Archiwum

Powrót na stronę główną
Kraj

Papała zginął, bo… zginął

Mroczny sekret śmierci szefa polskiej policji ma tonąć w mroku

Komuś z pewnością zależało na tym, by okoliczności zabójstwa Marka Papały, komendanta głównego policji, pozostały niewyjaśnione. Jednak po ostatnich wydarzeniach należy sobie postawić pytanie, czy przypadkiem ktoś nawet dzisiaj nie dba o to, by nic nowego nie udało się ustalić.

Sprawa śmierci gen. Papały to największa klęska policji i prokuratury. Szef polskiej policji został zastrzelony na warszawskim Mokotowie, na chodniku przed blokiem, w którym mieszkał. Nie wiadomo, kto go zabił ani dlaczego. I to mimo że do wyjaśnienia tej sprawy powołano specjalną grupę śledczych. Wszystkie materiały spraw – dotyczących gen. Papały, „Pershinga” i Ryszarda Boguckiego – to ok. 1,5 tys. tomów akt (tak twierdzi mec. Paweł Matyja, który reprezentuje Boguckiego).

Czy akta zawierają odpowiedź?

Co w tych aktach jest? Być może znajduje się tam odpowiedź na to najważniejsze pytanie: kto i dlaczego oddał strzał do komendanta głównego policji? Może odpowiedzi tej nie ma, ale są tropy, które do niej prowadzą. Śmiem twierdzić, że są dowody, iż tego ogromnego materiału nigdy tak naprawdę rzetelnie nie przeanalizowano. Nigdy go dogłębnie nie zbadano, koncentrując się co najwyżej na jego fragmentach.

Dziś premierem jest Donald Tusk, a ministrem spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński. Do nich więc kieruję apel o zbadanie, dlaczego Komenda Główna Policji nie wydała tych akt Sądowi Najwyższemu, gdy ten ich zażądał. A zażądał, by ponownie zbadać prawidłowość śledztwa dotyczącego innej głośnej zbrodni końca lat 90. XX w. Chodziło o zabójstwo najsłynniejszego ówczesnego gangstera, Andrzeja Kolikowskiego „Pershinga”, herszta mafii pruszkowskiej.

Taka odmowa to sprawa absolutnie niesłychana. Nie powinna w ogóle mieć miejsca. Sąd Najwyższy chce zobaczyć akta, więc Komenda Główna Policji powinna je przekazać. A jednak tego nie zrobiła, choć wnioskował o nie najważniejszy przecież trybunał w Polsce. Dodać należy, że sędziowie nie działali w ciemno. Doskonale wiedzieli, czego zamierzają w tym morzu akt poszukać. Chodziło im o dokumenty, które przeczą oficjalnym ustaleniom.

Śmierć Papały a śmierć „Pershinga”

Sprawy tych dwóch zabójstw są ze sobą związane. Co prawda, generał został zabity w Warszawie, „Pershinga” zastrzelono zaś w Zakopanem, ale zdaniem prokuratury za obydwoma tymi zabójstwami stać miała jedna i ta sama osoba. Ryszard Bogucki przez lata był przedstawiany (mylnie) jako cyngiel mafii. Przypisywano mu nie tylko te dwie zbrodnie, lecz również zabójstwa innych słynnych w świecie przestępczym person: „Simona” i „Nikosia”, chociaż w tamtych sprawach nawet nie postawiono mu zarzutów.

Marek Papała zginął 25 czerwca 1998 r. ok. godz. 22 na ulicy Rzymowskiego w Warszawie. Właśnie przestał być komendantem głównym i przygotowywał się do objęcia funkcji oficera łącznikowego polskiej policji w Brukseli. Wszystko wskazuje, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Więcej światła!

Minęło około trzynastu miliardów i ośmiuset milionów lat od Wielkiego Wybuchu; mniej więcej dwa i pół miliona lat, od kiedy afrykańskie małpoludy odkryły, że można ćwiartować mięso ostrymi kamieniami, co nauka uznała za zręczność praczłowieczą; czterdzieści tysięcy lat temu ludzie zaczęli bazgrać na ścianach jaskiń podobizny zwierząt, co się uznaje za początek sztuki; jakieś dwanaście tysięcy lat temu ludzkość z koczujących drapieżników przeobraziła się w osiadłych rolników; około pięciu i pół tysiąca lat temu Sumerowie wymyślili pismo klinowe, co ma niejaki związek z faktem, że tu i teraz mogę stawiać znaczki, a Państwo je bez kłopotu i – mam nadzieję – z pożytkiem umysłowym odczytują kilka dni później, kiedy znajdą się w druku, wynalezionym wszakże niespełna sześćset lat temu. Przychodzą mi do głowy setki innych wydarzeń obiektywnie ważniejszych od tego, że przed dwoma tysiącami lat z hakiem być może faktycznie urodził się w Palestynie w rodzinie żydowskiej człowiek, który chciał dobrze. Wyszło, jak wyszło. Żyjemy podporządkowani kalendarzowi gregoriańskiemu, odkąd 4 października 1582 r. papież uznał, że nazajutrz będzie już 15 października (cwaniak, może mu cyganicha wywróżyła, że zemrze między piątym a czternastym).

Nowy Rok witamy, wedle mojego mniemania, o dziesięć dni za późno – na naszej półkuli logicznie byłoby wszak świętować przesilenie zimowe, po którym wreszcie dni przestają się kurczyć; wygłaszając życzenia noworoczne, moglibyśmy cytować Goethego z łoża śmierci: „Mehr Licht!”. W rzeczy samej ja tam własny mam cykl świętowań i święceń – w tym roku

21 grudnia o godz. 16.03 wzniosę toast przesileniowy, do kościoła zaś dla czystej hecy pójdę tradycyjnie dopiero 27 grudnia, na świętego Jana Apostoła, żeby mi ksiądz pokropił wina.

Niegdyś piłem ich sporo, czy raczej degustowałem w roznamiętnieniu, nierzadko pospołu z bracią „Magazynu Wino”, dla którego nawet pisywałem felietony. Wszystko to przez Marka Bieńczyka i jego genialne „Kroniki wina”, to Bieńczyk był winowajcą mojego rozpicia, albowiem wszystko, co spod jego pióra wyszło, traktowałem z czcią nabożną. Tak, to wina Bieńczyka, że wina mi uszczuplały konto, kiedy jeszcze żyłem w niefrasobliwym poczuciu dozgonnej sławy i bogactwa. Tym się jednak od Marka różniłem, że jestem niecierpliwy i łapczywy, przeto moja piwniczka była na bieżąco ogołacana, jego zaś kolekcja trwała nad miarę, wina najpierw dojrzewały,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Wgryźć się obiektywem

Największe wyzwanie to „ładne zdjęcie bigosu” – mówi Marcin Kaźmieruk, mistrz fotografii kulinarnej

Zanim mistrz fotografii kulinarnej zrobi zdjęcie, wybiera się do danego miejsca, żeby je zobaczyć, poczuć klimat, jaki tam panuje. I przyjrzeć się potrawom. Ważne dla niego jest także to, jak ludzie tam pracują. Wreszcie najważniejsze – trzeba poznać szefa kuchni i porozmawiać z nim.

– Staram się zrobić obszerny wywiad, zanim w ogóle przystąpimy z zespołem do pracy. Rozmowę postrzegam jako wielką inspirację. Bardzo cenię i szanuję szefów kuchni, mają ogromną wiedzę i nie trzymają jej dla siebie. Często są charyzmatyczni, dużo opowiadają, pokazują, jak robią swoje dzieła. Potrawa nabiera powagi i później, patrząc na nią, wiem, z jakim sercem została wykonana, bo kucharze naprawdę się angażują. Zależy mi, żeby ludzie, którzy oglądają te zdjęcia, też byli świadomi, jak przebiega cały proces. Nie jest tak, że „wjeżdżam” do restauracji, lampę sobie postawię, zrobię zdjęcie i do widzenia – mówi Marcin Kaźmieruk, zwycięzca Międzynarodowego Konkursu Fotografii Kulinarnej Foodelia Awards 2025, całorocznych zmagań autorów fotografii kulinarnej. O wyróżnienie walczyli fotografowie z 80 krajów świata.

Ten konkurs to setki godzin logistycznej i kreatywnej pracy z dziesiątkami restauracji i tysiącami potraw. – Foodelia, konkurs organizowany od 2016 r., daje szansę na rozwój kreatywności, a praca, którą w niego włożyliśmy, to nasza samorealizacja. I to jest ważne, bardziej niż pierwsze, drugie czy trzecie miejsce. Świetnie, że istnieje takie wyróżnienie, że mogłem nawiązać zdrową rywalizację z innymi, bo poznawanie kreatywnych ludzi, rozmawianie z nimi i udział w nowych projektach rozwija – uśmiecha się Marcin, fotograf od zawsze, od aparatu Zenith i starego telefonicznego Ericssona z lampą błyskową (!) na studiach, poza tym anglista, dziennikarz i były nauczyciel. Jeleniogórzanin.

Praca fotografa kulinarnego – poważnie traktowana – wspiera się scenariuszami, pisaniem scen, burzą mózgów.

– I tak ludzie powiedzą, że to Photoshop, a nie są świadomi, że to bardzo długi proces, piękny i fascynujący – podkreśla Marcin.

Często już na etapie pierwszego spotkania widzi inspiracje do zdjęcia, bo miejsce, jeżeli zostało stworzone przez restauratorów czy przez szefa kuchni, ma indywidualne smaczki, które są bardzo ważne.

– Staram się je przemycić, żeby to zdjęcie było sygnowane ich klimatem, ich jakością i pomysłem. Żeby było niepowtarzalne. Bo przecież to samo zdjęcie mogę zrobić w wielu różnych restauracjach, ale wtedy to będzie zdjęcie dla każdego. Na tej indywidualności staramy się za każdym razem budować klimat i cały plan zdjęciowy czy koncepcję późniejszej komunikacji poprzez media społecznościowe. Do tego można dopasować aspekty techniczne, które też podkreślą unikatowość danego miejsca. Niekiedy już sam stolik czy talerz są wyjątkowe.

Okazuje się, że nie trzeba wiele – „tylko” zobaczyć to jako kompozycję. – Jeżeli wejdziemy np. do meksykańskiej restauracji, można się spodziewać klimatu Mariachi. Jeżeli będą mieli na ścianie gitarę, czemu nie zrobić zdjęcia potrawie na strunach?

Blade mięso, które przestaje wyglądać

– Największym wyzwaniem jest zwykle „ładne zdjęcie bigosu”. W jaki sposób to ubrać, żeby mimo wszystko było apetyczne? Przecież na początku jemy oczami, musimy zobaczyć, co sprawia, że chce mi się to zjeść. Ta sama potrawa może wyglądać zupełnie inaczej. Dobrzy kucharze, którzy wiedzą, że na rynku trzeba się utrzymać i te potrawy nie mogą być byle jakie, potrafią każde danie ładnie zaprezentować. Taka zwykła łyżka ziemniaków np. z oliwą truflową to już jest coś. Jeden z szefów kuchni włoskiej jest mistrzem makaronów. Gdy patrzę, jak on je robi,

b.dzon@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 01/2026

Przychodzi CBA do Rydzyka

Po wygranych w 2015 r. wyborach pisowcy zachowywali się tak, jakby Polska była ich łupem wojennym, a oni – okupantem. Jak hordy Hunów zaczęli grabić kraj i gnoić ludzi, którzy im to grabienie usiłowali utrudniać. Grabili bez opamiętania, jakby mieli pewność, że nikt ich nie rozliczy ze złodziejstwa, łajdactwa i bandyterki. Fałszowali kolejne wybory, kupili albo wzięli pod but media, wymiar sprawiedliwości. Na szczęście pojawili się ludzie, którzy głośno mówili o tym, jacy bandyci nami rządzą. A gdyby nie Tusk, nadal by rządzili, nadal okradali i niszczyli ludzi. Dziś mamy moralny obowiązek rozliczyć ich ze złodziejstwa i bandyterki. PiS to zwyczajni polityczni szulerzy, którzy bez asa w rękawie, za którego na Dzikim Zachodzie dostawało się kulkę w łeb, nie są w stanie niczego wygrać, bo oni, zamiast nabywać zdolności, kupowali wspólników ich szulerstwa, zastraszali i niewolili. W 2023 r., dzięki ludziom dobrej woli, stworzony został ruch, który patrzył szulerom na ręce, dlatego nie byli w stanie oszukać. Niestety, po wyborach z 2023 r. uznaliśmy, że szuler stracił atuty, ale on znowu opuścił rękawy, w które naupychał asów (…). Rzecz w tym, że nie wszyscy oszukani chcą się przekonać, że nie przegrali, ale zostali oszukani.
Janio Janio

Są wśród nas ludzie słabi psychicznie, potrzebujący przynależności do różnych grup. Tam odnajdują się we własnym środowisku, nie czują odrzucenia, mogą liczyć na siebie nawzajem. Niestety, członkowie grupy po okresie niańczenia akceptują poddaństwo wobec samozwańczego guru, zamieniając ją w sektę. Najsmutniejsze jest to, że w tworzonej oazie umiera czujność na zagrożenia. W ten sposób guru wykorzystuje naiwność towarzystwa wzajemnej adoracji i jak nowotwór niezauważalnie pożera wolność oraz majątki ludzi, którzy bali się czegoś w świecie zewnętrznym, lecz gdy spotykają to wszystko wewnątrz sekty, są już zbyt zaślepieni, żeby to zauważyć. Gdy mówimy im o niebezpieczeństwach przynależności do grup destrukcyjnych, oni odbierają to jako atak i czasami warto zostawić ich w spokoju, gdyż przebudzenie ofiar sekt często kończy się samobójstwami.
Rafał Vangelius

Sygut i zespół rekonstrukcyjny

Zlikwidować koniecznie TVP i tę mnogość ośrodków. Stworzyć TVP Archiwum – jeden kanał, który pokazuje dorobek kina PRL, lepsze, niegłupkowate seriale polskie i współczesne polskie kino. Plus Teatr Telewizji. A w Polskim Radiu zlikwidować Jedynkę – kompletnie zbędną i nudną stacje. Zostają Dwójka i Trójka oraz radia regionalne. Starczy tego Bizancjum z uzbrojonymi strażnikami TVP i PR ze zwyczajami z czasów Stalina.
Marcin Budzyński

Aferzyści prezydenta RP

Cała ta ustawa o kryptowalutach to zwyczajna propaganda. Realnym działaniem byłoby przyjrzenie się np. emitentom reklam „inwestycji w KGHM popartych przez Dudę” czy bankom, w których mechanizmy przeciwdziałania praniu pieniędzy dziwnie zawodzą, gdy emeryt wykonuje transakcje poza wszelkim wzorcem (…). Ponadto operatorom telekomunikacyjnym, którzy tolerują tony kart SIM „na słupa” wykorzystywanych do oszustw. Czyli nudnej, realnej gospodarce, bez której kryptowaluty byłyby tylko sposobem na palenie prądu. A o ustawie mówi rząd, który nawet Amber Gold nie ogarnął.
Piotr M. Dudała

Kogo się bać?

Nareszcie znalazł się odważny, który zauważył w Polsce, a właściwie w rządzących nią, zagrożenie dla kraju. Red. Roman Kurkiewicz w felietonie „To Polska zagraża Polsce” (nr 50/2025) wymienił tylko nieliczne przykłady pozbawiania obywateli bezpieczeństwa. Autor wykazał się dużą odwagą – nie podąża za wszechogarniającą propagandą zagrożenia i tworzeniem prowojennego nastawienia społeczeństwa, narażając się na potępienie i odrzucenie. Oby znalazła się rzesza wspierających go we wskazywaniu prawdziwych zagrożeń zgotowanych nam przez prominentnych polityków, biznesmenów, dziennikarzy i innych bogatych. Oni doskonale wiedzą, co potwierdziła sytuacja w Ukrainie, że na wojnie oni tylko mogą zyskać (np. złote muszle klozetowe), a od wszelkich zagrożeń natychmiast uciekną w odległe, bezpieczne rejony świata, jak w Polsce w 1939 r. i teraz w Ukrainie.

Wyrażone w tym felietonie stanowisko właściwie odpowiada na pytanie z przedostatniego zdania artykułu Marka Czarkowskiego: „Czy taka była wizja Polski, o którą walczono w 1989 r.?” („Jak to się stało?”, nr 50/2025). Oczywistą odpowiedzią jest „tak”, ale propagandowo starannie ją ukrywano, mamiąc robotników walką z ich ówczesnymi „gnębicielami” o lepszy byt. Zastosowane narzędzia marketingowe były niezwykle skuteczne.

Gdy kierować się biblijną wskazówką „Po owocach ich poznacie”, wszystkie działania kolejnych rządów potwierdzają jednolity kierunek i konsekwentną realizację wytyczonego celu. Od pierwszych dni umacniano polską przewagę konkurencyjną w postaci taniej, wykwalifikowanej siły roboczej. A więc zbędne były nowoczesne przedsiębiorstwa, które szybko zbyto i zlikwidowano, niepotrzebne stały się nakłady na naukę, poza kształceniem pracowników o wysokich kwalifikacjach, zbędne wszelkie usługi publiczne, na których „inwestorzy” nie mogliby zarabiać. Potrzebną akumulację kapitału umożliwiono poprzez przejmowanie wspólnego (państwowego) majątku przez pojedyncze osoby, zazwyczaj w niezbyt jasnych okolicznościach, lub przez podmioty zagraniczne zapewniające wysokie prowizje krajowym pośrednikom. Konsekwentnie niszczono wszelkie wspólne formy działania, których nie można było łatwo zmonetyzować, przykład stanowi likwidacja spółdzielni.

Osiągnięto sukces: doprowadzono do zmniejszenia liczby mieszkańców (w tym eliminując bezpieczeństwo założenia i utrzymania rodziny oraz utrudniając dostęp do świadczeń zdrowotnych), w znacznej części zmuszono ludzi do korzystania z prywatnych usług zdrowotnych, ograniczając dostęp do świadczeń z ubezpieczenia, wpędzono w biedę miliony obywateli, w tym doprowadzając do ich wykluczenia komunikacyjnego. Za to mamy nielicznych bogaczy i chyba największe rozwarstwienie majątkowe w Europie.

Cały ciąg działań rządzących nie mógł być spontaniczny.

To musiała być konsekwentna realizacja wizji maksymalnego wykorzystania zasobów i ludzi. Czy warto tu żyć? Najbogatsze 10% pewnie powie „tak”, biedni zapewne „nie”, lecz oni nie mają wyjścia.
Andrzej Tomasik

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Warszawska elegia

Czarna jesień przy Łazienkowskiej

Dla fanatyków z Łazienkowskiej święty jest rok 1916, tę datę wyszywają sobie na szalach, flagach, grawerują na obrączkach i umieszczają na setkach gadżetów – to wtedy w kancelarii kompanii sztabowej Komendy Legionów Polskich na Wołyniu doszło do założenia klubu piłkarskiego, który uważa się za protoplastę dzisiejszej Legii. Jest jednak także data, której prawdziwy legionista nie wypowie, rok tabu, wymazany z annałów, wstydliwy i ponury, kiedy Legia spadła z ligi i przed wojną już do niej nie wróciła.

1936 – historyczna zmora kibiców, którzy woleliby wspominać tylko powojenne dzieje pełne sukcesów.

Od 1948 r. Wojskowi nieprzerwanie grają w Ekstraklasie, co więcej, w najgorszych sezonach kończyli rozgrywki na 10. miejscu, jak przed czterema laty, gdy jesienią zdarzyło im się nawet spaść na dno tabeli. Realnego zagrożenia degradacją zaznali bodaj tylko raz, w 1992 r., wtedy też po raz ostatni przezimowali w strefie spadkowej, przy czym po rundzie jesiennej sezonu 1991/1992 Legia zajmowała miejsce 15., czyli czwarte od końca (wtedy spadały cztery ekipy).

Tak nisko jak tej jesieni nie upadła jeszcze nigdy. Nie spędzi zimy na dnie tylko dlatego, że ma lepszą różnicę bramek od ostatniej Niecieczy, ale w regulaminie na koniec rozgrywek będzie się liczył bilans starć bezpośrednich, a że z Termalicą Legia u siebie przegrała, obecnie jest de facto najgorszą drużyną Ekstraklasy. W grudniu pod wodzą tymczasowego trenera Astiza pobiła niechlubny rekord, rozgrywając najgorszą w historii serię 11 meczów bez zwycięstwa. Pożegnalny mecz w Lidze Konferencji piłkarze zagrali przy pustawych trybunach – na stadion przybyło niespełna 10 tys. widzów, co jest najsłabszą frekwencją od trzech lat. Kibice wiedzieli, że żadnych atrakcji nie będzie – do niedawna jeszcze przybywali na Ł3, aby przekonać się na własne oczy, jak gra najsłabsza drużyna w dziejach klubu i czy faktycznie tak źle, jak o niej powiadają. Okazywało się, że gra jeszcze gorzej, z każdym meczem gorzej, tak tragicznie źle, że stała się kultową ekipą łamag, jakimś anty-Galácticos, piłkarską wersją Eddiego Edwardsa, który przeszedł do legendy jako najgorszy skoczek wszech czasów.

Dopiero kiedy ta niefortunna seria niewydarzeń posłuży Legionistom jako lekcja pokory, będą mogli z grajdołka się wydostać. Tylko że z Łazienkowskiej tak samo daleko do pokory jak do podium. Przed meczem z mistrzami Gibraltaru kibice mieli nadzieję, że kabaret się skończy, bo rywal jest na tyle kiepski, że da się go pokonać i w tak fatalnym kryzysie. Owszem, Legia w końcu wygrała, ale był to mecz o pietruszkę, bo nawet nie o honor – z całym szacunkiem dla rywali, którzy na swojej sztucznej murawie obili pod skałą gibraltarską Lecha Poznań, na wyjazdach to oni nie istnieją. To był przeciwnik na poziomie drugoligowym, coś w klimacie Podhala Nowy Targ czy Świtu Skolwin – z takimi drużynami gra się sparingi po intensywnym zgrupowaniu, ale nie są to ekipy do zmazania plamy na wizerunku, zwłaszcza że tak poplamiona Legia nie była chyba jeszcze nigdy. Dla kiboli ten mecz był wyłącznie okazją do zademonstrowania niechęci wobec właściciela klubu.

W odpowiedzi na te naciski Dariusz Mioduski przy okazji oficjalnej prezentacji nowego trenera, wyczekiwanego przez wszystkich w stolicy Marka Papszuna, ogłosił zmiany w zarządzie. „Całościowe zarządzanie klubem” powierzył Marcinowi Herze, który dotąd pełnił funkcję wiceprezesa – to jest oczywiście tylko pozorne oddanie władzy, kibice tego nie kupią, jeśli Papszun na wiosnę nie dokona cudów. A przejmie drużynę zrujnowaną, morale graczy ofensywnych skurczyło się do rozmiarów Gregora Samsy po przemianie.

Trudno się dziwić, skoro z półamatorskim Lincoln Red Imps Antonio Čolak, ściągnięty latem ze Spezii, strzelił pierwszego gola od… 13 miesięcy (nie, nie był kontuzjowany, w 30 meczach z rzędu nie potrafił zdobyć bramki!), a Mileta Rajović ponownie obsłużony co do centymetra przez młodego Jakuba Żewłakowa wreszcie trafił głową obok bramkarza – kupiony za

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Amerykański prorok

Przed ponad stu laty żył człowiek, który przewidział to, co dziś mają Amerykanie. I, niestety, cały świat. Henry Louis Mencken, sławny niegdyś amerykański dziennikarz, napisał w „Baltimore Evening Sun” w 1920 r.: „W miarę jak demokracja jest udoskonalana, urząd prezydenta reprezentuje w coraz bliższym stopniu głębszą duszę społeczeństwa. Pewnego wielkiego i wspaniałego dnia prości ludzie tego kraju wreszcie osiągną życzenie swoich serc i w Białym Domu zamieszka absolutny głupek i kompletnie narcystyczny kretyn”. Nazwiska nie musiał podawać.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Miazga. Polska według Wojciecha Smarzowskiego

Polska to drzazgi, wióry i odpady sprasowane na twardą płytę. To paździerz. Takie przekonanie podtrzymuje każdym kolejnym filmem reżyser Wojciech Smarzowski (rocznik 1963). I w każdym przedkłada dowody na to. Mówi się, że jest narodowym sumieniem. Już, już wydaje się, że ten, że następny film oglądany przez miliony wreszcie poruszy społeczeństwo. A tu – nic. Paździerz jest odporny.

Smarzowski nie stosuje podziału na prostego człowieka i warszawską elitę. Umoczony jest każdy – na własną miarę. Przez ekran biegnie parada odrażających typów – tu nikomu nie da się współczuć. Ot, biznesmen, taki, który już zarobił, ale zdradza większe ambicje. Na razie, zadłużony po uszy, wchodzi w kolejne inwestycje, rozdymając mydlaną bańkę, którą jest cały jego interes. W lokalnej hodowli świń zatrudnia Ukraińców, oczywiście za mniejsze pieniądze niż te, które trzeba by zapłacić Polakom. Ci wyzywają go ostatnimi słowy, bo nie mają pracy, a już na pewno godziwej płacy. A gdy Ukraińcy się buntują, bo nie dostają wypłaty na czas – co tam, zatrudni się Pakistańczyków, którzy będą harować za grosze.

No ale najważniejsze, by stroszyć piórka. Lokalny krezus, ojciec panny młodej, już przed kościołem odczuwa nieprzeparty przymus chwalenia się bogactwem, świeci nim w oczy, wymusza zazdrość sąsiadów. Choć sam najlepiej wie, że całe to bogactwo stoi na kredycie i przekręcie. Ale tej chwili satysfakcji nie umie sobie odmówić. A i tak plotkują, że interes mu nie idzie. Że nawet kiełbasę na wesele kupił taniej, bo woniała i była już zielonkawa. Jeszcze nie wiedzą, że gorszy okaże się bigos – weselnicy doznają skutkiem spożycia gromadnego rozwolnienia. Aż szambo wybije. Poza tym rewers tych przechwałek jest taki, że wszyscy szarpią go o pieniądze. Należne, lecz niewypłacone. Albo bezczelnie żądają łapówki. Ciągnie od niego nawet własna żona. Skoro taki bogaty, to można uszczknąć. Rządzi zasada: tu chapnąć, tam oszukać.

Jesteśmy na weselu. Pan młody interesuje się samochodem, który dostaje w prezencie ślubnym, a nie panną młodą. O nowym wozie potrafi powiedzieć wszystko – panna młoda jest mu obojętna. Ostatecznie teść wcisnął mu córkę w ciąży za ten wóz. Taki teść potrafi wykombinować całą piramidę kłamstw i oszustw, że nawet sam zaczyna się gubić. To go bynajmniej nie zniechęca. Po prostu w przekrętach czuje się jak ryba w wodzie. Zresztą wszyscy wokół niego to zgraja przekrętasów. Wygra ten, kto szybciej i sprytniej oszuka innego oszusta. Tymczasem to auto dla zięcia okazuje się ukradzione w Hamburgu. I właściciel lokalnej szklarni przegrał, bo kombinator od samochodu był z wyższej ligi, działał na skalę międzynarodową. A on jest sprytny na miarę Podkarpacia.

To na dole, bo co wyżej – słychać w tle: z radia, z telewizji. Afery korupcyjne wybuchają a to w futbolu, a to przy produkcji oleju opałowego. A weźmy taką projektowaną trasę autostrady. Warto wcześniej wiedzieć, którędy będzie ona biegła i gdzie w trakcie wykupu ziemia będzie najdroższa. Policja, CBA? Samochody kupowane przez policję także są z ustawionego przetargu. Ci, którzy nie doją publicznych pieniędzy, albo nie mają dojść, albo to frajerzy i nieudacznicy. Ostatecznie nawet dzieciaki w turnieju podwórkowej piłki nożnej próbują przekupić przeciwnika.

Łapówka miewa i bardziej wyrafinowane formy. Ordynator szpitala za przymknięcie oka na wykroczenia drogowe odwdzięczy się stworzeniem rzekomemu pacjentowi całej historii choroby. A gdyby znaleźli się niewygodni świadkowie takiego czy innego przewału, to nie pożyją długo – stawka jest zbyt wysoka.

Tradycja jest tu długa i bogata. Ot, bieszczadzki PGR – toż to jedna wielka malwersacja. Przekręcają albo cukier, albo talony na traktory. Wiadomo, co państwowe, to jest do wyszarpnięcia. Tylko trzeba szarpać umiejętnie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Zbawienny wpływ nudy

Badania pokazują, że bez chwil nudy będziemy głupsi. Ludzkość na tym traci, zyskują właściciele big techów

Nudę wiążemy z czymś nieprzyjemnym. Szczególnie kulturowo jest to stan postrzegany jako coś niepożądanego, a niekiedy nawet wstydliwego. Badania pokazują jednak, że nuda odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu mózgu. Ta chwila bezczynności daje nam więcej, niżbyśmy mogli się spodziewać – to stan, który wspiera kreatywność, samoświadomość i równowagę emocjonalną.

Nudzić się każdy może

Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, czym jest nuda. To pojęcie wymyka się precyzyjnej naukowej definicji, która określałaby ramy tego zjawiska. Francuski poeta Paul Valéry pisał: „L’ennui n’a pas de figure” – nuda nie posiada oblicza. Z drugiej strony wszyscy znamy ten stan z praktyki. Czujemy, że nie mamy nic do zrobienia i zaczynamy się rozglądać za jakąkolwiek czynnością, która nas pobudzi. Przy czym nuda niekoniecznie dopada nas w stanie kompletnej bezczynności.

Można więc ten cytat interpretować tak, że nuda jest stworzeniem zmiennokształtnym. Wszak czasem chodzi o firmowe zebranie, które w naszym odczuciu nie prowadzi do żadnych konkluzji i zaczyna się nam niemiłosiernie dłużyć. Równie dobrze nudę może wywoływać film, który nam się nie podoba, a każda jego minuta angażuje nas coraz mniej, co powoduje rosnącą frustrację. W takich wypadkach odpływamy w rozmyślania.

Sytuacje są różne. Często zależą od cech indywidualnych człowieka. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że nuda jest stanem bardzo subiektywnym. Jednak każde indywidualne przeżycie nudy ma pewne cechy wspólne z doświadczeniami innych znudzonych.

Peter Toohey w książce „Historia nudy” wskazuje podstawowe cechy zjawisk nużących każdego człowieka: „Kluczowe cechy nudy to przewidywalność, monotonia i ograniczenie. Każda czynność zbyt długo wykonywana bez urozmaicenia może się w końcu człowiekowi znudzić”. Doskonałym przykładem są niektóre monotonne wykłady na uniwersytecie czy wielogodzinna jazda autostradą (chociaż to odnosi się bardziej do dróg amerykańskich, na rodzimych autostradach to nadal potrafi być ekstremalne przeżycie).

Niezależnie od wszystkiego każdy i każda z nas zna ten stan. Pojawia się, gdy tracimy zainteresowanie wykonywaną czynnością lub brakuje nam bodźców. Zaczyna się wszędzie tam, gdzie pojawiają się trudności ze skupieniem uwagi, zniecierpliwienie i wrażenie powolnie płynącego czasu. Utarło się, że najgorzej nudę znoszą dzieci.

Współczesny świat, szczególnie w dziedzinie technologii,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Aleksander Kwaśniewski: Nie oddajmy polityki radykałom

Gdy wybierano Włodzimierza Czarzastego na marszałka Sejmu, posłowie PiS krzyczeli: „Precz z komuną! PZPR!”. Skąd to wraca?
– To są takie reminiscencje historyczne. Brakuje nowego pomysłu, więc się woła.

I to, kim się było 40 lat temu, decyduje o całym życiu? PZPR, Solidarność…
– Mówiąc szczerze, kiedy patrzymy, jak Polską od 20 lat naprzemiennie rządzą partie wyrastające z Solidarności, jak wzajemnie się krytykują, to widać, że korzenie solidarnościowe są mocno wątpliwe. Na pewno nie łączą PiS i Platformy, a poza tym okazuje się, że ludzie Solidarności nie są wolni od najgorszych cech, czyli korupcji, złodziejstwa, bezczelności albo nadużywania władzy. Te słowa o PZPR traktuję więc jako folklor. W tym momencie krzyczenie do Czarzastego, że był w PZPR, jest bez większego sensu.

Ale krzyczą.
– Więc Czarzasty, skoro i tak już mu to wypominają, mógłby skorzystać ze swojej pozycji marszałka, żeby pokazać, czym naprawdę były PZPR i PRL. Sam się przekonałem na kilku swoich spotkaniach z młodymi ludźmi, choćby niedawno na KUL, że PRL z powodu czasu, jaki upływa, albo w ogóle jest czarną dziurą dla bardzo wielu młodych, albo jest uwikłana w czarną propagandę. A gdy zaczynam mówić bardzo spokojnie o tej PRL, która powstała w wyniku decyzji mocarstw, która przyniosła Polsce ziemie zachodnie, w której miał miejsce wielki awans społeczny i cywilizacyjny milionów Polaków, o sukcesach polskiej kultury, o tym, ile medali zdobywaliśmy na igrzyskach olimpijskich – nie 10, tylko przeszło 20 – to już szczęki opadają.

Pan to mówi, ale inni milczą. Zwłaszcza politycy lewicy. Miliony ludzi to po prostu boli.
– Akurat na początku transformacji SdRP była jedyną partią, która upominała się o godność ludzi minionej epoki. Przynosiło to kolosalne zyski wyborcze. Później lewica była uwikłana w rządzenie, zapomniała o tym wątku – i to był błąd. Zapomniała o stworzeniu pewnych przyczółków w postaci mocnych fundacji, wydawnictw, wejścia w nowe techniki medialne…

Jak tam z waszymi następcami?

Odnoszę wrażenie, patrząc na polską politykę, że starzeje nam się pokolenie ludzi kompetentnych. Ich następcy, ci młodzi, którzy przychodzą, są coraz słabsi, jakby dominował dobór negatywny. A może się mylę? Już Sokrates mówił, że młodzi „kochają luksus, denerwują nauczycieli i cały czas się obijają”. A na jednej z tabliczek w Babilonie, sprzed 4 tys. lat, odczytano zdanie: „Młodzież się stoczyła na dno i bliski jest koniec świata”.
– Zacznę od tego.

Że zawsze na młodzież się narzeka?
– W zamierzchłych czasach, kiedy zajmowałem się sprawami młodzieży – działała wtedy jeszcze Polska Zjednoczona Partia Robotnicza – uczestniczyłem w spotkaniu, na które zaproszono też młodych ludzi. Ze strony starszych towarzyszy było tam cały czas narzekanie na młode pokolenie. W końcu głos zabrała młoda dziewczyna i powiedziała, że ma właściwie tylko jedno pytanie do starszych towarzyszy: jak to możliwe, że z tak wspaniałych rodziców wyszło tak marne pokolenie? To odebrało animusz tym starszym, bo przecież jakaś zasada ciągłości obowiązuje. Czyli to jest punkt pierwszy.

Że jedno pokolenie nie rozumie drugiego?
– A teraz to nawet przyśpieszyło. Słyszałem u jakiegoś profesora, że właściwie gdyby dzisiaj chcieć mądrze zdefiniować świat, to nie można mówić: lewica, prawica itd., lepiej mówić: pokolenie cyfrowe, czyli pokolenie dzieci cyfrowych, i pokolenie cyfrowych imigrantów. Ja należę do cyfrowych imigrantów. Korzystam z tych technik, ale nigdy to nie będzie mój świat. Więc to jest jedno.

A drugie to ten nieszczęsny dobór kadrowy – do polityki idą coraz gorsi.
– To jeden z powodów kryzysu demokracji. A sytuacja się pogorszy.

Dlaczego się pogorszy?
– Dlatego, że jak młody człowiek kończy dziś bardzo dobrą uczelnię, to ma na stole kilka ofert. Na przykład oferta systemu finansowo-bankowego jest bardzo interesująca. Później są korporacje, później media, powiedzmy… A polityka to oferta numer cztery. Różnice między tymi ofertami polegają na tym, że te pierwsze są lepiej płatne, ale także mają jaśniejszy algorytm awansu. Dziś polityka jest całkowicie pozbawiona zasad. Stanowi tylko jedno wielkie ryzyko. Dodatkowo nie ma tego prestiżu społecznego, którym dysponowała jeszcze na początku polskiej transformacji.

Wtedy w polityce o coś chodziło.
– Że zmieniamy, budujemy demokrację, wchodzimy do Unii… Dzisiaj polityka stała się czystą walką o władzę, która najczęściej kończy się tym, że jak już ktoś tę władzę zdobędzie, nie ma pojęcia, jak z niej korzystać. I to jest następny element opisu sytuacji, choć dodam, że nie jest to zjawisko wyłącznie

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Rok 2025 – kto w górę, kto w dół?

Nadzieje i rozczarowania

To był politycznie szalony rok, z wielkimi niespodziankami i przetasowaniem. Niespodzianką było zwycięstwo Karola Nawrockiego. Ale czy tak wielką? Sięgam do „Przeglądu” sprzed roku – już wtedy pisaliśmy, że może być różnie, że Jarosław Kaczyński ustawia tę kampanię jako plebiscyt za lub przeciw Tuskowi. I ustawił. A sztab Trzaskowskiego zrobił wszystko, by wpaść w tę pułapkę.

Potem mieliśmy okres smuty w Platformie Obywatelskiej – chodzili, jakby był koniec świata. A PiS się prężyło, że już jesienią będą rządzili. Nic takiego się nie stało. Ba! Donald Tusk odzyskał rześkość i to on dziś narzuca ton.

A co się dzieje w dalszych szeregach?

Waldemar Żurek przejął rolę karzącej ręki sprawiedliwości, Ziobro uciekł na Węgry. W PiS mamy noc długich noży. A gdzieś na skrajnej prawicy rozpycha się Grzegorz Braun. Z prostym programem: szczęść Boże, nienawidzę wszystkich! No, może poza Putinem. Bardzo ciekawe, czy jego powodzenie to zapowiedź stałej tendencji, czy wyskok sezonowy. Różnie z tym może być. Popatrzcie na Trumpa, miał dać paliwo polskiej prawicy – ci zakładali czerwone czapeczki i krzyczeli w Sejmie: „Donald Trump!”. A dziś się tego wstydzą…

W sumie polska polityka jest jak dobry bigos, ma w sobie wszystko, w różnym czasie dodawane i dobrze przemieszane. Smacznego.

W GÓRĘ

  1. Karol Nawrocki Bokser

Rok temu postać nieznana. Został prezydentem na złość warszawce i wszystkim mądralom. A teraz patrzymy, kogo wybraliśmy. Opowiada, że chce wywrócić rząd, trzymać Tuska na krótkim pasku, wetami go sparaliżować, zasypać Sejm projektami ustaw. Już wiadomo, że to miraże, że niewiele z tego będzie.

Na razie wygrał wojnę z okrągłym stołem, który wyrzucił z Pałacu Prezydenckiego. Akurat to mnie nie dziwi, bo jak ktoś ma mentalność kibola, to zawsze będzie wolał się tłuc, niż negocjować.

Mówią o nim, że to nowa jakość prawicy, że będzie na nowo ją układał, że zastąpi Kaczyńskiego itd. Przepraszam, ja w to nie wierzę. Polska prawica nie jest tak prymitywna. A polityka to sztuka dla nielicznych, nie dla amatorów. Raczej widzę go w grupie postaci użytkowych, które Kaczyński wyciąga z wora i stawia przed nami, a potem słuch po nich ginie. Owszem, różnie na tym wyciąganiu prezes wychodzi, ale to już inna historia.

  1. Donald Tusk Wódz

Im gorzej, tym lepiej. Jeszcze pół roku temu wołano, że powinien myśleć o dymisji, że przegrał Trzaskowskiemu wybory i nie panuje nad rządem. Że safanduła itd. I co? „Okręty spalone, zostawiliśmy je na plaży i, tak jak kiedyś Cortés, idziemy wyłącznie do przodu”, zawołał. I proszę, jak to zadziałało. Nastraszył wszystkich, chwycił za twarz, z koalicjantami na czele. Jest najważniejszy w Polsce. Ma więcej władzy niż kiedykolwiek i więcej energii, niż miał przed czerwcem. Wygląda na to, że Nawrocki działa na niego jak viagra. Że znów mu się chce.

  1. Włodzimierz Czarzasty Gracz

Im dalej w las, tym mocniejszą ma pozycję. Marszałek Sejmu! To wielka sztuka ugrać taką posadę, mając 21 posłów. Ech! To wielka niesztuka stać na czele zjednoczonej lewicy i tylko tylu posłów do Sejmu wprowadzić. Czyli ta moneta ma dwie strony. Czarzasty jest – jak kiedyś mówiła Anna Maria Żukowska – może mało elegancki w politycznym działaniu, ale skuteczny. I to widzimy. Polityczny żeglarz. Wie, jak łapać wiatr. Teraz płynie jako pierwszy przeciwnik Karola Nawrockiego i pierwszy pomocnik Donalda Tuska. Ciekawe, dokąd te wiatry go pchną.

  1. Waldemar Żurek Postrach PiS

Ciekawa postać. PiS nienawidzi go szczerze, prawie jak

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.