem muzyki filmowej i piosenek. – Wiem, chociaż od wielu lat 90% czasu spędzam, pisząc muzykę poważną. Żyję w bardzo schizofrenicznej sytuacji – piszę muzykę poważną, której słucha garstka ludzi w Polsce, kilkaset osób. Nakład pracy jest nieporównywalny – napisanie jednej symfonii wymaga więcej wysiłku i czasu niż napisanie 10 tys. piosenek. Ale dla odbiorców w ogóle nie jest ważne, bo muzyką poważną większość się nie interesuje. Moi dawni koledzy ze świata jazzowego pukają się w głowę, że miałem ugruntowaną pozycję, a mimo to rzuciłem jazz, piosenek też już nie piszę, tylko „jakieś tam symfonie”. „To ktoś jeszcze chodzi do tych filharmonii?”, pytają niektórzy, niby kulturalni. – Mnie właśnie dziwi co innego. Ma pan mocną pozycję, jest pan bardzo dobrze sytuowany – po co pan się bawi w trzeciorzędne seriale i filmy? Nie lepiej pisać tylko muzykę poważną? – Seriale i filmy to dzieło zbiorowe. Zważywszy, że muzykę pisze się często wcześniej jeszcze przed zdjęciami, nie sposób przewidzieć, jaki będzie poziom całości. A z pisania tylko muzyki poważnej nie da się wyżyć. To się udaje tylko kilku osobom w naszym kraju. Muszę pisać muzykę komercyjną, bo mimo że dość często moje poważne utwory grane są w kraju i za granicą, trudno by żyć na odpowiednim poziomie. – Filmy, do których napisał pan muzykę, są często powtarzane, więc dostaje pan od nich tantiemy. Ma pan też udział w superprodukcjach, które miały wysoką frekwencję w kinach. – Może z zewnątrz wygląda to różowo, ale różowo nie jest. Po pierwsze, w kraju mamy piractwo, po drugie nieuregulowane prawa autorskie, nagminnie ignorowane. Z tantiemami jest krucho. A mity o zarobkach artystów bardzo mijają się z rzeczywistością. Zwłaszcza w muzyce poważnej. – Jak to? Zagraniczni muzycy dostają za jeden wieczór po kilka czy kilkanaście tysięcy dolarów. – To taka polska osobliwość. Często zagraniczni artyści, których spotykam, mówią mi: „Jak to jest, że u was dostałem trzy razy więcej niż normalnie biorę? A ponoć Polska to biedny kraj”. To wina chorej, zaściankowej mentalności naszego kraju: namawia się artystów na przyjazd na dwa, trzy miesiące przed planowanym występem – a nie tak jak na Zachodzie z kilkuletnim wyprzedzeniem – i kusi wysoką gażą. Na dodatek nasi menedżerowie licytują się, kto więcej da artyście, bo konkurują.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 04/2004, 2004

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska