Miłość oddam od zaraz

Z perspektywy szpitalnego łóżka wszyscy wyglądali inaczej. Szczególnie ci, którzy o niej zapomnieli

– Jutro wracam – głos Moniki brzmiał chłodno, ale nikogo to nie zmartwiło. Sylwia spojrzała raz jeszcze na buty, które powinny mieć wyższy obcas i w ogóle… Ramieniem podtrzymywała słuchawkę. – Chciałabym, żeby czekały na mnie wszystkie dokumenty – już lodowato powiedziała Monika. Siedziała na brzegu szpitalnego łóżka, jakby zaraz miała rzucić się w przepaść. Ale tak naprawdę nie mogła doczekać się chwili, gdy wreszcie wyjdzie ze szpitala. Po trzech miesiącach.
Sylwia w ostatniej chwili podtrzymała słuchawkę. Wydawało się, że szefowa zagłębi się w chorowanie i jeszcze przez wiele miesięcy firma będzie żyła własnym życiem. Krążyły nawet takie plotki, że Monika nigdy nie odzyska zdrowia. A tymczasem Monika jutro, jak zwykle, przyjedzie do biura. Jak zwykle. Sylwia przestała interesować się swoimi butami. Wiceprezes firmy wyjrzał ze swojego gabinetu. – Wraca – powiedziała Sylwia i z satysfakcją przyglądała się, jak twarz mężczyzny zmienia kolor na bordowy, potem na szary. – Trzeba zamówić kwiaty – powiedział. “Nic ci to nie pomoże”, pomyślała Sylwia. Przecież oni wszyscy byli przekonani, że szefowa ledwo będzie chodzić z tym rozpadającym się sercem. Teraz, jak tylko wejdzie do firmy, od razu się zorientuje, że jej sprawy podzielili między siebie. I jej pieniądze.
Do pokoju zajrzał Sławek, kierowca. – Pani Monika prosiła, żebym jej przywiózł do szpitala taką granatową teczkę – rozglądał się. – Już dobrze wygląda, tylko jest jakaś taka małomówna – złapał płaszcz. – Muszę się spieszyć. Nerwowa jest bardziej niż kiedyś.

Nieobecność
usprawiedliwiona

Monika zgodziła się na wizytę przyjaciółki. Anka ją wycałowała: – Jak to dobrze, że jesteś niezniszczalna. Schudłaś, a to ci dobrze zrobiło.
– Przyglądaj mi się, przyglądaj – głos Moniki brzmiał łagodnie. – Poznałyśmy się w podstawówce, więc nie będę teraz zrywać. No cóż, masz prawo przyglądać mi się z takim osłupieniem. Przecież odwiedziłaś mnie tylko…
Monika wyjęła z szuflady zeszyt, strony zapisane notatkami. – No tak – dokończyła Monika – trzy razy na trzy miesiące. Trudno powiedzieć, żebyś okazywała mi uczucia najlepszej przyjaciółki. Ale tobie jednej wybaczam, przecież nie mogę zostać sama. Poza tym ty masz chorego ojca. Umówmy się, że jesteś usprawiedliwiona.
– Co to jest? – Anka wzięła zeszyt do ręki.
– Miałam dużo czasu i wyobrażenie, że są koło mnie przyjaciele, współpracownicy, że świat runie, kiedy zachoruję i wszyscy najbliżsi będą chcieli być jak najczęściej ze mną. Kiedy już mnie wyciągnęli spod tej aparatury i mogłam sama oddychać, dowiedziałam się, że raz przyszedł wiceprezes firmy, raz Sylwia, sekretarka. Postali za szybą i poszli. No i ty byłaś raz. Tak mnie to przeraziło, że postanowiłam to sobie ponotować. Żeby wiedzieć, kto się o mnie naprawdę martwił – tłumaczyła Monika.
– I był ktoś taki? – zapytała Anka.
– Tak. Sławek, kierowca. Przychodził codziennie.
– Posłuchaj – Anka jeszcze raz zaczęła oglądać zeszyt. – Szpital to specyficzne miejsce. Ty leżysz, a inni idą dalej. Ale to nie znaczy, że przestałaś dla nich istnieć. Ja naprawdę ciągle o tobie myślałam, ale sama wiesz, jaki mam młyn. No i, mówiąc szczerze, byłam przekonana, że firma bardziej dba o ciebie.
– Jeśli uznać, że firma to Sławek… – uśmiechnęła się.
– Jesteście na ty?
– Tak. Przez trzy miesiące codziennie był przy mnie. Naprawdę, wie o moim ciele więcej, niż gdyby się ze mną przespał dziesięć razy.
– A chcesz tego? – zapytała Anka.
– Chcę pokazać, jak jestem mu wdzięczna. I ukarać innych – odpowiedziała Monika.
Zeszyt kończył się krótką notatką: “Sławek odebrał mnie ze szpitala. Kupił mi nowe, śliczne kapcie”.
– On ma za dużo czasu albo jest oszustem – powiedziała Anka już w drzwiach.
Sylwia ocalała tylko dlatego, że najtrudniej było o dobrą sekretarkę. Wiceprezes wyleciał natychmiast, razem z kwiatami, które kupił Monice.
Minęły trzy miesiące. Monika i Sławek spędzili sylwestra w Zakopanem, potem pojechali na narty. Ale w międzyczasie na parę dni wpadli do Warszawy. – Żebyś widziała minę kardiologa – Monika zaprosiła Ankę na kawę do Bliklego. – Powiedział, że moje badania będzie spokazywał na najbliższym sympozjum w Barcelonie. Nie ma śladu zawału. Tylko ma jedno zmartwienie. Nie może się chwalić, że to jest sukces medycyny. Przynajmniej nie tylko. To zwycięstwo miłości.
– Wszystko jest inaczej – powtórzyła Anka. Odsunęła filiżankę. Zakochanie Moniki doprowadzało ją do furii: – Zwolniłaś najbliższych współpracowników, zatrudniłaś jakichś chłopaczków poleconych przez tego twojego Sławka. Przyjaciołom odpowiadasz, że nie chcesz ich znać, bo cię w chorobie nie hołubili tak jak Sławuś. I wiesz, co ci powiem? Niedobrze mi się robi, jak słyszę jego imię. Bo jesteś samotna bardziej niż wtedy, kiedy leżałaś w szpitalu i pracowicie notowałaś, kto przyszedł. On ci zabrał całe życie. I ja też mam tego dość. Ocknij się.
Przewrócone krzesło. Kobiety pochylone nad plotkami i kawą spojrzały na Ankę. Oburzenie, zdziwienie. Anka wyszła.

Przypadkowe spotkanie

Monika nie chciała się z nim kochać. Odsunęła się, aż plecami dotknęła zimnej ściany. – Opowiedz mi jeszcze raz – poprosiła, a on mówił, jak najpierw przychodził do szpitala z ludzkiej życzliwości, potem z miłości. – Moja żona musiała to zrozumieć – dodał. Nie, o żonie nie chciała już słuchać. Wsunęła swoją dłoń w jego, jakby zaraz mieli pójść na spacer. Czułość, to coś lepszego niż szybki seks, który łączył ją kiedyś z kolegą z firmy. Pamiętała – przyszedł do szpitala tylko raz. Widać nie spodobały mu się rurki w jej nosie, bo już się nie pojawił.
Pocałunek. Tak, chciała, żeby kochali się natychmiast. A jutro znowu, ale już w górach.
Wiceprezesa firmy, tego, co to niepotrzebnie kupował Monice kwiaty, Anka spotkała w banku. – I co to się porobiło – mówił, kiedy wyszli. – Zrobiła tego głupka swoim zastępcą i musi pracować za nich oboje. Kierowcą to on jest dobrym i w łóżku widać jeszcze lepszy, ale matematykę chyba zna na poziomie tabliczki mnożenia.
– Jest szczęśliwa, więc chyba chce się jej pracować za dwoje. Próbowałam nią potrząsnąć, ale też wyszłam na wroga. A poza tym, co by się nie mówiło, nie byliśmy dla niej zbyt dobrzy w czasie choroby.
Szli w milczeniu. Nagle mężczyzna stanął, jakby zobaczył coś zdumiewającego. – Spójrz tam. Ale historia, no to my mu pokażemy – mówił bezładnie, a Anka rozglądała się bezradnie. Po drugiej stronie ulicy na zielone światło czekało parę osób. Wśród nich młoda kobieta w za ciasnym jak na koniec ciąży płaszczyku. – To żona Sławka – głos mężczyzny był pełen zachwytu.
Stanęli na środku jezdni, dopiero trąbiące samochody ściągnęły ich na chodnik. Tak, dziecko jest Sławka. No tak, chodził do tamtej do szpitala, ale potem wracał do niej. I tak się cieszył, że będzie syn. – Teraz nie wiem, co robić – płakała. – Ja go sama nie utrzymam z pensji nauczycielki, a jak pójdę do sądu po alimenty, to już nigdy do mnie nie wróci. A tak, może mu minie?
– Jemu to pewnie nie minie, ale Monice na pewno – odpowiedziała Anka. Dziewczyna była młoda, chyba zaraz po studiach. I tak biednie ubrana. – W pomocy społecznej mnie pogonili, powiedzieli, że mam męża, a że tylko na papierze, to nie ich sprawa.
– My pani pomożemy – głos Anki zabrzmiał pewnie.

Falujące lustro

Monika prosiła tylko, żeby nikt nie przyprowadzał do niej tej kobiety. – Co za pomysł – denerwowała się Anka. – Tak to bywa. Przypadek, no i teraz wiesz, jaka to kanalia.
Znowu siedziały u Bliklego. Monika miała ciemne od niewyspania oczy, łykała tabletki, płakała. – Gdybym mogła cofnąć czas… Rzeczywiście, trzeba jej pomóc.
– Tym się nie przejmuj – Ance też chciało się płakać. – Wiesz, od początku sądziłam, że to facet w stylu Kalibabki, w końcu każdy wie, jaką masz kasę. No, ale że taką nędzę po sobie zostawił… Pewnie myślał, że z twoich pieniędzy będzie jej podrzucał po parę groszy i jakoś to będzie.
– Kiedy zaczął tak przy mnie wysiadywać w szpitalu, ona już dawno była w ciąży.
– Jak to załatwisz? – Anka z niepokojem przyglądała się poszarzałej twarzy przyjaciółki.
– Już załatwiłam – Monika wstała. – Zmieniłam zamki, jego rzeczy odesłałam do żony. Nie ma go.
Anka spojrzała na nią z podziwem.
– Zawsze podejmowałaś szybko decyzje. Choć, kiedy przegoniłaś przyjaciół, postąpiłaś pochopnie i niesprawiedliwie. W prawdziwej przyjaźni nie zawsze liczy się tylko trzymanie za rączkę.
– Pomyliłam się – przyznała Monika. – A jednak nigdy nie zapomnę, jak codziennie czekałam na Sławka.
Praca. Zastępca Moniki pomógł jej wyprowadzić firmę na prostą. Praca. Krótkie spotkania z roztargnioną Anką, która na nic nie miała czasu. Praca. – I tak jest w kółko – powiedziała Monika do lustra. Zimna wiosna odbierała jej energię. Lustro falowało. Zdążyła zadzwonić na pogotowie. Kiedy lustro przestało falować, zobaczyła nad sobą twarz Anki. – Nic się nie stało – szeptała przyjaciółka – lekarz mówi, że to tylko stres. Muszę iść. Przynieść ci coś?
Pokręciła głową. Została sama, szybko wyciągnęła komórkę. Sławek odebrał telefon natychmiast. – Zaraz u ciebie będę – przerwał jej chaotyczną opowieść. – I może pozwolisz sobie wreszcie powiedzieć, że to nie jest moje dziecko. Małżeństwo od dawna było papierowe, ale ja się nie dziwię, że wzięła pieniądze. Każda kobieta w ciąży by wzięła, jak jej ktoś tak wciska. Musisz mi uwierzyć. To prawda.
Schowała komórkę pod poduszkę. Przymknęła oczy. Będzie na niego czekać. Choć, oczywiście, przestanie notować, kto, ile razy ją odwiedził.

Wydanie: 2/2001

Kategorie: Przegląd poleca

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy