5 mld dolarów po Byku

5 mld dolarów po Byku

Twórca Red Bulla zostawił po sobie tajemnicę i wielki majątek

Szerzej nieznany biznesmen Chaleo Yoovidhya zmarł w wieku 90 lat, pozostawiając majątek wielkości 5 mld dol. i firmę, która sprzedaje rocznie 4,5 mld puszek w segmencie napojów energetycznych, który zapoczątkowała i którego stała się synonimem. Światowa kariera Red Bulla dała przedsiębiorcy trzeci co do wielkości majątek w Tajlandii i 205. miejsce na liście miliarderów „Forbesa”.

Siła na budowie

Chaleo prowadził skryte życie, od 30 lat nie udzielił ani jednego wywiadu. Urodził się w Tajlandii, w 1923 r. (a raczej w 2466 według tajskiego kalendarza), jako trzecie z pięciorga dzieci w ubogiej, chińsko-tajskiej rodzinie. Najpierw pomagał rodzicom w gospodarstwie: hodował kaczki i sprzedawał owoce. Potem przeprowadził się do Bangkoku, aby pomóc bratu w prowadzeniu apteki.

Doświadczenie handlowe przydało mu się, kiedy w połowie lat 60. założył firmę farmaceutyczną. Wtedy postanowił wejść na rynek napojów energetycznych. Krating Daeng – po tajsku czerwony byk – 12 miesięcy od premiery w 1976 r. był drugim najlepiej sprzedającym się napojem energetycznym w kraju.
Receptą na sukces okazał się sprytny marketing. Reklamy kierowano do zwykłych ludzi, pracowników fizycznych, rolników i kierowców, którym obiecywały one dodatkową siłę. Często napój rozdawano za darmo na placach budów.
W 1982 r. z przedsiębiorcą skontaktował się Dietrich Mateschitz, pracujący wówczas dla producenta pasty do zębów. Tajski napój pomagał mu przetrwać katusze związane z częstymi zmianami stref czasowych w trakcie podróży z kontynentu na kontynent. Yoovidhya i Mateschitz włożyli w nową firmę po 500 tys. dol. Czerwonego byka zmodyfikowano na potrzeby zachodniego konsumenta (osłodzono), ale styl i odbiorcę reklamy zachowano.

Formuła ekstremalna

Firma organizowała imprezy na kampusach uniwersyteckich. Do wymyślenia drinków z napojem zaprzęgnięto barmanów. Zamiast walczyć z gigantami pokroju Coca-Coli o przestrzeń reklamową w najpopularniejszych sportach, Red Bull znalazł niezagospodarowaną niszę – sporty ekstremalne. Nie szczędzono na nie grosza, czerwony byk miał symbolizować adrenalinę.
W 2005 r. firma zdecydowała się na odważny krok – kupiła własną drużynę Formuły 1. Sport jest deficytowy, nie było więc problemu ze znalezieniem sprzedawcy. Ford akurat likwidował należącą do niego drużynę Jaguara. Producent napoju nabył ją za symbolicznego dolara i obietnicę wyłożenia 400 mln dol. na rozwój w ciągu trzech sezonów.
Zwróciło się z nawiązką, bo od kiedy w 2009 r. zwerbowano Sebastiana Vettela, zespół zaczął zajmować najwyższe miejsce na podium. No i samochód nosi nazwę napoju, a nie ma chyba lepszej reklamy niż ochrzczenie zwycięskiego bolidu nazwą produktu.
Kiedy przed zimowymi igrzyskami olimpijskimi w 2010 r. złoty medalista w akrobacjach na snowboardzie Shaun White starał się ukryć nowe figury przed wścibskimi oczami konkurencji, producent napoju zaproponował, że wybuduje ośrodek treningowy, do którego można będzie się dostać tylko helikopterem. Wydatek się opłacił, bo White nie tylko obronił tytuł, ale zrobił to w wielkim stylu, deklasując po pierwszym przejeździe konkurencję i prezentując całkiem nowe akrobacje. Na czas igrzysk oczywiście ukończono film o treningach mistrza w tajnym ośrodku.
Red Bull, który był sponsorem Adama Małysza, zapoczątkował bum na napoje energetyczne. Dzisiaj rynek ten jest wart 38 mld, a do 2016 r. ma wzrosnąć do 52 mld. Trudno powiedzieć, czy uskrzydlają one konsumenta. Za to producenci zdają się lecieć wyżej i wyżej.

Wydanie: 13/2012

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy