Aktorka na swoim

Aktorka na swoim

Teatr jest jednak odświętną sprawą, nawet jeśli to tylko komedia

Anna Gornostaj – aktorka filmowa i teatralna, założycielka Teatru Capitol

Opadł już jubileuszowy kurz po 35-leciu twojej pracy artystycznej i 10-leciu Teatru Capitol? Jak to przeżyłaś?
– Nie wiadomo, śmiać się czy płakać, bać się czy po prostu cieszyć. Podchodzę do jubileuszy jak do szansy wzbudzenia zainteresowania teatrem – to forma reklamy, dlatego teatry powinny obchodzić jubileusze, bo one zawsze przyciągają widzów. Wszyscy lubimy fety, wołamy nie tylko o chleb, ale też o igrzyska.

Jubileusze sprawiają, że nadchodzą sympatyczne listy, gratulacje, publikacje – zwróciłem uwagę na pełen ciepła tekst okolicznościowy, który ci poświęcił Witold Sadowy.
– Witold to nasza cudowna legenda aktorska. Wspaniały człowiek, już takich nie ma – jak to się mówi, ktoś z tamtej epoki, o ogromnej kulturze osobistej, o szczodrej życzliwości wobec ludzi. Człowiek o czystym sercu. Z tym większym wzruszeniem przyjmuje się od takich ludzi dobre słowa.

Życzenia bywają różne.
– Niektóre bywają bardzo interesowne, inne bezinteresowne.

Trzeba na to zwracać uwagę, gdy się kieruje taką firmą.
– Prawda, ale życzenia od Witolda Sadowego to absolutna szczerość.

W twoim jubileuszu łatwo o podział: 35 lat dzieli się na dwie części – 25 lat w teatrach publicznych, głównie w Ateneum, i 10 lat na swoim, czyli w Teatrze Capitol. Część druga na razie jest krótsza, ale jeśli wziąć pod uwagę wydatek energii, kto wie, czy nie większa.
– Masz rację, bo te 10 lat muszę traktować podwójnie, a nawet potrójnie. Zawsze chciałam się zestarzeć z teatrem, z tym zawodem, i to jest dla mnie najważniejsze, że ciągle nie wypadam z zawodu. Stworzyłam ten teatr razem z mężem, Stanisławem Mączyńskim, ale nie zapominam, że jestem aktorką. To dla mnie swego rodzaju stempel.

Wróćmy więc do do debiutu, czyli pierwszego sezonu w Teatrze Narodowym, u Adama Hanuszkiewicza. Nie było zbyt wielu wielkich ról, ale było ich w sezonie aż pięć.
– Były i wielkie. Grałam Sylwię w „Komedii pasterskiej”, to była główna rola. Graliśmy z Jankiem Fryczem główną parę i ciągnęliśmy ten spektakl. To był naprawdę mój duży, duży debiut. Ale były też piękne sceny w „Leśmianie”, Zosia w „Panu Tadeuszu”, miałam również zastępstwo w „Weselu”, grałam Haneczkę.

A ja zapamiętałem jeszcze „Zwolona”, prapremierę monologii Cypriana Norwida.
– W „Zwolonie” zagrałam Pacholę.

Niesforne, bo niszczyło dzbany.
– Tak? Tego nie pamiętam. Największym wyzwaniem była jednak dla mnie „Komedia pasterska” grana w Teatrze Małym.

Który był sceną Narodowego i którego już, niestety, nie ma.
– W Małym grało się łatwiej ze względu na emisję głosu. Na wielkiej scenie Narodowego to było piekielnie trudne. Wprost ze szkoły teatralnej weszłam na Scenę Narodową, która miała ogromną przestrzeń. Hanuszkiewicz zawsze do nas krzyczał: „Bóg na drugim balkonie!”, bo wszyscy mówili za cicho. Tam wtedy nie było wzmacniaczy – przeszłam solidną szkołę aktorskiego fachu, Hanuszkiewicz pilnował, aby wszystko było słyszalne w ostatnim rzędzie. Dla takiej małej Zosi, dziewczynki z warkoczykami, to wcale nie było łatwe. Potem, kiedy przyszłam do Ateneum, wszyscy pytali: dlaczego ty tak krzyczysz?

Po Narodowym Ateneum musiało ci się wydawać miniaturą?
– Jeszcze bardziej Teatr Mały, który po scenie głównej był prawdziwym oddechem. To było cudowne przedstawienie. Graliśmy na prawdziwej trawie, na scenie Grażyna Szapołowska, Janek Frycz, Henryk Machalica, chodziły owieczki malowane na złoto-biało, przygrywał gitarzysta.

To był przedostatni spektakl Adama Hanuszkiewicza w Narodowym, zrobiony, jak pisano, ze współczesną wrażliwością i humorem.
– Działo się tam mnóstwo: Marzena Trybała z Grażyną Szapołowską siedziały nago w wielkich beczkach, zresztą cudowna scenografia Xymeny Zaniewskiej i Mariusza Chwedczuka to było dość, żeby się zakochać w tym przedstawieniu.

Wkrótce wciągnął cię też film.
– Robiłam w tym samym roku (1985) dwa filmy, „Jestem przeciw” Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego, ważny film o narkomanach, a z drugiej strony kostiumowy „C.K. Dezerterzy” Janusza Majewskiego. Wrażeń mi nie brakowało. I to były nie tylko emocje, ale również doznania estetyczne. Wchodzisz w nowe światy, odmienne czasy, jak schyłek monarchii austro-węgierskiej w filmie Majewskiego albo czasy bujnego baroku jak w komedii Morsztyna. A do tego malownicze obrazy z „Pana Tadeusza” czy żywioł poezji Leśmiana – to wszystko rozbudzało wyobraźnię.

Ten kolorowy świat szybko zniknął.
– Hanuszkiewicza wyrzucili z Narodowego i się skończyło. Ale mnie udało się przejść do Ateneum. Zawsze o tym marzyłam – to był zupełnie inny rodzaj teatru, inna poetyka. Janusz Warmiński narzucał formułę teatru wielopokoleniowego, ale poszukującego nowych form inaczej niż Hanuszkiewicz. Ateneum wyrastało z tradycji teatralnej, ale było bardzo otwarte na świat – Warmiński korzystał z tego, że stał na czele Międzynarodowego Instytutu Teatralnego (ITI), ściągał więc dla nas dobrą literaturę. A to w tamtych czasach było dla nas, młodych twórców, bardzo ważne.

Ateneum było wówczas wyjątkowym teatrem w Warszawie.
– Nie tylko w Warszawie – także w Polsce. Wokół teatru skupiła się grupa twórców, Tadeusz Konwicki, Wojtek Młynarski, teatr dawał nie tylko premiery dramatyczne, ale i spektakle muzyczne, które ściągały tłumy. Warmiński narzucał styl, nawet garderobiany. Kiedyś na zebraniu powiedział, że wie, że czasy są ciężkie, ale bardzo prosi koleżanki aktorki, żeby wychodząc na ulice, ubierały się elegancko, modnie, koledzy też, bo jesteśmy wizytówką tego teatru. Myśmy się czuli w obowiązku sprostać wymogom dyrektora, żeby być nie tylko aktorami wykonującymi swoje zadania, ale i ludźmi kultury.

O Ateneum aktorzy mawiali, że to nie był teatr, ale dom. Kiedy myślę o Teatrze Capitol, któremu od 10 lat się poświęcasz wraz z mężem i rodziną, widzę, że prawdziwy dom-teatr masz dopiero teraz.
– Ateneum też było dla nas domem, pracowaliśmy tam razem z mężem, byliśmy wychowankami Aleksandry Śląskiej i Janusza Warmińskiego. Traktowali nas jak swoje artystyczne dzieci, tworzyli atmosferę wzajemnej pomocy, myśmy nasiąkali tymi dobrymi fluidami. Chciałam to wszystko powtórzyć tutaj – w moim teatrze. Zauważ, że wszyscy ludzie, którzy otworzyli w Warszawie prywatne teatry, są wychowankami Warmińskiego. Krysia Janda, Emilian Kamiński, Michał Żebrowski, ja, nawet Janusz Józefowicz – jesteśmy z jednej stajni. To nie może być przypadek. Staramy się wykorzystać troszkę tego, czego się nauczyliśmy od Śląskiej i Warmińskiego. Trudno mi powtórzyć to, co było w tamtych czasach, choćby dlatego, że zmieniła się obyczajowość. Ale jednej rzeczy zostałam nauczona – szacunku dla aktora i widza. Teatr Warmińskiego taki był, zrodził się z szacunku dla widza i aktora. Publiczność nas kochała. Tłumy stały pod kasą, ludzie nocami wystawali po bilety do teatru. Nie wyobrażam sobie, żeby aktor Ateneum proszony o autograf odmówił, nie wyszedł do publiczności. Dziś nie śmiem o to prosić koleżanki aktorki, bo mnie zbeszta i powie, że to jej prywatny czas. Nie mogę też prosić, żeby nie pokazywała się ze mną w dresie, bo powie, że naruszam jej prywatność.

O szacunku w twoim teatrze nie sposób zapomnieć. Widz doskonale wie, jak o ten szacunek się upomnieć – ma od tego nogi i może sprawić, że nie przyjdą albo wyjdą.
– Nie tylko nogi. Ma do dyspozycji internet. Nasz marketing odbiera dziennie 300 mejli i odpisuje na wszystkie. Małgosia, która się zajmuje korespondencją z publicznością, czasami wychodzi z pracy dopiero o siódmej czy ósmej, bo tyle ma mejli, na które musi odpowiedzieć. Co więcej, jesteśmy jedynym teatrem, który wpuszcza publiczność nawet po dużym spóźnieniu.

To akurat nie zgadza się z zasadami Warmińskiego.
– Czasy jednak się zmieniły. Kiedyś pewna pani spóźniła się do nas ponad pół godziny. Powiedziałam jej, że to nieelegancko, bo to dla nas bardzo kłopotliwe. A ona odpowiedziała: „Proszę pani, trzy miesiące czekałam na ten spektakl (chodziło o „Klimakterium”), mieszkam w Otwocku i pociąg się spóźnił – to nie ode mnie zależy, a tak marzyłam, żeby to zobaczyć”. Mało tego, ta pani zapłaciła za bilet sto kilkadziesiąt złotych, a była skromną emerytką. Wtedy pomyślałam: trudno, to będzie uciążliwe dla aktorów, dla obsługi, ale powinniśmy wpuszczać spóźnionych, różne przecież zdarzają się sytuacje, tak też wyrazimy nasz szacunek dla widza.

Czy w mejlach, o których mówisz, rysują się jakieś oczekiwania repertuarowe?
– O tak, ludzie mają teraz bardzo wiele cennych uwag, choć częściej piszą, czego sobie nie życzą. Nierzadko publiczność reaguje na brzydkie wyrazy, zdarzają się kobiety, które liczą, ile razy pojawiło się jakieś nieprzyzwoite słowo. Czasem – tłumaczę – użycie tzw. brzydkiego słowa jest konieczne w spektaklu. Potem dostaję mejla: „Pani Aniu, pani mnie oszukała, bo wczoraj byłam na spektaklu i użyto dwa razy tego słowa, a dzisiaj znowu dziesięć razy”.

Publiczności nie wolno oszukiwać, trzeba uważać, jak się z nią rozmawia. Miałam nawet takie uwagi, że aktor chodził w brudnych butach na scenie. I tak było: aktora bolała stopa i wyszedł na scenę w prywatnych butach, trochę mniej zadbanych niż te sceniczne. Publiczność widzi wszystko. To jest zawód, w którym trzeba dać z siebie wszystko, a nawet więcej.

Czego ci w Capitolu brakuje?
– Stałego zespołu aktorskiego. Nas na to nie stać, teatr impresaryjny jest tańszy. Z drugiej strony cieszę się, że prowadzimy teatr impresaryjny, bo zawsze mogę kolegom powtarzać: w tym teatrze nie gra się za karę. Tu nie ma przymusu – nie chcecie grać, nie gracie. Ale jak gracie, musicie pamiętać o szacunku dla publiczności.

Wspomniałaś o tęsknocie za stałym zespołem, bo to jest ta „większa” połowa twojego scenicznego życia.
– Dla mnie teatr opiera się na zespole. Mądry dyrektor, kiedy przyjmował aktora do pracy, to zatrudniał go zaraz po szkole teatralnej i trzymał w zespole aż do śmierci. Aktor rozwijał się razem z teatrem, pracował na ten teatr swoim nazwiskiem…

…potem bywał na pogrzebie dyrektora. Ale w jakimś sensie o zespole w Capitolu można mówić. Pewna grupa aktorów pojawia się na afiszu wielokrotnie.
– Pracujemy ze 150 aktorami, którzy wciąż grają, bo w stałym obiegu jest minimum 15 spektakli. Oni się rotują, zmieniają. Gramy bardzo intensywnie, także na wyjazdach, a to byłoby niemożliwe w systemie jednoobsadowym – mamy więc podwójne obsady, a nawet potrójne. Mało tego, gramy „krosowo”, a to znaczy, że opracowujemy grafik i kto ma czas, wchodzi na scenę. W ten sposób rodzi się nowa jakość; koledzy przychodzą do teatru i często nie wiedzą, kogo spotkają na scenie. To daje świeży oddech.

Staram się dbać o aktorów, a dbać – to znaczy zapewniać pracę. Żeby jednak zapewnić ciągłość grania, następne role mogę im proponować po trzech, czterech kolejnych premierach, żeby sobie samej nie strzelać w kolano. Stworzył się więc taki nieformalny zespół aktorski, bo ktoś, kto do nas wchodzi, potem ciągle gra.

Teatr ma powodzenie, nie bójmy się tego powiedzieć.
– Nie bójmy się. Rocznie mamy 200 tys. widzów, w sezonie nawet 80 spektakli w miesiącu na miejscu i drugie tyle na wyjeździe, to nie w kij dmuchał. Musimy tyle grać, bo płacimy tu ogromny czynsz.

A skryte marzenia?
– Gramy w przestrzeni, którą wynajmujemy. Nie wiemy, jaki będzie los budynku i jak długo Capitol w tym miejscu przetrwa. Dlatego podpisaliśmy umowę z deweloperem i budujemy nową przestrzeń. Jeśli tak się zdarzy, że powstanie ta nowa przestrzeń, a obecna nadal będzie istnieć, bez problemu możemy zagospodarować obie. Już dzisiaj duszę się na dwóch scenach, spokojnie mogę zapełnić publicznością trzecią i czwartą scenę.

To znaczy, że typ repertuaru, który wypracowaliście, jest oczekiwany.
– Sprawdza się. I nie tylko repertuar, ale także oferta, którą stworzyliśmy. Do Capitolu przychodzi się nie tylko na spektakl, na dobrą komedię, ale i po to, aby miło spędzić wieczór, a tu widzowie mają to zapewnione: ładny entourage, świetny bufet, drinki, ciasta domowe robione przez mamy naszych pracowników, grają bardzo dobrzy pianiści. W piątki i soboty widz może zostać nawet do piątej rano. Działa klub muzyczny, organizujemy dansingi. Zazwyczaj jest tak, że idziemy do teatru, a po spektaklu szybko do szatni, zakładamy kapotkę i do domu. Teatr jest jak kino, tylko popcornu jeszcze się nie je. My proponujemy inną formułę: teatr – przedsiębiorstwo rozrywkowe.

A czy zdarzały się w waszym teatrze gwizdy?
– Nie, ale zetknęłam się ze zjawiskiem, które na początku mnie szokowało – ludzie głośno komentują to, co się dzieje na scenie. Zrozumiałam, że patrzą na spektakl jak na telewizor i rozmawiają jak z telewizorem.

Albo korzystają z komórek.
– To faktycznie plaga i nie bardzo wiadomo, jak sobie z tym poradzić.

Teatr nie jest zakładem wychowawczym, ale już w czasach Stanisława Augusta obowiązywał regulamin dla widzów. Może by się przydał?
– My tu gościmy od czasu do czasu kabarety, a publiczność kabaretowa, która do nas po raz pierwszy przyszła, to ta sama publiczność, która przychodzi do nich na stadiony i hale widowiskowe: w krótkich majtkach, sportowych koszulkach, adidasach. Czuli się trochę niepewnie, ale zaczęli do nas częściej przychodzić, do tego coraz lepiej ubrani. Zaakceptowali, że teatr to jednak odświętna sprawa, nawet jeśli to tylko komedia.

Dajecie również spektakle dla dzieci.
– Spektakle dla dzieci są na pozór nieopłacalne. Taka sama produkcja za małe pieniądze. Ale spektakle dla dzieci były też naszym wytrychem do sprowadzenia nowej publiczności, czyli rodziców. Okazało się przy tym, że to są cudowne spektakle, bo dzieci tak żywiołowo chłoną teatr, że zakochałam się w dzieciach oglądających spektakle dla dzieci – mamy za sobą już siedem premier dziecięcych.

Kiedy rodził się pomysł tego teatru, byłem niesłychanie ciekaw, co z tego wyniknie. A w głowie kołatała się wciąż taka myśl: co oni robią? Za dużo ryzykują. Zwariowali.
– Dobrze, że nie mieliśmy wyobraźni. Mieliśmy pasję, determinację, bo gdybyśmy mieli wyobraźnię, to nie wiem, czy to wszystko by się zdarzyło. Mieliśmy tak szalone długi w początkowych latach, że pierwsze pieniądze na koncie, które mogliśmy przeznaczyć na własne produkcje, pojawiły się po czterech-pięciu latach. To był najcudowniejszy moment w moim życiu, kiedy mogliśmy wreszcie sami produkować.

Trzeba było dużo samozaparcia.
– Ogromnie dużo. Zapraszałam producentów zewnętrznych, żeby przetrwać. Oni wykładali pieniądze, a ja dawałam machinę teatralną. Pracowaliśmy na kogoś innego. Ale ten ktoś pomógł mi dotrwać do chwili, kiedy mogliśmy pod własną marką doprowadzić do premiery przedstawień „Kiedy kota nie ma”, „Klub mężusiów”, „Gwiazda i ja” – od tego się zaczął „prawdziwy” Capitol. Od tego czasu jestem na swoim.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 16/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy