Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Czasami się zdarzy, że przy wietrznej pogodzie dziecko wypuści z rąk latawiec. I cóż wtedy widzimy? Ten latawiec jak szalony fruwa raz tu, raz tam, trzepocze na wietrze. Tak właśnie wygląda zachowanie Polski wobec negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej.
Po pierwsze, dlaczego tyle osób zabiera głos w tej sprawie? I to takich, które nie powinny głosu zabierać?
Wszystko zaczęło się kilka dni przed wyjazdem minister Fotygi do Stanów Zjednoczonych. Wtedy w jednej ze stacji radiowych pojawił się Sławomir Nowak, szef Gabinetu Politycznego Premiera, który komentował rokowania w sprawie tarczy w takiej konwencji, że pośpiech jest potrzebny, ale przy łapaniu pcheł. W sumie – rozsądnie, aczkolwiek niezbyt wiadomo, dlaczego on.
Potem Fotyga pojechała do USA i mieliśmy wielki festiwal oskarżeń, że rząd o jej wyjeździe nie wiedział. Oczywiście – wiedział. Sam min. Sikorski pisał do niej, że nie jest to najszczęśliwszy moment na tego typu wizyty. Bezskutecznie.
Po czym Fotyga do Polski wróciła i nagle Zbigniew Chlebowski, szef klubu parlamentarnego PO (dlaczego akurat on?), ogłosił, że umowa o tarczy jest już na finiszu, że w przyszłym tygodniu zostanie zawarta.
W międzyczasie usłyszeliśmy komunikat (amerykański), że negocjacje zostały zakończone. A negocjator, wiceminister Witold Waszczykowski, wrócił z USA i oświadczył (ciekawe, czy za zgodą min. Sikorskiego…), że swoje zrobił i teraz jest już kwestia decyzji politycznej.
Cóż to oznacza?
Jak rozumiemy, lecąc do USA, Waszczykowski otrzymał od ministra instrukcje negocjacyjne. I gdyby wynegocjował umowę zgodną z tymi instrukcjami, żaden jego komentarz nie byłby już potrzebny. Powiedziałby: Amerykanie przyjęli nasze propozycje, koniec, kropka. A on mówi o woli politycznej. Nasuwa się więc wniosek, że Amerykanie wysunęli własną propozycję i do niej musi ustosunkować się premier. Ale gdyby tak było, Waszczykowski nie mówiłby o żadnej polityce, tylko by rzekł, że negocjacje trwają. A po drugie, Amerykanie też byliby bardziej powściągliwi w ogłaszaniu końca rozmów. Może więc było tak, że Waszczykowski wyszedł poza instrukcje? Tak wnioskują ludzie w MSZ – że zgodził się na takie rzeczy, na które nie miał upoważnienia. A dlaczego się zgodził? Bo jest słabym negocjatorem? A może wpływ na jego postawę miała Kancelaria Prezydenta? Przypomnijmy, Waszczykowski był wiceministrem także u Fotygi…
Tak sobie ludzie w MSZ spekulują i już trwają zakłady, czy Waszczykowski dotrwa na stanowisku do zimy, czy nie…
A przy okazji krzywią się na kolejne doniesienia o tarczy. Bo później z kolei dowiedzieliśmy się, że do Warszawy nie przyleci Condoleezza Rice, potem do USA poleciał min. Sikorski, a premier oświadczył, że propozycje amerykańskie nie gwarantują Polsce bezpieczeństwa. Zgody więc nie ma. Ale negocjacje trwają. Aha, jeszcze głos zdążył zabrać minister obrony Bogdan Klich, który wyjaśniał, że cała rzecz rozbija się o jedną baterię rakiet Patriot, której Amerykanie nie chcą nam dać. I tak zaczynamy dochodzić do paranoi.
A przekraczamy ten stan, słuchając wypowiedzi pana prezydenta i PiS-owskich polityków. Którzy twierdzą, że te 10 amerykańskich antyrakiet diametralnie zmieni pozycję Polski wobec Rosji. Bo już nikt nie odważy się nas zaatakować. Mój Boże, a niby dlaczego? Że chronić nas będzie personel, który te rakiety będzie obsługiwał? Takie żywe tarcze? Te 200 osób, z których połowa to personel pomocniczy, a połowa połowy to żony żołnierzy? Panowie, a czy policzyliście kiedyś, ilu obywateli USA mieszka na stałe w samej tylko Warszawie? A ilu mieszka w Moskwie?
Panowie, źle się bawicie.

Wydanie: 29/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy