Artysta ironiczny

Artysta ironiczny

Janusz Głowacki (1938–2017)

Żyło mu się łatwo i łatwo się pisało. Umiał owinąć sobie wokół palca PRL, obrócić na swoją korzyść stan wojenny, z Ameryki wycisnąć, ile się dało. Talent, cudowny zmysł obserwacji, pracowitość? Tak, ale i coś jeszcze – inteligencja! Aż się prosi, by panu Januszowi zadedykować prośbę pana Wojtka: „Byłaś ze mną cały PRL, / Potrafiłaś bić się i wykłócać, / Dziś Ci muszę śpiewać jak Jacques Brel: / Nie opuszczaj mnie i nie porzucaj! (…) / Chcę Cię mieć przy sobie noce, dnie, / Więc mnie, proszę, nie strasz swą absencją! / Ukochana, nie opuszczaj mnie, / Nie wycofuj się… / …Inteligencjo!”.

Z łomem na Rękasa Stanisława

Życie i literatura Głowackiego bywały wymienne. Numer, który wykręcił wczoraj, dzisiaj stawał się kawiarnianą anegdotą. Ta jutro płynnie destylowała się w felieton dla „Kultury”, felieton zmieniał się w opowiadanie, a opowiadanie przechodziło w scenariusz filmowy. Ot, miał sprawę na kolegium za opalanie się na golasa (na plaży dla nudystów) i wypalił: „W ostatnim słowie proszę Wysoki Sąd o darowanie mi życia”. Po premierze „Potopu” napisał, że film, owszem, podobał mu się, nie może jednak zrozumieć, dlaczego Oleńkę zagrał Max von Sydow. Cóż, oboje aktorów łączyła silnie wysunięta dolna szczęka…

W opowiadaniach także demonstrował nieziemską pomysłowość. Polski biedaemigrant w Paryżu zamierza ukatrupić młotkiem bogatą paniusię, bo wyczytał o tym w jakiejś rosyjskiej powieści. Ale jak się zjawił u niej z młotkiem za paskiem, ona zupełnie inaczej zinterpretowała ten sterczący pod spodniami trzonek i zatrudniła go na posadzie loverboya. To „My sweet Raskolnikow”. Głowacki zahaczył nawet o milicyjną serię „Ewa wzywa 07…”, dla której popełnił zeszyt „Dzień słodkiej śmierci” (100 tys. nakładu!). Jako że akcja rozgrywa się w warszawskim lokalu Lotos, u zbiegu Belwederskiej i Chełmskiej, można tam w korytarzu podziwiać okładkę zeszytu umieszczoną przez personel w ramkach.

A Głowacki notuje smaczki obyczajowe i językowe. Knajpiany piosenkarz refren Sinatry „Strangers in the night” wykonuje po polsku jako: „Sama w taką noc, o rany Boga!”. No i sparafrazuje jeszcze Renę Rolską: „Złoty pierścionek / podpieprzył Bronek / z wystawy. / Za ten pierścionek / posiedzi Bronek / do sprawy”. Milicyjny lekarz zapoda do protokołu: „Stwierdzono sześć ran nożem drążących w kierunku klatki piersiowej”. A pewien desperat z owiniętym szmatą łomem w garści zaczai się na dzianego badylarza nazwiskiem Rękas Stanisław. Dlaczego? „Bo żona moja, jak mówiłem, jest kobietą luksusową”. Słuch językowy miał zresztą „Głowa” rozwinięty niebywale. Notował polszczyznę kaleką, niechlujną, ale kozacką, zadzierająca nosa. „Zapraszam na argumenty” – powie pani, która otwiera zebranie w „Polowaniu na muchy”. Marek Grechuta grający tam playboya ciągnie panienkę na chatę: „Mam w domu dwa pokoje: jadalny i egzekucyjny”. I czy można było trafniej zatytułować scenariusz filmu o Wałęsie niż słowem: „Przyszłem”? A w „Rejsie” to już dosłownie każdy zasuwa te językowe gotowce potworki. I tak ma być, bo to nie wycieczkowicze klepią zasłyszane banały, to „język mówi nimi”. Oczywiście język gazety, zebrania i kursokonferencji. Oni nieustannie gadają i plotą, ale w gruncie rzeczy od siebie samych nie mówią nic.

M/s „Deliryk” i włocławskie Azoty

Więc to, co kino będzie Głowackiemu pamiętać na pewno, to „Rejs” (1970). Przez kraj przetoczyły się właśnie wydarzenia marcowe i dwójka przyjaciół, Marek Piwowski i Janusz Głowacki, nudzi się. Bo ileż można zalewać pałę w Spatifie. Głowacki miał nawet własną miarę. Siedział, popijał i spoglądał na pewną niemłodą i niepiękną niewiastę, która do tej knajpy przychodziła niemal co wieczór. I kiedy ta pani zaczynała mu się podobać, wstawał, płacił i wychodził. Rozumiał, że to jest ten moment, od którego rozsądny facet nie powinien wypić już ani kieliszka więcej, bo alkohol zaczyna siać w jego umyśle spustoszenie. Więc ci przetrzeźwiali Piwowski z Głowackim kalkulują, jak by tu nakręcić taki film, żeby dał do wiwatu towarzyszowi Gomułce, który sprawił, że życie takie nudne, a wódka taka droga. Więc najlepiej drzeć z niego i z towarzyszy łacha, ale tak, by się nie zorientowali. Scenariusz? Musi być, bo inaczej komisja nie przystawi pieczątki, nie skieruje do produkcji i nie otworzy rachunku w banku. Powstał więc przeszło 50-stronicowy tekst zaczynający się: „Letni, słoneczny poranek nad Wisłą. Brygada złożona z czterech spawaczy kończy nocną zmianę”. Po czym brygada wsiada na statek wycieczkowy, płynie w dół rzeki, a na horyzoncie ścielą się wielkie budowy socjalizmu, np. włocławskie Azoty. Bo film miał być o tym, jak klasa robotnicza regeneruje siły w trakcie wycieczki zakładowej.

Duet Piwowski-Głowacki był łebski, ale władze kinematografii też nie od macochy. Od razu wpadły na to, że ci dwaj chcą wyciąć jakiś numer, tylko nie wiedziały jaki. Obwąchiwały ten scenariusz przez niemal rok. Odbyło się w jego sprawie wiele zebrań, załączano kolejne opinie i oceny. Że jak wybuchnie chryja, to decydenci od filmu są kryci, bo mają opinie ekspertów, mają papiery. Wreszcie pieczątka: „Skierowano do produkcji”. Zdjęcia ruszyły 10 lipca 1969 r. na statku wycieczkowym „Feliks Dzierżyński”, który na użytek filmu kursował z Torunia w górę i w dół Wisły. Poeta Jonasz Kofta, który odwiedził ekipę w trakcie realizacji, zaproponował, by nazwę statku zmienić na M/s „Deliryk”. W tej sytuacji „opiekun artystyczny” filmu, szanowany reżyser starszego pokolenia Antoni Bohdziewicz, złożył rezygnację.

No, ale statek „Feliks Dzierżyński” przybił już na stałe do brzegu i to, co nakręcone, trzeba było jakoś posklejać. Piwowski bał się tej roboty. Zawodowi montażyści, obejrzawszy materiał, umywali ręce. Zapadła decyzja, że Piwowski zmontuje film sam, bo tylko on ewentualnie chwyta, o co w tej gmatwaninie chodzi. Piwowski zakasał rękawy i zaczął przycinać film, aby uzyskać te legendarne 65 minut. Szło opornie. Aż zdecydował się pokazać Głowackiemu kolaż nakręconych scen i poprosił, by ten poszczególnym ujęciom stawiał stopnie. Jak powyżej czwórki, zatrzymujemy, jak poniżej – tniemy. Ocenili, przycięli. Ale władze filmowe miały Piwowskiego, Głowackiego i ich wątpliwego dzieła całkiem dość. Po kolaudacji film otrzymał czwartą, najniższą tzw. kategorię artystyczną. To znaczy, że został uznany za kompletną pomyłkę. I ta pomyłka siłą rzeczy została oddelegowana do niewielkich kin studyjnych. Film miał być rozpowszechniany w zaledwie dwóch kopiach, czyli praktycznie nie miał być pokazywany wcale. Ale jak Marek Piwowski zobaczył wijącą się kolejkę do niewielkiego kina studyjnego w Pałacu Kultury i Nauki, gdzie pokazywano jego produkt, od razu poczuł się lepiej. Oczywiście ani przez myśl mu nie przeszło, że te „wycinanki łowickie”, które sporządził, z czasem zyskają status najbardziej kultowego filmu kinematografii polskiej.

I jeszcze jedna scena, której nie sposób Głowackiemu zapomnieć – końcowa z filmu „Trzeba zabić tę miłość” (1972). Na placu wielkiej budowy bloków mieszkalnych żyje sobie w baraku stróż (Jan Himilsbach). Nie przejmuje się za bardzo robotą. Nocą pozwala podkradać deficytowy cement – oczywiście nie za darmo. Jest sam – do dnia, kiedy w okolicy pojawia się bezdomny kundel. Stróż karmi go tym, co sam je. Głaszcze, przytula psisko. Wreszcie i pies ma etat. Został przywiązany na sznurku i razem ze stróżem pilnuje budowy. Ale kiedy nocą złodzieje podbierają cement, Misiek, który na serio potraktował swoją rolę strażnika, szczeka i budzi mieszkańców bloków. Nocni złodzieje odgrażają się, że jak psisko („ta gangrena”) nie przestanie szczekać, oni więcej nie przyjdą po towar. „Misiu, ja przez ciebie zginę”, biadoli stróż i próbuje wytłumaczyć psu, żeby się przymknął. Daremnie. Stróż popada więc w skrajną desperację – wyjmuje z zasobów budowy garść lasek dynamitu. Przywiązuje je sznurkiem do psa. Po raz ostatni czule głaska po głowie. W telewizji pokazują akurat końcowe odliczanie przed startem rakiety Apollo 15. Stróż rozpoczyna własne odliczanie. Będzie wybuch, pies zginie w ciągu sekundy – nawet nie poczuje. I problem z głowy. Ale życie bywa przewrotne. Pies bowiem nie życzy sobie być przywiązany do jakiegoś tam słupka. Szarpie się i sznurek się przeciera. Kiedy stróż już jest – wydawałoby się – bezpieczny za drzwiami swojej kanciapy, w ostatniej chwili wślizguje się za nim Misiek z trotylem na grzbiecie i zapalonym lontem. Apollo startuje w kosmos, stróżówka z hukiem wylatuje w powietrze. Grzebie psa, jego pana i ich wielką wzajemną miłość.

Picie na pusty umysł

A co do M/s „Deliryka”, to alkohol przewijał się przez biografię pana Janusza długą i barwną wstęgą. „Więc się piło – sumował Głowacki. – Romantycznie albo tragicznie, albo antykomunistycznie, albo przez rozum. A także dla przyjemności. Dookoła bieda codzienna, chamstwo, kłamstwo, brak perspektyw. »Tylko wódka zapomnienie da« – jak śpiewał harmonista w filmie Hasa »Pętla« według opowiadania Marka Hłaski. Narzeczona zdradza – seta, nie ma na buty – 150, cenzura zdejmuje książkę – pół litra, przyjaciel zakapuje – półtora, nasi przegrywają z Ruskimi w nogę – trzydniówka”.

W tej kwestii co artysta to ekspert. Tadeusz Konwicki: „Wódka jest niedobra, ale zdrowa”; Kazimierz Grześkowiak: „Na początku był chaos, ale potem Heniek przyniósł pół litra”; Wiesław Dymny: „Nie mieszaj wódki z alkoholem”; Edmund Osmańczyk: „Nie wolno pić na pusty umysł”; Ireneusz Iredyński o poecie Grochowiaku: „Te koniaki go zgubią, kulwa (Iredyński nie wymawiał r), tylko czysta i bloń Boże odstawiać. Taki zobacz, twólca, Kubiak. Powiedział, że przerzuca się na mleczko. I co? Długo pożył? Góla dwa tygodnie. Olganizm nie zniósł wstrząsu”. Krzysztof Mętrak: „Knajpy – wodopoje zakładane po to, aby mężczyźni mogli tam udawać Hemingwayów”. Krzysztof – który zresztą zapił się koncertowo w wieku zaledwie 48 lat – należał do stałej obsady stolika w kawiarni „Na rozdrożu”. Siadywali tam Filip Bajon, poeta Jerzy Górzański i – właśnie – „Głowa”. Piszący te słowa bywał od czasu do czasu dopraszany przez redaktora Mętraka jako rokujący krytyk filmowy. Niestety, jak pisał Głowacki, Krzysztof pierwszy przychodził i ostatni wychodził. Sam Głowacki potraktował Mętraka jak memento, bo o zdolnym krytyku już się mówiło tytułem znanego wówczas filmu szwedzkiego „Ona tańczyła jedno lato”. Więc sam przez lata praktykował żelazną zasadę: od samego rana, dzień w dzień pięć godzin pisania – zanim ruszy się na maraton po Spatifach. A i tak „Głowa” pytany, kim byłby w Polsce, gdyby nie wyjechał na Zachód, odpowiadał, że dokładnie nie wiadomo, ale – poza wszystkim – na pewno zostałby alkoholikiem.

Polska made in USA

Ameryka, do której się przeniósł, po tym jak stan wojenny zaskoczył go w Londynie, wymusiła na nim trzeźwość: „Byłem zaszokowany tamtą kulturą i społeczeństwem. U nich można było wszystko pisać wprost, bez metafor, paraboli, bez »ciemności kryją ziemię«. Trzeba było pisać po prostu inaczej. No i trzeba było żyć na trzeźwo”.

Na trzeźwo powstała sztuka „Fortynbras się upił” (1990), czyli „Hamlet” opowiedziany przez alkoholika. Nawet grabarze piją tu na umór. Jednego otrząsa: „– Dodałem politury, żeby się nogi nie pociły”. Mówią też o śmierci króla. Że zabili go w czerwcu, dokładniej w drugiej połowie, właściwie to 28 czerwca przed obiadem. Cóż, czkawka po „Rejsie”… Głowacki lubił zresztą nawiązywać. W „Czwartej siostrze” (2000) młode Rosjanki nie marzą – jak w sztuce Czechowa – o wyjeździe do Moskwy. Skąd! Im się marzy emigracja do Ameryki. Bo w Rosji rządzą po staremu: wóda i bieda. „Piję codziennie od 52 lat i nie popadłem w nałóg” – zadeklaruje śmiało Rosjanin typu „krew z krwi”. A jedna z sióstr (ale nie ta, która w końcu okaże się transwestytą), której słabo płacą w zoo, podkrada mięso tygrysowi. Więc przegłodzony tygrys w rozpaczy odgryzie nogę treserowi cyrkowemu.

Zresztą w tej Ameryce, do której ciągną Rosjanki, wcale nie jest lepiej, co na przykładach podaje trawestacja Sofoklesa – „Antygona w Nowym Jorku” (1992). Rosyjski Żyd, polski cwaniaczek i szurnięta Portorykanka, która uparła się pochować bezdomnego kumpla z Central Parku. Bo mieli go upchnąć w bezimiennym grobie. Rosjanin wspomina, że za ścianą w jego leningradzkim mieszkaniu była siedziba KGB. Całą dobę zwierzęce ryki przesłuchiwanych. Zagłuszał je muzyką z radia. Z czasem ją znienawidził – muzykę, nie krzyki. Polak wspomina, że w jego wsi za okupacji wydawali Żydów za pieniądze. Ale jeden nie wydał. I ten przechowany Żyd przesyłał mu po wojnie forsę z Izraela. A ci, co wydawali, na widok jego bogactwa (samochód, non iron itd.) pluli sobie w brodę, że w porę nie zorientowali się, skąd płynie prawdziwa forsa.

I tak ta Ameryka – jak to u Głowackiego – płynnie przeszła w Polskę. Wrócił. Sekundował naszej garbatej demokracji, kpił, judził i szydził. „Za komuny staliśmy mniej więcej wszyscy w brudnej wodzie po szyję. Więc wyglądaliśmy podobnie i wyglądało, że myślimy podobnie. Teraz woda opadła i zaczęła się rewia narodowa: ktoś podobno stał z gołą dupą, ktoś inny w dynamówkach, a jeszcze ktoś inny w stringach. Jakież to podniecające!”.

Wydanie: 35/2017

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy