Aborcyjna hipokryzja

Aborcyjna hipokryzja

Podziemie aborcyjne to kompromis polityków. Lewica nie próbuje zmienić prawa, w zamian prawica nie żąda, by rodzić musiała zgwałcona nastolatka

Lucyna W. – zabieg w dobrym, miejskim szpitalu. „Koperty” pochłonęły tyle, że lepiej było pójść prywatnie. Ale myślała, że wodogłowie płodu wywoła litość, więc poszła do szpitala państwowego, bo przecież zezwoliło jej prawo. – Pani nam statystykę zanieczyszcza – powiedział ordynator. Wtedy dała pierwszą kopertę.

Krystyna M. – zorganizowała sobie fałszywe zaświadczenie o wadzie serca, ale w szpitalu zrobili jej dodatkowe badanie i ją wyrzucili. Za zaświadczenie zapłaciła tyle, że już nie miała na prywatny zabieg. Urodziła dziecko, oddała do adopcji. Mąż wrócił do mamusi, bo pani Z. wyje po nocach. Teraz ma prawdziwe papiery od psychiatry, który twierdzi, że źle zniosła poniżanie w ciąży.

Magdalena S. – Właściwie wszystko w niej jest schorowane, więc mogła poddać się zabiegowi, żeby wszystko nie było jeszcze bardziej schorowane. Odsyłana od szpitala do szpitala. Minął termin. Urodziła. Zrezygnowała z części leków, żeby wykarmić dziecko.

Monika L. – lekarka, która przeprowadzała zabieg, płakała razem z nią. Monikę zgwałcił kolega z klasy. Monika nie sądziła, że ludzie mogą być tak dobrzy. Zwłaszcza w państwowym szpitalu. Rodziców zgwałconej czternastolatki namawiano, by nie decydowali się na zabieg, bo – jak mawia Kazimierz kapera – „nie chodzi o to, ile lat ma dziewczynka, ale że w jej łonie powstaje nowe życie”.

Wszystkie kobiety, poza Moniką, gdyby mogły cofnąć czas i zdobyć pieniądze, skorzystałyby z usług podziemia. Tak jak robi tysiące kobiet, które podejmują rozpaczliwą decyzję: „nie mogę urodzić”, ale z tą rozpaczą mogą tylko pójść po cichutku do prywaciarza. Przecież w świetle polskiego prawa to ich „nie mogę” jest przestępstwem

„Jestem chora, zgwałcona, ono jest upośledzone”, takie sytuacje, gdy szpital ma obowiązek wykonać zabieg, wywołują tam tylko chęć wymigania się. Pozostaje podziemie.

Fałszywa statystyka

Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że w ubiegłym roku dokonywano w polskich szpitalach 310 aborcji, co jest wynikiem rekordowo niskim; żaden kraj europejski nie może się poszczycić tak absurdalnie niską statystyką. Gdy nie obowiązywała jeszcze tzw. ustawa antyaborcyjna, w Polsce wykonano 11 tys. 260 zabiegów. Wcześniej, w 1989 r. wykonano 82 tys. zarejestrowanych zabiegów. Tym, że teraz, popołudniami, wykonuje się dziesiątki tysięcy aborcji w podziemiu, nikt się nie przejmuje. Nie dostrzega się także ciągle kuszących w prasie zapewnień, że za wschodnią granicą będzie najtaniej. Najważniejsza jest oficjalna statystyka.

– To niemożliwe, by w kraju, w którym jest 10 mln kobiet w wieku rozrodczym, wykonywano 310 zabiegów aborcji rocznie – ocenia Wanda Nowicka z Federacji na rzecz kobiet i Planowania Rodziny. Rzeczywiście, statystyki światowe podają 300 zabiegów na 1000 ciąż. Europejskie mniej, ale i tak widać, że po prostu nie wiemy, ile zabiegów odbywa się w podziemiu, za duże pieniądze.

Polskie delegacje rządowe jeżdżą na międzynarodowe narady i opowiadają, jak to Polki przestały przerywać ciążę. Tacy Francuzi, którzy bezwzględny zakaz znieśli 25 lat temu, oglądali nas jak neandertalczyków. A my uparcie, na zewnątrz, pokazujemy lukrowany, fałszywy obraz Polski bez aborcji, wewnątrz zaś kwitnie podziemie oferowane w ostentacyjnych ogłoszeniach – „Zabiegi, każdy zakres”, „Wywoływanie miesiączki albo po prostu „Ginekolog – najtaniej”.

Wszyscy dostosowali się do sytuacji. Nie ma skarg do rzecznika praw obywatelskich, nikt już nie nawołuje do referendum w tej sprawie, choć cztery lata temu, gdy była to głośna propozycja, sześciu na dziesięciu Polaków uważało, że jest to sensowne rozwiązanie problemu. Wtedy też na pytanie CBOS 57% Polaków odpowiedziało, że państwowe szpitale nie powinny odmawiać wykonywania zabiegów, a jeśli tak robią, to tylko, by zarobić po godzinach. A pamiętajmy, że był to okres złagodzenia ustawy. Jednak aborcja została już w podziemiu. Bez względu na to, czy przepisy były ostrzejsze, czy łagodniejsze w ostatnich latach ciążę można przerwać tylko za pieniądze.

Rocznie wykonuje się kilkadziesiąt tysięcy nielegalnych zabiegów przerwania ciąży. Kobieta płaci co najmniej 2 tys. zł. To jedyny efekt restrykcyjnego prawa.

Dziś wszyscy kłamią – oszukują innych albo samych siebie. Kobiety wierzą, że jeśli będą siedzieć cicho, nikt jeszcze bardziej nie zaostrzy przepisów. Lekarze nie chcą stracić popołudniowych aborcji za miliony, więc kłamią, że to przysięga Hipokratesa nie pozwala im wykonywać bezpłatnych zabiegów, nawet zgodnie z prawem. Posłowie prawicy też oszukują. Przecież bezcenne jest każde życie – tak głosili do niedawna, żądając zakazu aborcji, nawet gdy zagrożone jest życie matki. Teraz przycichli, bo wiedzą, że ich elektorat, choć katolicki, nie oczekuje takich zaostrzeń przepisów. Również posłowie lewicy nie będą walczyć o złagodzenie przepisów. Jeśli kobiety przystosowały się, lekarze zarabiają, prawica jest zadowolona, to po co ruszać problem, który dziś nie przysporzy głosów wyborców. I to właśnie na takim ogólnym przyzwoleniu kwitnie podziemie. I skrobankowa hipokryzja.

Ustawa antyaborcyjna zmieniła nasze życie. Natychmiast po jej uchwaleniu znaleźli się szlachetni, którzy zapewnili, że nie będą przerywać, nawet zgodnie z prawem, gdy płód jest niezdolny do życia lub gdy ciąża jest wynikiem gwałtu. Zaraz po uchwaleniu ustawy popłynęły meldunki jak z frontu wojennego – żaden katowicki szpital nie przerwie żadnej ciąży, gdański też nie. Marian Krzaklewski powiedział, że nie życzy sobie, żeby z jego pieniędzy podatnika płacono za jakiekolwiek zabiegi, a poseł Antoni Szymański chciał skończyć z badaniami prenatalnymi. Tak ustawa antyaborcyjna zmieniła życie polskich rodzin. Wszyscy dostosowali się do płacenia, podziemia.

Popełniłam przestępstwo

Ustawa skutecznie zmieniła kobiety. Uwierzyły, że każda, która chce poddać się zabiegowi, jest przestępcą. – Przychodzi do nas po radę pani, która ma nawet przy tak restrykcyjnej ustawie prawo do aborcji, bo ma poważne schorzenie nerek – relacjonuje jedna z działaczek organizacji kobiecych, – Tymczasem szpital odmawia. Interweniujemy. A ona tłumaczy się, jej zachowanie przypomina przestępcę, który liczy na ułaskawienie. Jest głęboko przerażona, że jest winna. Żebrze.

Zdaniem kobiet pomagających kobietom, do podziemia zeszły też zgwałcone. – W szpitalu nasłuchałam się, że dałam d…, potem zmieniłam zdanie i chcę skrobanki. Poszłam do drugiego szpitala, gdzie lekarz powiedział, że dziecko z gwałtu też ma prawo do życia. I żebym się zastanowiła. Czas płynął, więc wzięłam, co odłożyłam i poszłam do prywatnego gabinetu – relacjonuje mieszkanka małego miasteczka. Jej zabieg powinien się znaleźć w oficjalnych statystykach. Oczywiście, nie ma go tam.

– Jeszcze parę lat temu kobieta opowiedziałaby, jak odmawiano jej pomocy, nawet gdy się jej należała. Inne, którym prawo nie zezwalałoby na aborcję, opowiedziałyby o swojej dramatycznej sytuacji finansowej – potwierdza Aleksandra Solik z Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. – Dziś nagłośnienie problemu tylko utrudnia jego rozwiązanie. Kobieta boi się, że będzie wytykana palcem.

Zdaniem Aleksandry Solik, wieloletnie wmawianie kobietom, że aborcja to nie tylko trudna decyzja, ale przestępstwo, powoduje, że – szczególnie w małych miejscowościach – coraz mniej kobiet w ogóle korzysta z porad ginekologa. Nawet jeśli źle się czują, nie chcą być podejrzewane o chęć usunięcia ciąży.

Tak więc kobiety uwierzyły, że aborcja jest zabójstwem. A społeczeństwo zobojętniało. – Jeszcze parę lat temu byłbym orędownikiem referendum – mówi Marek Balicki, (UW), doradca prezydenta. – Teraz uważam, że nie ma społecznego klimatu do udziału w takim głosowaniu. Ludzie nauczyli się omijać zakazy, nie ma w nich woli walki. – Nie ma atmosfery do dyskusji społecznej – potwierdza prof. Eleonora Zielińska, autorka wielu publikacji o „prawie aborcyjnym”. – Najście gabinetu ginekologicznego w Lublińcu było jednodniowym tematem. Nikt nie oburzył się, że pacjentkę zawieziono do szpitala na badania. A było to niezgodne z prawem. Kobieta nie skarżyła się, więc nie była poszkodowana. A jako świadek? Po zabiegu była oszołomiona, więc jej zgoda mogła być nieuświadomiona. Poza tym po Lublińcu inne kobiety też powinny czuć się zagrożone. Wystarczy donos, by policja wkroczyła do gabinetu, by łamano tajemnicę lekarską, a ciało pacjentki było traktowane jako jeszcze jeden dowód w sprawie.

– Dziś kobiety nie walczą o swoje prawa, raczej jak najszybciej, bez pośredników, starają się wybrnąć z sytuacji – ocenia Beata Zadumińska, psycholog  z Centrum Praw Kobiet. – Wiedzą, że im więcej będą mówić o problemie, tym trudniej będzie zabieg załatwić, nawet jeśli jest zgodny z prawem. Cisza wokół ustawy wydaje się korzystniejsza niż wrzawa. Opinię tę potwierdza Wanda Nowicka, szefowa Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny: – Rzeczywiście, kobiety przystosowały się. Skończył się czas manifestacji. Najpierw mówią sobie – to mnie nie dotyczy, potem, gdy jest niechciana ciąża, starają się jak najszybciej sobie poradzić.

Nawet te, które nie powinny za zabieg płacić, a muszą zejść do podziemia, nie chcą już piętnować państwowych szpitali. Parę lat temu głośno było o anestezjologach z Sokółki, którzy odmówili udziału w zabiegach. Dziś nie ma skarg, choć wiadomo, że są takie sytuacje. W Warszawie aborcji nie wykonuje szpital św. Zofii, w Praskim przyjmują kobiety „zgodnie z prawem”, ale informacja o tym jest przekazywana ściszonym głosem.

Wielu moich rozmówców pyta, po co w ogóle poruszać ten temat. Ci zwolennicy złagodzenia przepisów uważają, że trudno będzie podważyć orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, które przed dwoma laty uznało, że aborcja z tzw. względów społecznych jest niezgodna z konstytucją.

Zmieniła się też postawa lekarzy. Przycichły kobiety, oni też. Dziś lekarz nie wystąpi z oficjalną niezgodą, raczej zastosuje metody perswazji. Kobiety skarżą się, że w szpitalu nazywane są głupimi babami, mówi się im wprost, że wyznaczanie terminu będzie trwało długo. Aż będzie za późno. Wtedy kobieta zapożycza się, sprzedaje, co ma. – Obrońca życia poczętego powiedziałby, że chce zabić dziecko, a ja raczej sądzę, że ta kobieta wie, że w swojej sytuacji materialnej nie ma szans na godne macierzyństwo – komentuje jedna z pracownic warszawskiej poradni rodzinnej. – Jeśli prawo do aborcji jest ograniczone, kobieta i tak, z największą determinacją, będzie dążyć do usunięcia niechcianej ciąży – ocenia prof. Maciej Kowalczyk ze Szpitala Akademickiego Wolnego Uniwersytetu w Brukseli. – I dlatego politycy i lekarze zmieniają swoje stanowisko. Większość państw zliberalizowało ustawodawstwo.

Tymczasem w Polsce, pomimo że aborcja jest jednym z najgłośniejszych tematów minionych lat, wiele kobiet nie wie, jakie jest obowiązujące prawo. Dzwonią do organizacji kobiecych: – Mąż pijak, pięcioro dzieci, to do którego mam pójść szpitala? – pytają, a potem mają pretensję, że nikt o nie nie walczy.

– Nie sądzę, by normalna kobieta, która przeprowadziła u siebie zabieg, oceniała to pozytywnie – to opinia prof. Jana Oleszczuka z Lublina. – Nie zadbano o to, by przedstawić opinię tych kobiet, którym aborcja przyniosła ulgę. Nie zauważa się, jakim dramatem dla kobiet jest niechciana i wymuszona ciąża – oponują działaczki z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. – Badania amerykańskie wykazały, że o stanie psychicznym kobiet, które poddały się aborcji, decydują czynniki inne niż sam zabieg. Na przykład sposób, w jaki doszło do ciąży, relacje z partnerem, światopogląd, poglądy najbliższych, okoliczności towarzyszące aborcji.

Nikt nie umiera

Lekarze powinni bić na alarm. Ginekologia została napiętnowana jako przestępstwo, a „ginekolog nie cieszy się najwyższym prestiżem”, jak twierdzi prof. Oleszczuk. W tej sytuacji można zapytać – jak tu wykrywać nowotwory, jeśli kobiety omijają lekarzy? Jak pomóc, jeśli mniej niż 50 % wiejskich kobiet w ciąży w ogóle nie kontroluje swojego stanu. Po aferze w Lublińcu będzie jeszcze gorzej.

– Lubliniec, wtargnięcie do gabinetu, to tylko przypomniało, że istnieje podziemie – mówi Marek Balicki. – Poza tym uświadamiamy sobie po raz kolejny, że represyjność w tej sprawie nic nie daje. Ludzie potrafią znaleźć rozwiązanie. Jak zwykle w najtrudniejszej sytuacji będą najbiedniejsi.

Podziemie aborcyjne zostało łatwo zaakceptowane także dlatego, że jest profesjonalne. – Nie spotykam się z obawami, że się to źle skończy – mówi psycholog, Beata Zadumińska. – Kiedy dyskutuję z koleżankami z Zachodu o polskim, coraz większym podziemiu aborcyjnym, radzą mi, że jeśli chcę znać jego rozmiary, powinnam obserwować statystyki śmiertelności kobiet. Ale u nas nie ma związku między śmiercią a podziemiem. Pracują tam profesjonaliści, więc nie ma komplikacji, śmiertelne przypadki są naprawdę sporadyczne – dodaje Wanda Nowicka z Federacji na rzecz Kobiet.

Nie sprawdziła się zła wróżba sprzed lat. Niewiele jest ofiar „babek”, szprych i drutów. Ale lekarze wolą w ogóle nie mówić. Zdaniem doc. Romualda Dębskiego, ginekologa z Warszawy, który jako jedyny lekarz zgodził się wystąpić w programie o Lublińcu, lekarze obawiają się o pracę, więc w „tej sprawie” nie chcą występować publicznie. Poza tym nikt nie chce mieć pikiet pod gabinetem i epitetów, że jest aborcjonistą, nawet jeśli tylko odważył się zapisać środek antykoncepcyjny. – Ten obraz podziemia, poniżonych Polek może się wydawać w dużym mieście, w środowisku ludzi zamożniejszych. Ale niechciana ciąża trafia się wszędzie, a już w małym miasteczku jest dramatem – mówi ginekolog z Lipna.

– Co zmieniło się w życiu Polek od chwili zaostrzenia przepisów? – zastanawia się znany warszawski ginekolog.

– Stosują trochę więcej antykoncepcji, rzadziej współżyją, po cichutku idą na zabieg. Przypominam, że przy okazji zakazywania aborcji po cichu likwiduje się badania prenatalne. Już w zeszłym roku prof. Kałużewski, genetyk z Łodzi, miał problemy ze „swoją” diagnostyką prenatalną. By w ogóle utrzymać zakład, musiał zwolnić pięć osób personelu- Także dzięki tym cięciom wszystkie kobiety, które spełniały wymogi, miały przeprowadzane badania – mówi profesor i dodaje, że ten rok zapowiada się o wiele gorzej. Jak na razie, Łódzka Kasa Chorych zaproponowała mu na 2000 rok 230 tys. zł. W zeszłym roku, już po cięciach, profesor dostał 380 tys. zł. – W tym roku za te pieniądze mogę przyjmować pacjentki i na podstawie podręcznika opowiadać im o zagrożeniach, żadnych badań nie wykonam — komentuje profesor.

Za co je wychowam?

Obrońcy życia poczętego uważają, że nietaktem jest zastanawianie się, za co wychowam dziecko. Niestety, kobiety są nietaktownymi realistkami. – Ostatnia podwyżka zasiłków rodzinnych została wprowadzona w 1997 r. Ograniczono liczbę korzystających z zasiłku wychowawczego oraz uprawnionych do świaddczeń z pomocy społecznej – wylicza posłanka Jolanta Banach (SLD). – Ostatnio te zjawiska nasiliły się. Mniej wypłaca się z Funduszu Alimentacyjnego, mniej dostaną rodziny zastepcze, mniej dostaje się z pomocy społecznej.

Od początku obowiązywania ustawy rząd nie wywiązał się z zobowiązań finansowych wobec ubogiczh matek. – Kobiety otrzymały dłuższe urlopy macierzyńskie, ale nie chcą z nich korzystać, bo boją się stracić pracę – tłumaczy Jolanta Banach. Niedawno parlamentarzystki lewicy zwołały konferencję, na której pokazały skutki uboczne ustawy. Mirosława Kątna z Komitetu Ochrony Praw Dziecka mówiła o dzieciobójstwach, katowaniu, patologii, która powstaje na obrzeżach restrykcyjnego prawa. Ale najwięcej mówiono o biedzie i to właśnie bunt przeciwko ciągłemu oszczędzaniu na kobietach łączy bez względu na poglądy. Protestuje SLD, ale wtóruje mu prawicowe Forum Kobiet Polskich, które od dwóch lat domaga się od premiera, by „uruchomił” 50 mln, które przyrzekł kobietom w ciąży. Bowiem nawet najbardziej zagorzali zwolennicy zakazów uważali, że za nimi pójdzie pomoc. Oto prof. Janusz Gadzinowski, rektor AM w Poznaniu, twierdził, że „poczętego życia nie wolno przerywać”. Ale zaraz dodawał: „Należałoby zwiększyć zasiłki rodzinne, a kobietom decydującym się na samotne wychowanie dzieci zapewnić skuteczną pomoc finansową”. Nic z tego.

W zeszłym roku w ogóle nie przedstawiono Sejmowi sprawozdania rządu z funkcjonowania tzw. ustawy antyaborcyjnej. Choć rząd ma taki obowiązek. Za to we wrześniu min. Maria Smereczyńska przedstawiła oficjalne statystyki, w których jest trzysta aborcji. Była bardzo zadowolona, zapewniła, że specjaliści pomagają ciężarnym. A posłowie po prostu się śmiali.

Antykoncepcja i edukacja seksualna. Nie wymyślono niczego mądrzejszego, by przeciwdziałać aborcji. Jednak obie te dziedziny zostały w Polsce prawie zlikwidowane. A więc ciąż jest więcej niż kiedyś. Zabiegi odbywają się w podziemiu. Też jest ich coraz więcej. W ten sposób ci, którzy chcieli ograniczyć liczbę aborcji, osiągnęli odwrotny skutek. I dlatego nie chcą wiedzieć, jak głębokie jest podziemie. Utajnianie rozmiarów podziemia jest im na rękę.

Co dalej? – Przynajmniej zadbano o antykoncepcję. Oczywiście, obowiązkiem państwa jest odpowiednia edukacja, ale te wszystkie proponowane podręczniki do życia w rodzinie to jakaś satyra – ocenia Marek Balicki. – Co dalej? Przecież będą wybory – odpowiadają moi rozmówcy, przypominając, że aborcja jest tematem o polityce, nie o godności kobiet. Ale, jak sądzę, bez względu na wynik wyborów, daleko jest do zmiany prawa. A nawet, gdy ono nastąpi, lekarze będą odmawiać wykonywania aborcji, tłumacząc się światopoglądem i kodeksem etyki lekarskiej, który został uchwalony jeszcze przed wejściem w życie restrykcyjnego prawa.

Podziemie aborcyjne jest zjawiskiem trwałym, na lata. Zwiększać się będą tylko opłaty. Zapotrzebowanie na usługi podziemia będzie coraz większe, bo życie seksualne rozpoczyna wyż demograficzny, bez wiedzy o antykoncepcji. Rozległe podziemie aborcyjne jest też zjawiskiem, z którym niemożliwa jest integracja europejska. Ale o tym, tak jak o skali zjawiska, nikt nie chce rozmawiać.

– Sądzę, że można próbować zmienić przepisy – tłumaczy prof. Eleonora Zielińska, uważająca, że nie jesteśmy skazani na lata restrykcyjnego prawa. – Trybunał Konstytucyjny zakreślił granice, w których musi zmieścić się przyszła liberalizacja. Otóż stwierdził, że niezgodna z konstytucją jest aborcja na życzenie kobiety. W tej sytuacji można zaproponować przepis zezwalający na aborcję na przykład, gdy sytuacja kobiety zostanie zweryfikowana, okaże się, że jest w dramatycznej sytuacji ekonomicznej. Moim zdaniem, nie byłby to zadowalający przepis, ale byłby krokiem naprzód.

Tylko kto go uczynił? Trzy lata temu, po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, ówczesna SdRP zapewniała, że będzie walczyć o referendum, że ponowi próbę złagodzenia ustawy. Dziś w ogóle nie mówi się o próbach zmiany przepisów. Tymczasem polityk, który uzna, że można uczynić z Polski normalny kraj w dziedzinie ustawodawstwa antyaborcyjnego, zapewne odniesie wielki sukces. Olbrzymi elektorat kobiet tkwi tylko w poniżeniu i lęku. Każdy, kto się o niego upomni, odniesie sukces.

 

Dzwonię w wiadomej sprawie

Warszawa: – Proszę się zapisać. Przez telefon nie omówimy szczegółów, ale, kiedy już pani przyjdzie, wyznaczymy szybki termin. Cena – 2,5 tys. Drogo? A anestezjologa kto opłaci?

– Trzy tysiące, bo lekarz ma wprawę. I proszę przez telefon nie używać zakazanych słów.

– A kto nas polecił? Bo my ogłoszeń nie dajemy. Najbliższy termin w czwartek, o dziewiętnastej. Wcześniejszej godziny nie ma. Lekarz też człowiek i po pracy w szpitalu musi odpocząć.

– Po wszystkim odwiozę panią do domu.

Kraków: – Może pani zapłacić w dwóch ratach.

– Proszę pani, my pomagamy kobietom, ale wiadomo, jakie to jest ryzyko. A to kosztuje. I proszę ze znajomymi o tym nie rozmawiać, bo się znajdzie jakiś donosiciel.

Rzeszów: – Nie mieliśmy reklamacji. Możesz być „słoneczko” nas pewne.

Szczecin: – Mamy najtańsze usługi w mieście, ale to tylko dlatego, że pracujemy w trzech gabinetach równocześnie.

 

1990 – Usunięcie ciąży w szpitalu wymaga konsultacji z dwoma ginekologami.

1992 – Zmieniony kodeks etyki lekarskiej, niezgodnie z prawem, zabrania usunięcia ciąży z tzw. przyczyn społecznych, także gdy płód jest uszkodzony.

1993 – Uchwalenie ustawy antyaborcyjnej, nie dopuszczającej aborcji, gdy kobieta uzna, że np. z przyczyn ekonomicznych nie może zdecydować się na macierzyństwo. „Nie daj Boże, żeby ta ustawa weszła w życie” – mówił prof. Wacław Dec, ekspert komisji przygotowującej ustawę.

1996 – Złagodzenie przepisów, dopuszczenie aborcji z tzw. przyczyn społecznych. Wg CBOS, 58% pytanych popiera nowelizację.

1997 – Trybunał Konstytucyjny uznaje, że złagodzenie ustawy jest sprzeczne z konstytucją. Kolejne zaostrzenie przepisów.

Jak zwierzę

Lubliniec do tej pory był znany jako miasto rodzinne Ludgardy Buzek. Od połowy stycznia kojarzy się z wtargnięciem policji do gabinetu ginekologicznego. Pierwszy komunikat w tej sprawie głosił: „Za nielegalne przerwanie ciąży będą odpowiadać dwaj lekarze zatrzymani przez policję w Lublińcu. Policjanci poinformowani telefonicznie przez anonimowego rozmówcę o 18.30 weszli do prywatnego gabinetu ginekologicznego. Aborcja była już przeprowadzona. Pacjentką była kobieta w wieku trzydziestu kilku lat. Lekarze, po złożeniu zeznań, zostali zwolnieni do domów. Zabieg był nielegalny, ponieważ zgodnie z prawem, aborcji w ściśle określonych przypadkach – można dokonywać tylko w szpitalu, a nie w prywatnych gabinetach. Za nielegalne przerwanie ciąży za zgodą kobiety grozi kara do 3 lat więzienia”. Tyle komunikat. Z relacji policjantów wynika, że na specjalny telefon alarmowy, czyli taki na donosy, zadzwonił anonimowy informator. Dwóch funkcjonariuszy wsiadło do nie oznakowanego pojazdu, pojechali pod wskazany adres. Lekarz otworzył drzwi, oni przedstawili się, on „próbował coś ukryć w koszu prawdopodobnie ślady płodu.” Kobieta zachowywała się spokojnie, założyła płaszcz i powiedziała „do widzenia”. Na to policjanci wyjaśnili jej że musi jechać do szpitala na badania ginekologiczne, gdyż „dowody winy są na jej ciele”. Prawnik, prof. Eleonora Zielińska oburza się, że pacjentkę potraktowano jak zwierzę. Do opinii publicznej przedostała się informacja, że kobieta miała już troje dzieci, sama nie pracuje, mąż ma marną posadę.

Co dzieje się w Lublińcu w miesiąc później? To, co znaleźliśmy, wysłaliśmy do ekspertyzy sądowej – informuje prokurator Chełmik z Lublińca. Profesorom zadaliśmy pięć pytań, od odpowiedzi będzie zależała linia oskarżenia i obrony. Dokumentację medyczną zwrócono lekarzom, bo przecież mają także inne pacjentki. Staramy się chronić kobietę, która poddała się temu zabiegowi. Nikomu nie podaliśmy nawet jej inicjałów. Muszę też odeprzeć absurdalne zarzuty, że kobieta była na fotelu, gdy wkroczyła policja. To nieprawda. Nie doszło do obdzierania z intymności. A na badanie musieliśmy ją zabrać, bo jesteśmy zobowiązani do zbierania dowodów winy. Jednak zeznania, zapewniam, złożyła w sposób niekrępujący.

A jakie będą skutki akcji w Lublińcu? Wszyscy są zgodni. Cena nielegalnego zabiegu pójdzie w górę. Nic więcej się nie zmieni.

Wydanie: 2000 8/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy