Afera nad Białym Domem

Afera nad Białym Domem

Czy administracja Busha rzuciła mediom na pożarcie tajną agentkę CIA?

W Waszyngtonie zbiera się polityczna burza. George W. Bush stanął w obliczu największego skandalu w swej prezydenckiej kadencji. Demokraci gromko domagają się powołania specjalnego prokuratora.
Nawet przewodniczący narodowego komitetu Partii Republikańskiej, Ed Gillespie, przyznaje, że jeżeli wysunięte oskarżenia okażą się prawdziwe, może się rozpętać afera gorsza niż Watergate. (Przypomnijmy, że w 1974 r. w następstwie afery Watergate Richard Nixon jako pierwszy urzędujący prezydent USA musiał ustąpić ze stanowiska).
Obecnie istnieją uzasadnione podejrzenia, że urzędnicy administracji Busha przekazali dziennikarzom dane osobowe Valerie Plame, tajnej agentki CIA. Miała to być zemsta na małżonku pani Plame, Josephie C. Wilsonie, byłym dyplomacie, który nie szczędził władzom Stanów Zjednoczonych krytyki z powodu wojny w Iraku. Świadome ujawnienie tożsamości tajnego funkcjonariusza służb specjalnych to przestępstwo federalne, zagrożone karą do 10 lat więzienia i grzywną 50 tys. dol. Dyrektorzy Centralnej Agencji Wywiadowczej kipią gniewem, bowiem ktoś z rządowej elity z powodu swych partyjnych interesów naraził na niebezpieczeństwo ich koleżankę pracującą dla dobra całego kraju. „CIA żąda krwi winnego”, stwierdził pewien urzędnik prezydenckiej administracji. George W. Bush zapowiedział wszelką pomoc w śledztwie. Pracowni Białego Domu mają

zakaz niszczenia dokumentów,

zapisów rozmów telefonicznych i innych potencjalnych dowodów. Niewykluczone, że do siedziby prezydenta Stanów Zjednoczonych, do Pentagonu i Departamentu Stanu, wkroczą agenci FBI, aby badać pracowników wykrywaczami kłamstw. A przecież George Bush zapowiadał, że zerwie z niechlubnym dziedzictwem matactw Billa Clintona, a więc za jego kadencji nie będzie w Białym Domu żadnych skandali.
Śledztwo z ramienia Departamentu Sprawiedliwości prowadzi aż 11 prokuratorów. Politycy Partii Demokratycznej twierdzą jednak nie bez racji, że szef Departamentu, prokurator generalny John Ashcroft, jest oddanym zwolennikiem prezydenta Busha, nie może więc zagwarantować bezstronnego dochodzenia. Republikanie odpowiadają, również nie bez podstaw, że Demokraci nie czekali ani jednej nanosekundy, aby rozpętać polityczny skandal i nagonkę przeciw dygnitarzom w Białym Domu.
Trudno odtworzyć prawdziwy przebieg wydarzeń, nie wiadomo bowiem, kto (czy też w ogóle ktoś?) mówi całą prawdę. Tygrysy w politycznej dżungli Waszyngtonu nie przebierają w środkach, aby pognębić przeciwnika.
Pewne jest, że administracja Busha juniora przez kilkanaście miesięcy szukała pretekstów mających uzasadnić inwazję na Irak. USA oskarżały Saddama Husajna o ukrywanie broni masowej zagłady oraz

konszachty z Al Kaidą.

Wśród tych zarzutów pojawił się ślad nigeryjski. Wywiad włoski kupił od pewnego afrykańskiego dyplomaty dokumenty, z których wynikało, że Bagdad usiłował nabyć w Nigrze znaczne ilości rudy uranu (później okazało się, że te świadectwa zostały sfałszowane). Dygnitarze z Waszyngtonu uznali je jednak za dowód, iż iracki dyktator usiłuje wejść w posiadanie broni nuklearnej. Podobno sam wiceprezydent Dick Cheney polecił, aby na miejscu zbadano tę sprawę. W lutym 2002 r. CIA wyprawiła więc z „dyskretną” misją do Nigru Josepha Wilsona, byłego ambasadora Stanów Zjednoczonych w Gabonie. Ten spędził osiem dni w Niamej, stolicy Nigru, popijając „słodką miętową herbatę”, podziwiając karawany wielbłądów i wypytując miejscowych polityków oraz biznesmenów. Potem wysłał do Waszyngtonu raport z wnioskiem, że

nigeryjski ślad

prowadzi donikąd i żadnych prób uranowej transakcji nie było.
Konserwatywni publicyści przedstawiają sprawę w inny sposób – Wilson został wysłany w rutynowej misji przez przełożonych niskiego szczebla, zaś dyrektor CIA, George Tenet, nigdy jego raportu nie przeczytał. Faktem jest jednak, że Tenet i eksperci CIA odradzali prezydentowi Bushowi użycie jako argumentu w antyirackiej kampanii nigeryjskiego uranu. Gospodarz Białego Domu nie posłuchał i 28 stycznia 2003 r. w orędziu o stanie państwa, w słynnych „16 słowach”, które później okazały się nieprawdziwe, wymienił próbę afrykańskich zakupów Saddama. Powołał się przy tym na brytyjskie informacje, nie na amerykańskie.
Kiedy doszło do inwazji na Irak i dyktator został obalony, Joseph Wilson doszedł do wniosku, że Stany Zjednoczone wszczęły wojnę bez poważnego powodu. Podkreślić wypada, że ten były dyplomata nie jest bezstronnym obserwatorem, lecz bezpardonowym krytykiem prezydenta Busha. Pewnego razu oświadczył publicznie: „Neokonserwatyści i konserwatyści religijni uprowadzili tę administrację. Uważam za swą osobistą misję zniszczenie jednych i drugich”.
Być może w ramach tej „misji” Wilson opublikował 6 lipca br. na łamach dziennika „New York Times” artykuł, w którym przyznał, że to on odbył misję w Nigrze. Wysunął też wniosek, że niektóre informacje dotyczące programu nuklearnego Iraku zostały przez administrację Busha poddane manipulacjom, tak aby zagrożenie wydawało się większe. 14 lipca do kontrataku przystąpił konserwatywny publicysta Robert Novak. Twierdził on później, że usiłował wyjaśnić kwestię, dlaczego właśnie tak nieubłagany przeciwnik prezydenta Busha wysłany został do Niamej. Novak napisał, najwyraźniej usiłując zdyskredytować Wilsona, że ten ostatni otrzymał afrykańskie zadanie dzięki pomocy swej żony, Valerie Plame, funkcjonariuszki CIA zajmującej się zagadnieniami broni masowej zagłady. Konserwatywny dziennikarz zapewnia, iż nie wiedział, że pani Plame jest agentką tajną. Oczywiście, zdemaskowana funkcjonariuszka działająca undercover (potajemnie) przez 14 lat musi zrezygnować z wszelkich operacji zagranicznych.
Trudno powiedzieć, kto wyjawił dziennikarzowi tożsamość małżonki Wilsona. Novak opowiadał w lipcu na łamach dziennika „Newsday”: „Nie wygrzebałem tej informacji, ale ją otrzymałem. Oni uznali, że to ważne, dali mi nazwisko, a ja je wykorzystałem”. Na początku października publicysta jednak napisał, że uzyskał tę wiadomość od wysokiej rangi urzędnika administracji, a drugi urzędnik, zapytany w tej sprawie, odrzekł: „O, to wie pan o tym?”. Dziennik „Washington Post” podaje inną wersję wydarzeń. Oto dwóch funkcjonariuszy rządowych zatelefonowało do aż sześciu dziennikarzy, podając im nazwisko pani Plame. Miało to wszelkie znamiona politycznej wendety.
Prasa nad Potomakiem snuje najbardziej fantastyczne przypuszczenia na temat nazwiska „zdrajcy”. Vincent Cannistraro, były dygnitarz CIA, sugeruje, że agentkę mógł rzucić na pożarcie mediom ktoś z obozu wiceprezydenta Dicka Cheneya. Joseph Wilson uważa natomiast, że winny jest Karl Rove, niezwykle wpływowy doradca polityczny prezydenta, mistrz zakulisowych intryg, który podstępnie kompromitował przeciwników George’a W. Busha podczas niejednej kampanii wyborczej. Wilson wyraził nadzieję, że zobaczy, jak „Rove w żabich podskokach wyprowadzany jest w kajdankach z Białego Domu”. Przyznał jednak później, że nie ma przeciwko doradcy żadnych dowodów.
Śledztwo być może nie doprowadzi do niczego. Dochodzenia w sprawie przecieków zazwyczaj kończyły się fiaskiem w labiryncie korytarzy władzy w Waszyngtonie. Afera jest jednak dla prezydenta bardzo niebezpieczna. 13 miesięcy przed wyborami popularność Busha w społeczeństwie wynosi 54% i nigdy nie była taka niska. Żołnierze amerykańscy giną w Iraku, okupacja tego kraju i wsparcie dla Afganistanu pochłaniają dziesiątki miliardów dolarów, deficyt budżetowy bije nowe rekordy, bezrobocie nie spada, na giełdzie panuje mizeria, zaś Demokraci mają wreszcie dynamicznego kandydata na prezydenta, byłego dowódcę wojsk NATO, Wesleya Clarka. Teraz doszło kolejne nieszczęście – Wilsongate. Dochodzenie w tej sprawie może wykazać, że rząd USA bez skrupułów manipulował faktami i szerzył kłamstwa, aby znaleźć pretekst do wojny. Po zwycięstwie nad Saddamem Husajnem wydawało się, że prezydent zostanie w Białym Domu na drugą kadencję. Teraz jednak nawet optymiści wśród Republikanów obawiają się, że George W. Bush poniesie w wyborach sromotną klęskę.


Brytyjski wirus

Podobny skandal w Wielkiej Brytanii doprowadził do najostrzejszego dotychczas kryzysu w rządzie Tony’ego Blaira. W lipcu popełnił samobójstwo mikrobiolog David Kelly po tym, jak urzędnicy rządowi wskazali go jako informatora dziennikarza BBC. Ten ostatni oskarżył władze o ubarwianie wiadomości dotyczących rzekomych arsenałów broni masowej zagłady Saddama Husajna. W USA na szczęście nie ma zwłok, ale, jak pisze niemiecki tygodnik „Der Spiegel”, także tam zaczyna się szerzyć „brytyjski wirus”.

 

Wydanie: 41/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy