Sześć lat nowego życia

Sześć lat nowego życia

Każdy dzień po przeszczepie serca trzeba wykorzystać co do minuty

Co roku, 26 lutego, daje na mszę. Myśli wtedy i modli się gorąco za duszę 16-latki, a może jeszcze bardziej za spokój jej rodziców, których nigdy nie poznała. Jak lekarz im to powiedział: nie żyje? Odeszła? To koniec? Jak zadał drugie pytanie: czy zgodzicie się na pobranie serca córki? A może użył słowa transplantacja? Jak to się stało, że rodzice, którzy stracili dziecko, potrafili jednak wyrazić zgodę?
Pamięta telefon lekarza z kliniki kardiochirurgii w Zabrzu – pytał, czy dobrze się czuje. W porządku? No to on zadzwoni za dwie godziny. – Rodzice się łamią – tak powiedział.
Siedziała wpatrzona w telefon. Już nie poszła z wnuczką na spacer. W przedpokoju stała spakowana torba. Gotowa od kilku miesięcy.
Ksiądz w podwarszawskiej parafii co roku wita Annę Julewicz serdecznie. Mszę za dziewczynę wykorzystuje edukacyjnie. Mówi o transplantacjach, o tym, że papież nie jest przeciwny, że nie należy zabierać ciała do nieba, jeśli na ziemi może jeszcze komuś służyć.
– Idę do zerówki – śmieje się pani Anna, która jak większość osób po przeszczepie serca liczy swoje życie podwójnie. Ma wiek emerytalny i ten, który zaczęła odliczać po operacji. Minęło od niej sześć lat, a więc jest jeszcze dzieckiem.
Choroba zżerała ją po cichu. Wysportowana – albo na żaglówce, albo na boisku do siatkówki
– zawsze radosna, nikomu nie kojarzyła się z chorobami. A ona sama, kiedy patrzyła w lustro, widziała dzielną matkę dwóch córek. Zmęczoną jak każda Polka. I tyle.
Ale 25 lipca 1995 r. (wyrecytuje tę datę przez sen) w upale spotęgowanym zielenią sadu pod Grójcem straciła oddech. Zrywała jabłka i nagle przestała oddychać. Po chwili to minęło. Nie, nie poszła do lekarza, myślała, że lato było zbyt duszne. Ale brak oddechu wracał. Zaczęła szukać pomocy.
W warszawskim szpitalu powiedziano jej, że ma przechodzony zawał, trzeba odpocząć, zalecano jakąś rehabilitację. Takie sobie kardiologiczne przypadłości. Przeszła na rentę, trochę dorabiała, dwie mieszkające nieopodal córki miały już swoje dzieci. Była potrzebna. Jeśli lekarze mówią, że nic się nie dzieje, to znaczy, że nie należy panikować. Wiodła zwyczajne życie.
W 1997 r. pojechała na spotkanie z papieżem. Bałagan był okropny, skierowano ich w odwrotnym kierunku, więc do swojego sektora szła 11 km. Serce dudniło jak zardzewiały garnek. Wróciła przestraszona, ale ciągle z wiarą w pierwszą diagnozę. W tym momencie do akcji wkroczyła przyjaciółka. Po raz pierwszy padło tajemnicze słowo koronarografia. Instytut Kardiologii w Aninie ma tuż za oknem, więc szybko się dowiedziała, że na to specjalistyczne badanie trzeba czekać rok. Zgłosiła się po kilku dniach, gdy serce biło płytko. Zabieg wykonano natychmiast. Dr Cedro z instytutu powiedział krótko: – Jedynym ratunkiem jest przeszczep – a ona przyjęła to jako oczywistość. Zgodziła się natychmiast.
Teraz często odwiedza osoby czekające na tę dramatyczną operację. Wie, jakie krążą dziwne legendy, jakie mity, jakie zabobony. Chorzy boją się, odwlekają decyzję i umierają.
Przed kilkoma dniami odwiedził ją mężczyzna, którego namówiła, by powiedział „tak”, zdecydował się na transplantację. Po rękach ją całował. Żyje. A tak się bał. Wysłuchała go cierpliwie, ale czasem ludzie po przeszczepach ją drażnią. Rozpamiętują, jak to było, drżą, wsłuchują się w siebie. Ona nie myśli, nie wspomina. Dni są podzielone między wnuczkę a wnuka. Odebrać ze szkoły, pójść na spacer, potem obiad. Dzień kończy się wspinaczką na czwarte piętro. Ale nie chce zamienić mieszkania na parter. Ćwiczenia są jej potrzebne. Dzięki nim wygrała niedawno bieg dla osób po przeszczepie serca. W kategorii seniorów, ale liczy się sukces.
Najgorsze było czekanie. I telefony. Po pierwszym pakowała się chaotycznie. Po kilku godzinach załamana wysypała zawartość pękatej walizki. Serce okazało się nie dość sprawne. Kolejny telefon dający życie zadzwonił, gdy była u córki. Potem karetka, helikopter i zapadanie się w ciemność. Potem mignęła jej córka za szybą i znowu ogarnęła ją nicość.
Po dwóch dniach chodziła wokół łóżka. Wyjechała na miesięczną rehabilitację. Jej ciało trochę się broniło przed nowym sercem. Nastąpił lekki odrzut. Ale to już przeszłość. Żyje.

 

Wydanie: 12/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy