Rosja-Polska: skazani na wojnę?

Rosja-Polska: skazani na wojnę?

Dzisiaj spory i spięcia są częścią POJEDNANIA polsko-niemieckiego. Dlaczego nie mogłoby się tak stać pomiędzy Rosją a Polską?

„Polacy nigdy nie będą szczerymi przyjaciółmi Rosjan. Natura ciągnie wilka do lasu”, pisał w 1830 r. Aleksander Bestużew (ten z wiersza Mickiewicza „Do przyjaciół Moskali”) tuż po wybuchu powstania listopadowego, które on sam, carski zesłaniec, nazwał nie inaczej jak „zdradą warszawską”. Trzydzieści kilka lat później Walerian Łukasiński, bohater powstania styczniowego, zanotował z kolei: „Moskal to taki typ pełen okrucieństwa, nieoświecenia i niewoli”.
Przypomnienie tych dwóch cytatów, pochodzących sprzed blisko 200 lat, byłoby, oczywiście, tylko ciekawostką, a przy okazji zgrabną figurą retoryczną, gdyby nie fakt, że także dzisiaj wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że polsko-rosyjskie stosunki zasnuwane są mgłą konfliktów, zadawnionych urazów, ale też współczesnych nieporozumień i – co najważniejsze – sprzecznych interesów.
W ostatnich miesiącach takich sporów i wypominania sobie win było nawet więcej niż kilka lat temu. W Polsce

awantury polityczne

wywołuje – rzekome! – kierowane złą wolą dążenie Rosjan do wykupienia naszego przemysłu energetycznego (przede wszystkim Rafinerii Gdańskiej – kłania się Komisja ds. Orlenu), żeby nasz kraj ubezwłasnowolnić i – w domyśle – wciągnąć po raz kolejny w orbitę poddaństwa wobec Moskwy. Na Kremlu z kolei złe pomruki wywołało polskie wsparcie dla pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, interpretowane tam jako działanie w celu odebrania Rosji politycznego wpływu w strefie dawnego ZSRR, czyli w celu osłabienia państwa rosyjskiego.
Najnowsze emocje budzi – o czym mowa także w wywiadzie z prof. Jerzym Pomianowskim i redakcyjnej sondzie, publikowanych obok – sprawa wyjazdu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego do Moskwy 9 maja tego roku, na obchody 60. rocznicy zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami, a także związana z tym kwestia interpretacji znaczenia porozumień jałtańskich, które – przypomnijmy raz jeszcze – mocą wspólnej decyzji Stalina, Churchilla i Roosevelta umiejscowiły powojenną Polskę, późniejszą PRL, w radzieckiej strefie wpływów na długie 45 lat.
W tle są naturalnie jeszcze setki innych, drobnych i poważniejszych, nieporozumień. Takich jak zablokowanie w znacznym stopniu polskiego eksportu np. przetworów mlecznych i mięsnych do Rosji czy spory – o których „Przegląd” pisał w końcu stycznia tego roku – wokół obchodów 60-lecia wyzwolenia Auschwitz, gdzie z kolei Polacy raz i drugi wsadzili rosyjskiej dumie (i duszy) szpilkę.
Wymieniać takie zdarzenia, fakty, a jeszcze w większej liczbie odczucia i wrażenia, można by długo. Ważniejsze, że od 15 lat, czyli od powstania III Rzeczypospolitej, podczas każdego takiego zwiększonego napięcia we wzajemnych stosunkach, a zdarzają się one (za) często,

niczym bumerang powraca

temat-pytanie: czy Rosja i Polska są skazane na wieczną wojnę, immanentny konflikt, nieustającą wrogość pomiędzy i narodami, i naszymi państwami?
Tak było w 1992 r., kiedy w dyskusji redakcyjnej na łamach ówczesnego „Życia Warszawy” na pytanie: „Czym jest dziś Rosja dla Polaków?”, pierwsza odpowiedź brzmiała: „Rosja to groźne imperium, które co najwyżej drzemie, a za chwilę wyciągnie swoje zaborcze łapy…”. Tak było rok później, kiedy w „Dzienniku Polskim” Andrzej Kozioł pisał: „W postawie przeciętnego Polaka niechęć do Rosji walczy z obawami przed nią, a obu tym afektom towarzyszy poczucie wyższości, doskonale wyczuwane przez drugą stronę”. I rok 1994, artykuł w „Polityce” rozpoczęty od słów: „Powiedzmy szczerze: Polacy i Rosjanie, dwa narody bliskie sobie geograficznie, genetycznie, językowo nigdy obopólną sympatią się nie darzyły. Polacy zarzucają carskiej Rosji udział w rozbiorach oraz zgniecenie dwóch polskich powstań narodowych. Rosję radziecką obwiniają o agresję w lecie 1920 r., o dokonanie w 1939 r. wspólnie z Adolfem Hitlerem czwartego rozbioru Polski, o mord katyński w 1940 r., o wojenne i powojenne wywózki Polaków do ZSRR, o utrzymywanie Polski w okresie powojennych 45 lat w faktycznej sytuacji państwa satelickiego”.
Znamienne, że gdyby prześledzić podobne rachunki win, dyskutowane na łamach polskiej prasy w latach następnych, zarzuty pod rosyjskim adresem byłyby takie same – no, może co jakiś czas dodawana byłaby nowa „krzywda” do starego rejestru.
Z drugiej strony, wymówki pod polskim adresem też niewiele się zmieniają. W cytowanej już „Polityce” pisano w 1994 r.: „Rosjanie dotychczas nie zapomnieli Polakom wojennej awantury z początków XVII w. [dziś rocznica wygnania polskiej załogi wojskowej z Kremla w 1621 r. pretenduje do miana święta narodowego Rosji – przyp. MG], kiedy to część szlachty ruszyła na Moskwę i zdobyła ją. Zarzuca się też Polakom, że są wielkopańscy, że pysznią się swoją przynależnością do zachodniej kultury, że skłonni są spoglądać na Rosjan z wysoka jak na „Azjatów”, że gardzą rosyjskim prawosławiem jako gorszą aniżeli katolicyzm odmianą chrześcijaństwa”.
Dziennikarze rosyjscy, także ci Polsce przychylni, piszą także dzisiaj, że w ostatnich latach narosła pomiędzy nami góra nieporozumień i wzajemnych pretensji. O „prymitywnych (antyrosyjskich) instynktach”, jakimi w polityce wobec Rosji posługuje się większość naszych polityków, przypominały już kilkakrotnie moskiewskie „Izwiestia”. Okazuje się, że w zbiorowej pamięci Rosjan jak zadra tkwi ciągle np. także wspomnienie wyrzucenia przez polską policję z pociągu na warszawskim Dworcu Wschodnim rosyjskich podróżnych w 1994 r., o czym Polacy dawno już zapomnieli. W rosyjskiej perspektywie każdy taki nasz ruch

to dowód niechęci

wobec dawnego „sojusznika”. „Bicia po pysku rosyjskiego mocarza, bo teraz osłabł, więc wolno”.
Pozostaje fundamentalne pytanie, czy pomimo zadr, zaszłości i bieżących zadrażnień Polacy i Rosjanie – zarówno na płaszczyźnie państwowej, jak i społeczeństw – mogą, a więc i powinni, znaleźć porozumienie. Czy przykład chociażby pojednania francusko-niemieckiego, po stuleciach wojen i brutalnej chwilami rywalizacji, nie wskazuje na szanse przekroczenia bariery wzajemnych uprzedzeń. Czy prawdziwa jest teza, że stosunki pomiędzy Polską a Rosją wyznaczała, wyznacza i zawsze będzie wyznaczać sprzeczność interesów nie do usunięcia?
Szukając odpowiedzi na takie pytania wypada zacząć od przypomnienia angielskiego stwierdzenia, że „państwa nie mają wiecznych przyjaciół ani wrogów, mają jedynie wieczne interesy”, takie jak, dodajmy, zagwarantowanie swojemu krajowi bezpieczeństwa i najlepszych możliwości rozwoju. Wielowiekowy konflikt polsko-rosyjski dobrze się wpisuje w tę zasadę, ale – w dzisiejszej sytuacji geopolitycznej i gospodarczej – to samo angielskie porzekadło daje obietnicę nowego, mądrzejszego ułożenia stosunków pomiędzy Rosją a Polską – tak jak zmieniły się (wspomniane już tutaj) stosunki Niemcy-Francja czy Francja-Hiszpania, ale też – uwaga! – stosunki Polska-Niemcy czy Polska-Ukraina. Kilkanaście lat temu wielu Polaków wątpiło, byśmy mogli znaleźć płaszczyzny porozumienia i pojednania z – jak pisano – „odwiecznym, teutońskim wrogiem”. Dzisiaj spory i spięcia – naturalne, bo kontakty międzypaństwowe to zawsze ścieranie się racji i interesów – są częścią POJEDNANIA polsko-niemieckiego, a nie wstępem do nowych wojen.
Dlaczego nie mogłoby się tak stać pomiędzy Rosją a Polską? W gruncie rzeczy większość najbardziej drażliwych kwestii z wzajemnej historii (poza Jałtą, ale o tym za chwilę) została już na tyle wyjaśniona, że nie powinny nam one ciążyć kamieniem – a resztę do wyjaśnienia i tak trzeba pozostawić historykom, o czym wspomina w rozmowie z „Przeglądem” prof. Duraczyński.
Trzeba też – po obu stronach! – podchodzić

bez pośpiesznych, złych emocji

– do incydentów, jakie się zdarzają i zdarzać będą w naszych wzajemnych kontaktach. Także w kontaktach międzypaństwowych. Dla uważnych obserwatorów Rosji nie jest np. tajemnicą, że – podobnie jak w Warszawie – także w Moskwie poszczególni politycy różnią się w podejściu do Polski. Liderzy ugrupowań radykalnych, prawicowych czy faszyzujących rzucają – wypisz, wymaluj jak w Polsce – pod adresem naszego kraju ostre słowa. To rodzaj, jak twierdzi też prof. Pomianowski, zbójeckiego prawa opozycji, polityków, którzy nie ponoszą odpowiedzialności za rządy (ani za słowa, niestety).
Jest też faktem, że pewna część rosyjskiego MSZ, zwłaszcza dyplomaci z imperialnym, postradzieckim stażem, gotowa jest traktować nasz kraj jako mało ważny przystanek na drodze na Zachód, który można zawsze bez większego kłopotu ominąć. To tacy właśnie urzędnicy pisali kilka lat temu depeszę z protestem przeciw nazywaniu wkroczenia 17 września 1939 r. Armii Czerwonej na teren Polski „agresją”. To oni forsowali pomysł tworzenia „korytarza” do strefy Kaliningradu. To taka część rosyjskiej dyplomacji stworzyła niedawną notę, sugerującą, że porozumienia jałtańskie były dla Polski „dobrodziejstwem”. Już dzisiaj – pamiętajmy! – to jednak nie jest cała rosyjska polityka zagraniczna. Kreml, choć też np. nie jest zachwycony poparciem Polski dla Wiktora Juszczenki na Ukrainie, wykazuje znacznie więcej wrażliwości na polskie uczulenia i urazy historyczne. Dlatego nie ma raczej wątpliwości, że podobnych słów w Moskwie 9 maja, na obchodach rocznicy zakończenia wojny, polscy politycy już nie usłyszą.
W istocie polsko-rosyjskie kompleksy i strachy dziś coraz częściej mają kontekst złych refleksów (własnej!) przeszłości. Nieprawda bowiem, że silna Polska jest sprzeczna z narodowym interesem Rosji, tak jak nieprawdą jest, że Rosji są potrzebne imperialne strefy wpływów np. na Ukrainie. Rosyjskie sny imperialne i tak nie mogą się spełnić w realiach XXI w., gdyż

centra rozwoju

– ale także potęgi gospodarczej i wojskowej – przesuwają się jednoznacznie w stronę USA, a za jakiś czas również Chin i Unii Europejskiej, a potem jeszcze być może Indii. W związku z tym jedyna dobra droga dla Rosji to demokratyzacja, włączanie się we współpracę europejską, bo tylko tu jest szansa dla rozwoju. To wszystko wprost prowadzi Moskwę do rozszerzania współpracy z Polską – bo nasza pozycja tranzytowa, nasz potencjał gospodarczy i ludzki oraz nasza pozycja polityczna w Europie nie pozostawiają Rosji, na dłuższą metę, innego wyboru.
Polacy, jeśli chcą być silnym elementem Europy, muszą z kolei aktywnie i mądrze działać na Wschodzie, gdzie stopniowo będzie się poszerzała strefa europejskości. Oznacza to także współdziałanie z Rosją, mądrą politykę wobec Ukrainy i Białorusi oraz wspomaganie demokratycznych przemian w całej strefie postradzieckiej.
Poza wielką polityką wymaga to zwielokrotnienia kontaktów pomiędzy naszymi krajami. Setki tysięcy Ukraińców przyjeżdżających do Polski w ostatnich latach to czynnik demokratyzacji na Ukrainie, który nie został dotąd doceniony. Trzeba robić jak najwięcej, by Rosjanie masowo przyjeżdżali do Polski – ale też by Polacy setkami tysięcy docierali na terytorium rosyjskie. Nie tylko do Moskwy i Petersburga. I nie tylko jako turyści czy biznesmeni, lecz także – choćby w ramach organizacji pozarządowych – jako wysłannicy nowego sposobu działania, nauczyciele demokracji lokalnej, aktywności ludzi.
Polska jako członek tej samej słowiańskiej rodziny i zarazem sąsiad od wieków ma unikalną szansę, by to (ciągle istniejące) poczucie więzi duchowej wykorzystać dla ostatecznego przełamania zastarzałych wrogości i dzisiejszych nieporozumień. Tym bardziej że realnym faktem pozostaje podziw żywiony pod adresem polskiej kultury i naszej zdolności do zbudowania demokratycznego państwa w znacznej części rosyjskich elit intelektualnych, a wielu zwyczajnych Rosjan z zazdrością spogląda na osiągnięty przez Polaków poziom życia i rozwoju gospodarczego.
Szerzej muszą się rozwijać kontakty polityków – bo tylko z osobistych spotkań rodzi się lepsze rozumienie wzajemnych potrzeb, pozycji i sposobu patrzenia na świat – ale także intelektualistów, naukowców i ludzi kultury.
Z takim programem ktoś kiedyś będzie musiał nie tylko wyjść, lecz też zacząć go faktycznie realizować. Jest to dzisiaj tym bardziej naturalne, że po zakotwiczeniu Polski w NATO i Unii Europejskiej nasza aktywność w oczywisty sposób musi także się zwrócić na Wschód, gdzie jest jeszcze wiele do zrobienia.

*
Czy w stosunki polsko-rosyjskie na stałe wpisany jest konflikt?

Prof. Jacek Majchrowski, historyk, prezydent Krakowa
Mam nadzieję, że nie. Przez te wszystkie lata, gdy istniały konflikty na linii Polska-Rosja, mieliśmy je również z naszym zachodnim sąsiadem. Idea jest taka, że powinniśmy się odwoływać do bieżącej sytuacji i do przyszłości, a nie do zaszłości. W ten sposób nie ułożymy sobie dobrych kontaktów ani z Ukrainą, ani Białorusią, Litwą ani Rosją. Inni może nawet nas podpuszczają, abyśmy mieli złe stosunki ze Wschodem, a sami wchodzą na te rynki. Trzeba się puknąć w głowę i nie zważać na podszepty innych. Dobre stosunki są potrzebne Polsce i Rosji. Ludzie dobrej woli są po jednej i drugiej stronie, tyle że my ulegamy różnym poszeptom i na tym się kończy.

Prof. Marceli Kosman, historyk, rektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości w Poznaniu
Myślę, że konflikt nie jest wpisany na stałe w nasze stosunki, jednak propaganda jak zwykle jest skierowana do ludzi niespecjalnie mądrych albo jedynie niedoinformowanych. Takie hałaśliwe poglądy prezentuje tylko jedna opcja, dla której istotne są czas wielkiej smuty i polska inwazja na Kreml. Niestety, nie wiemy, jaka jest postawa większości ludzi, którzy mają prawo głosowania. Chodzi o to, by przeważył rozsądek, by ciągle nie odbijać piłeczki, że z jednej strony Suworow i kacapy, z drugiej zaś wielka kultura rosyjska. Czy zwycięży pojednanie? Jako historyk wiem, że różnie bywało, jako politolog uważam, że trzeba się starać do pojednania doprowadzić. Teraz nasza scena polityczna i medialna wygląda niestety marnie i to zmniejsza szansę łagodzenia konfliktów.

Prof. Paweł Wieczorkiewicz, historyk, Uniwersytet Warszawski
Były okresy historii złożone nie tylko z konfliktów i wojen, lecz także ścisłej współpracy, a nawet wzajemnej fascynacji, np. w XVII w. w tzw. polskim okresie historii Rosji dwór Romanowów mówił w dużej mierze po polsku, a barbarzyńska Rosja w ten sposób uczyła się Zachodu. Warto też wspomnieć XIX w., w którym niezależnie od dramatycznych wydarzeń wpływ Rosji na Polaków był ogromny. Myślę, że przyczyną konfliktu w ostatnim czasie jest nierozliczona historia, zarówno z winy strony rosyjskiej, która tych rozliczeń przeprowadzić nie chce, co dzieje się także ze szkodą dla tożsamości rosyjskiej, a także z winy polskiej, bo też nie podjęliśmy żadnych starań, aby doprowadzić do rozliczenia końca. Nie idzie tutaj nawet o stworzenie wspólnej obiektywnej wykładni dziejów, bo każda strona ma prawo pozostać przy swoich ocenach, ale o uczciwość w stosunku do faktów. Niestety, „kłamstwo jałtańskie” jest dziś czymś na kształt kłamstwa oświęcimskiego i tak powinno być traktowane przez władze Rzeczypospolitej. Branie wody w usta jest najgorszą możliwą polityką, taka postawa doprowadziła do Jałty.

Prof. Władysław Serczyk, historyk, Uniwersytet Rzeszowski
To jest źle postawione pytanie, bo z góry określa nasze stosunki, tymczasem należy inaczej oceniać płaszczyznę kontaktów politycznych czy gospodarczych, inaczej kulturalnych czy społecznych. Czy konflikt jest w nie wpisany? W historii wszystko może się znaleźć. Nawet zwykłymi rozmówkami obcojęzycznymi można wzniecić konflikt o dowolnym podłożu. Uważam, że stosunki polsko-rosyjskie, jak i polsko-ukraińskie, polsko-francuskie itd. powinny być oparte na wyważeniu racjonalnych interesów, własnych słabości i własnej siły. Kierować się należy rozsądkiem w postępowaniu, a nie emocjami. Rzucanie się wzajemnie na szyję nie wydaje mi się działaniem, które by decydowało o przyszłości czy teraźniejszości. Operowanie argumentami mocno opartymi na realiach ekonomicznych i politycznych, na wewnętrznej stabilizacji kraju to fundamenty, na których powinny się opierać stosunki międzypaństwowe. Bez nadmiernego entuzjazmu i nadmiernego krytycyzmu.

Prof. Andrzej de Lazari, historyk idei
Podstawą „zaprogramowania kulturowego” Polaków i Rosjan są kategorie romantyczne. Marzy nam się Świetlana Przyszłość, a żyjemy przeszłością. Wciąż rozliczamy historię i nijak nie radzimy sobie z teraźniejszością. Zamiast stawiać fundamenty, wierzymy w Opatrzność. Zamiast oprzeć naszą rzeczywistość na racjonalnym Prawie, odwołujemy się do Boga, Historii i Narodu, i poszukujemy winy naszych niepowodzeń nie w sobie, ale w sąsiedzie. Różni nas potencjał geopolityczny. Stąd dla Polaków Rosja będzie zadrą dopóty, dopóki się nie rozpadnie (a na to bym nie liczył) lub przynajmniej nie pokaja. Dla Rosjan zaś Polska pozostanie czymś bardzo mało istotnym zarówno w sferze gospodarczej, jak i geopolitycznej. Chyba że nastąpi pozytywistyczna rewolucja w polskiej świadomości i staniemy się atrakcyjnym partnerem na wzór Niemiec. Tymczasem to w polski stosunek do Rosji wpisany jest konflikt. Widać to codziennie w każdej gazecie i na każdym kanale telewizyjnym. W Rosji konflikt z Polską widać raz do roku, gdy jakiemuś urzędnikowi puszczą nerwy po przejrzeniu polskiej prasy.

Abp Abel, ordynariusz prawosławnej Diecezji Lubelsko-Chełmskiej
Przede wszystkim trzeba dbać o dobre sąsiedztwo, o gospodarkę i relacje między nami. Bliskie kwestie powinny zająć stosowne miejsce. Jesteśmy Słowianami, nie musimy powracać do okresu dawnego imperium rosyjskiego. Gdy będziemy się kierować rozumem, nie będziemy ulegać różnym podszeptom. Jako społeczność prawosławna, która stanowi mniejszość, bolejemy nad determinacją, z którą psuje się nasze codzienne relacje, zapomina się np., ilu żołnierzy radzieckich oddało życie za zwycięstwo w II wojnie światowej. Odwracamy twarz w inną stronę, a to jest anomalia społeczna.

Dr Witold Rodkiewicz, Instytut Studiów Politycznych PAN
Konflikt nie leży w naturze stosunków międzynarodowych, ale w konkretnych sytuacjach się pojawia. Nawet stosunki francusko-niemieckie stawiane jako przykład harmonii i przyjaźni nie są od niego wolne. W konkretnej sytuacji, przy tej świadomości, kulturze i celach politycznych po stronie Federacji Rosyjskiej oraz Polski konflikty mogą nawet przeważać, ale nie musi tak być stale. To tylko element myślenia elit. Byłoby paradoksem, skoro Polska jest najlepszym przyjacielem USA w Europie, a Putinowi jest bliżej do Busha niż do Schrödera, by stosunek Rosji do Polski miał być gorszy niż do Ameryki. Jednak asymetria, która jest wpisana w nasze relacje z Rosją, sprawia, że jesteśmy irytującym partnerem.

Władimir Kirijanow, redaktor naczelny „Rosyjskiego Kuriera Warszawskiego”
Konflikty istnieją dziś i były w przeszłości, nie tylko między narodami, ale nawet w dobrych rodzinach czy dobrych małżeństwach. Między Polską a Rosją bywały okresy wojny i okresy przyjaźni. Teraz podłożem konfliktu jest sytuacja europejska. Każde państwo pilnuje swoich interesów. Po II wojnie światowej byliśmy w jednym Układzie Warszawskim i nasze interesy wydawały się takie same. Teraz Polska jest w NATO i UE. Jako członek innego stowarzyszenia odzywa się już w innej postaci. Co będzie dalej, nie wiemy.

Prof. Hieronim Kubiak, socjologia narodu, socjologia polityki
Konflikt nie musi być wpisany na stałe. Rosja jako imperium i Polska rozwijały się asymetrycznie, co pozostawiło ślad, bo częściej to my byliśmy w konflikcie jako przegrani w XVIII, XIX i XX w. Ale to nie zwalnia od racjonalnego myślenia. W przypadku niepodległych państw można się porozumieć ze wszystkimi, animozje do niczego nie służą. Warto bez zaszłości pomyśleć o wszystkim od początku.

Małgorzata Grzymowicz, dyrektor ds. handlu zagranicznego w Toruńskich Zakładach Materiałów Opatrunkowych SA będących liderem eksportu do Rosji
Staramy się być niezależni od polityki, nie zajmujemy się polityką, ale nie jest ona zupełnie bez znaczenia. Kiedy Polska angażowała się w sprawy Ukrainy, nasi pracownicy odczuwali niezadowolenie swoich partnerów w Rosji. Na szczęście nie zaważyło to na naszej dobrej pozycji. Marka Bella zajmuje na rynku rosyjskim pierwsze miejsce. Podobnie marka Seni, mimo iż w Rosji nie respektuje się certyfikatów europejskich CE, tylko każdy produkt musi uzyskać rejestrację GOST.

Prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog
W pewnym sensie tak. Różnimy się interesami. Np. Rosja i Polska chciałyby traktować Ukrainę jako swoją strefę buforową i to może być podstawą konfliktu. Można się różnić na wiele sposobów, a stanowiska przedstawiać w sposób racjonalny. Można jednak uprawiać politykę symboli i skontrastowanych klisz. Odwoływanie się do historii prowokuje takie reakcje, a w tej chwili strona rosyjska zaczyna ulegać emocjom większym niż w przeszłości. My natomiast włączamy się w takie gry, bo mamy w nich większe doświadczenie.

not. BT

 

 

Wydanie: 9/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy