Z armaty do prezydenta Osyry

Z armaty do prezydenta Osyry

W lokalny konflikt polityczny w Mysłowicach włączył się wojewoda śląski. Czy wmieszany w to zostanie premier?

W Mysłowicach na Śląsku toczy się lokalny spór polityczny. Niewykluczone, że przy okazji lokalnej awantury szykuje się nam także poważne nadużycie władzy.
Zaczęło się prozaicznie – bezpośrednio wybrany w powszechnych wyborach prezydent miasta nie potrafił lub nie mógł zbudować popierającej go większości w radzie miasta. Takie sytuacje po wprowadzeniu zasady bezpośredniego wyboru szefa gminy zdarzają się czasami i jeśli dwie strony konfliktu nie potrafią się dogadać, zwykle problem rozwiązują wyborcy w najbliższych wyborach samorządowych.
W gruncie rzeczy nie jest istotne, co dokładnie poróżniło większą część radnych Rady Miasta Mysłowice z prezydentem miasta. Ważne jest to, że przewodniczący rady Bernard Pastuszka jest członkiem Platformy Obywatelskiej, a prezydent Mysłowic Grzegorz Osyra jest związany z lewicą.

Eskalacja konfliktu

między radnymi a prezydentem doprowadziła do sytuacji, w której przewodniczący Pastuszka publicznie zagroził prezydentowi Osyrze interwencją u swego partyjnego kolegi, premiera Tuska. Zaraz potem do lokalnego konfliktu politycznego dołączył się wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk, również kolega partyjny Bernarda Pastuszki.
Aby zdyscyplinować Grzegorza Osyrę, wojewoda Łukaszczyk skorzystał z przepisu ustawowego, który pozwala premierowi odwołać prezydenta miasta w przypadku wielokrotnego i uporczywego łamania prawa. Odwołując prezydenta Mysłowic z takiego właśnie powodu, premier Tusk, niejako przy okazji, zrobiłby dużą przyjemność działaczom PO w Mysłowicach. Zanim jednak premier wyrazi wolę takiego odwołania, trzeba wezwać delikwenta, którego chce się odwołać, do zaprzestania naruszania prawa i trzeba mu te naruszenia wskazać. W sierpniu 2009 r. wojewoda Łukaszczyk wezwał prezydenta Osyrę do zaprzestania naruszania prawa. Wydawać by się mogło, że kij się znalazł.
Przyjrzyjmy się więc argumentom, które posłużyły jako kij.
Pierwszy zarzut dotyczył

sporu natury proceduralnej

toczonego między Regionalną Izbą Obrachunkową w Katowicach a prezydentem Mysłowic. Chodzi o bieg określonych w prawie terminów na zawiadomienie RIO o wykonaniu wniosków pokontrolnych. Co ciekawe, było to już tematem korespondencji między RIO i prezydentem. Wynika z niej, że wina leży po obu stronach. Prezydent Mysłowic przespał jeden z terminów, ale i Kolegium RIO w Katowicach nie dotrzymało terminów je obowiązujących. Wydaje się więc trochę dziwne, że zdaniem wojewody śląskiego należy odwołać prezydenta miasta z powodu sporu natury proceduralnej, który można rozwiązać za pomocą rozmowy telefonicznej między odpowiednimi urzędnikami, i to niekoniecznie najwyższego szczebla.
Może więc drugi zarzut jest większego kalibru? Z pozoru tak. Wojewoda zarzuca prezydentowi dopuszczenie do sytuacji, w której diety radnych miejskich w Mysłowicach były wypłacane niezgodnie z obowiązującymi przepisami, co naraziło na straty budżet miasta. Tymczasem już we wrześniu 2007 r. prezydent Mysłowic błąd usunął i naprawił. Nadpłacone diety zostały w większości wyegzekwowane

i wróciły do miejskiej kasy.

Sprawa została więc załatwiona i wzywanie do jej załatwienia wydaje się nieco spóźnione.
Na tym lista zarzutów wobec prezydenta się kończy. Nie przeszkadza to jednak wojewodzie Łukaszczykowi gonić króliczka, czyli prezydenta Osyrę, i wytaczać armaty ciężkiego kalibru, chociaż amunicja, którą ma, nadaje się tylko do kapiszonowca. Dla pełnego obrazu przyznać jednak należy, że i Osyra nie pozostaje Łukaszczykowi dłużny. W odpowiedzi prezydenta Mysłowic skierowanej do wojewody śląskiego druga część tytułu tego najważniejszego urzędnika rządowego w województwie śląskim jest ujęta, nie wiedzieć czemu, w cudzysłów.
Być może obie strony tego sporu poczuły się w efekcie nieco zażenowane i na razie zapadła krępująca cisza.
Po raz pierwszy od 1990 r. może się więc zdarzyć, że prezes Rady Ministrów odwoła prezydenta miasta z powodu naruszenia prawa. W demokratycznym państwie uchylenie wyboru dokonanego w powszechnych wyborach powinno mieć szczególną i dokładną motywację. Zwłaszcza że odbywa się w trybie aktu administracyjnego. W tym przypadku uzasadnienie tego aktu wydaje się co najmniej wątpliwe. Rodzą się zatem niepokojące pytania. Czy administracja rządowa będzie teraz służyła do rozwiązywania konfliktów politycznych po myśli lokalnych działaczy Platformy Obywatelskiej? Czy doraźne korzyści polityczne wezmą górę nad prawem i demokratycznymi zasadami?

Wydanie: 39/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy