Artysta zniknął, smutne miasteczko zostało

Artysta zniknął, smutne miasteczko zostało

Geniusz, uwielbiany przez tłumy, nie potrafił być dobrym mężem i ojcem, sprawdził się jako dziadek

Chyba był optymistą. W 1984 r., między stanem wojennym a przemianami roku 1989, pisał w piosence „Smutne miasteczko”: „(…) Śmiech istotnie przygasł w narodzie, / a radosna ministrów rada / zakrzyknęła: »O to nam chodzi! / Ta koncepcja nam odpowiada!«. / A widz pewien pod płaczu beczką / do sąsiada szepnął: »Sąsiedzie, / to jest tylko smutne miasteczko, / ono sobie kiedyś pojedzie…«”.

Jednak to Wojciech Młynarski zniknął, smutne nie tylko miasteczko pozostało. Odszedł w środowy wieczór, 15 marca. Za rękę trzymał go syn Jan. O śmierci jako pierwsza poinformowała młodsza córka Paulina. Kilka dni wcześniej przyszła do szpitala pierwsza żona Młynarskiego Adrianna Godlewska, mama Agaty, Pauliny i Jana. Osoba związana z rodziną wyjawiła prasie, że Adrianna poprosiła, by Wojciech Młynarski uścisnął jej dłoń, jeśli ją słyszy. Zrobił to. Potem zostali sami w sali szpitalnej. Podobno pani Adrianna chciała powiedzieć, że nie ma żalu, że ją opuścił.

Mistrz na basenie

Czy ktoś mógłby zliczyć, ile razy słyszał piosenki Młynarskiego? Dziesiątki tysięcy, setki tysięcy, milion razy? Wojciech Młynarski rymował od dzieciństwa jak wiele dzieci, ale większość z tego wyrasta. On nie. W rodzinnym archiwum jest wiersz z 22 listopada 1950 r. Miał dziewięć lat, kiedy napisał rymowane życzenia dla babci. Zakończył je: „(…) I łobuz rozkrzyczany, nieznośny Wojtala, / Przed każdym się swym wierszem wspaniałym pochwala. / Wszyscy krzyczą, winszują, wrzeszczą i gadają, / I Babuni życzenia najlepsze składają. Kochający wnuk Wojtek”.
Nie wiem, kiedy po raz pierwszy usłyszałam coś z repertuaru Młynarskiego. Może to była piosenka „Jesteśmy na wczasach”, którą szczególnie upodobał sobie mój tata i wykonywał z pasją, grając na pianinie. Oczywiście widziałam Wojciecha Młynarskiego wiele razy w telewizji. Po raz pierwszy na żywo zobaczyłam go w pewien letni dzień na odkrytym basenie Gwardii w Warszawie. Wpadał tam czasami, bo mieszkał w pobliżu z żoną i córkami (syn pojawił się na świecie kilka lat później). Nie pamiętam, czy był sam, czy z Agatą i Pauliną, ale pamiętam poruszenie plażowiczów, kiedy odkryli, że na jednym z koców siedzi Mistrz. Lubił być blisko zwykłych ludzi, bo to z tych spotkań często czerpał pomysły na piosenki i wyłuskiwał powiedzenia, które potem stawały się kultowe.

Dwa razy byłam na jego recitalu: w nieistniejącej już kawiarni przy Grójeckiej w Warszawie – teraz mieści się tam klub Dekada – i w wakacje pod koniec lat 80. w kawiarni Grand Hotelu w Sopocie.

Raz miałam okazję rozmawiać z Mistrzem. Był marzec 2006 r. W tygodniku „Gala” staraliśmy się, żeby w numerach świątecznych wiodący artykuł opowiadał o tym, jak święta spędza znana rodzina. Zaproponowałam Młynarskich. Jako pierwsza gazeta pokazalibyśmy Wojciecha Młynarskiego z dziećmi i wnukami. Pomysł został entuzjastycznie przyjęty przez naczelną.

I zaczęły się schody. Syn pana Wojciecha Jan studiował wówczas w USA, więc jego udział w sesji zdjęciowej był niemożliwy. Agatę i Paulinę czasem udawało się namówić na rozmowę, lecz ich dzieci odmawiały jakiegokolwiek kontaktu z dziennikarzami. No i największy problem – przekonanie do rozmowy i udziału w sesji Mistrza. Mediacji podjęła się Agata. Wojciech Młynarski rzadko udzielał wywiadów nawet poważnym tytułom prasowym. I nie był skłonny pozować z rodziną. Pismo takie jak „Gala” było dla niego jak z innej planety. Jednak w końcu się zgodził. Może, jak w przypadku wypadów na basen, potraktował to jako nowe doświadczenie, które może sprowokować powstanie tekstu piosenki lub felietonu?

Rozmowę z Agatą i jej synami: Stanisławem, który miał wówczas 21 lat, i 17-letnim Tadeuszem, przeprowadziłam w ich domu w podwarszawskim Zalesiu Górnym. Z Pauliną i jej córką Alicją, 13-latką, miałam rozmawiać przed sesją zdjęciową. Wojciech Młynarski zgodził się na krótki wywiad przed sesją, ale zastrzegł, że w każdej chwili będzie mógł go przerwać.

Producentka sesji wymyśliła, że odbędzie się ona w popularnym klubie Piekarnia na warszawskim Żoliborzu. Ponieważ dopiero po północy skończyła się jakaś impreza, panował tam potworny rozgardiasz. Na dodatek było bardzo zimno. Obsługa wszystko porządkowała i dogrzewała. Zaczęłam się niepokoić, że kiedy Mistrz to zobaczy, zrezygnuje. A kiedy o planowanej godzinie w ogóle nie pojawił się w Piekarni, zdenerwowałam się naprawdę. Bez niego ta wielkanocna okładka nie miała sensu.

Wreszcie przyjechał. Zgodził się na rozmowę. Cierpliwie pozował. Powstał artykuł, który uważam za jeden z najważniejszych moich tekstów w „Gali”. W leadzie napisałam: „Jedna z najbardziej znanych rodzin w Polsce. Klan Młynarskich. Były w jego historii burze z piorunami i dobre emocje, wielkie miłości i dramatyczne rozstania. Oddalali się i zbliżali. Teraz są naprawdę bardzo blisko siebie. Po raz pierwszy udało się zebrać trzy pokolenia”.

Tak blisko

– Staramy się trzymać ze sobą – mówił wtedy Młynarski. – Święta są dla nas bardzo ważne. One są cezurą w naszym rodzinnym życiu. Przywiązujemy ogromną wagę do tych spotkań. W Boże Narodzenie i Wielkanoc chcemy być razem.

Był czas, kiedy wydawało się, że słowo razem pozostanie tylko frazesem. Agata miała zaledwie 19 lat, kiedy wyprowadziła się z domu, wzięła ślub, urodziła Stasia. Nie chciała urządzić się u rodziców w ich dużym, pięknym domu. Z mężem i synem zamieszkała u dziadka Hieronima, choć miał niewielkie dwa pokoje. Zaledwie dwa lata później z rodzinnego domu wyfrunęła 16-letnia Paulina. Wyjechała do Francji, w nieznane. Wtedy to był szokujący krok. Mówiono, że zagrała u Wajdy i gwiazdorstwo jej odbiło. A ona nigdy nie rozwodziła się nad swoją motywacją. Co najwyżej sugerowała, że nie bez znaczenia była atmosfera w domu rodzinnym.

– Najpierw Agata, potem Paulina… W pewnym momencie rodzina się rozpadła, bo niezależnie od tego wszystkiego, co działo się w życiu córek, ja wyprowadziłem się z domu – wspominał Wojciech Młynarski. – Nasza rodzina zaczęła funkcjonować na powrót dopiero wtedy, kiedy dziewczyny podrosły, dojrzały i doceniły, jak ważne są te więzi. W znacznej mierze to właśnie one je odbudowały.

W święta Bożego Narodzenia w 2005 r., po raz pierwszy od lat, do kolacji wigilijnej przy jednym stole zasiedli mama Agaty, Pauliny i Jasia – Adrianna Godlewska i ich tata. Rany spowodowane rozstaniem goją się bardzo powoli.

Do ilu razy sztuka

Agata jest po raz trzeci mężatką, Paulina ma za sobą cztery nieudane małżeństwa. Ostatnie zakończyło się rozwodem w 2010 r. Ale wśród wybranków Pauliny nie było ojca jej córki, choć podobno on był najważniejszym mężczyzną w jej życiu. Obie siostry Młynarskie przyznają, że zafundowały swoim dzieciom niezbyt spokojne dzieciństwo.

– Czy to dobrze, że moi partnerzy wprowadzali się do mnie? – zastanawiała się Agata. – Myślałam, że dom powinien być spokojną przystanią, że powinnam go chronić przed burzą, jaką jest pojawienie się w nim obcego mężczyzny. Ale okazało się, że tak się nie da, kiedy jest się osobą publiczną. Miałam przesiadywać po restauracjach? Lepiej zabrać dzieci i pojechać na wakacje. Poza tym ja nie miałam romansów. Jestem osobą nie na romansowanie, ale na życie. Krótsze, dłuższe, bardziej lub mniej burzliwe, ale życie. Jestem monogamistką i jeśli decyduję się na jakiś związek, całkowicie mu się poświęcam.

Odkąd Agata i Paulina dorosły, tata nie wtrącał się w ich życie. Ale był taki okres, kiedy przekonywał Paulinę, że nie powinna być sama. – Mówił mi: „Musisz mieć oparcie w jakimś mężczyźnie” – wspominała. – Te słowa bardzo mocno mi zapadły w serce i szukałam tego związku. Ale w końcu uznałam, że jego prawo tak mówić, a moim prawem jest kierować się własnym dobrem. Nie będę z kimś wyłącznie z tego powodu, że muszę kogoś mieć.

Superdziadek

Nigdy nie miał zbyt wiele czasu dla dzieci, zajęty własną twórczością. Ale jako dziadek Wojciech Młynarski sprawdzał się naprawdę dobrze. Jakby chciał wynagrodzić córkom, że dla nich brakowało mu cierpliwości. Miał bardzo bliski kontakt z wnukami: 21-letnim wówczas Stasiem, studentem II roku psychologii stosunków międzykulturowych, i 17-letnim Tadeuszem, licealistą – synami Agaty, oraz 13-letnią Alą, uczennicą gimnazjum – córką Pauliny.

Nie lubił słowa dziadek. Wnukom kazał mówić mu po imieniu. Tadzio i Staś podporządkowali się temu życzeniu bez problemu. Kiedy opowiadali o nim, mówili: Wojtas Dziadas. Podobnie Ala, córka Pauliny. Ale ona nie zwracała się do dziadka po imieniu. – Przez kilka lat walczył ze mną, żebym mówiła do niego Wojtek – wspominała w 2006 r. – Wstydziłam się. Myślałam: „Jak mam tak mówić, to przecież nie jest jakiś tam Wojtek?”. W końcu stanęło na moim.

Z Wojtasem Dziadasem najbardziej zżyty był Staś. Kiedy wybierali się gdzieś razem, dziadek przedstawiał go znajomym: „To mój wnuk i ziomek”, czyli kumpel. – Dobrze się dogadujemy jako dwóch facetów – uważał Staś. – Dziadek jest niestereotypowy, to postać niemal bajkowa. Bywają okresy, kiedy spędzamy razem dużo czasu. Chodzimy na premiery, czasem do knajpki.

Agata potwierdziła, że starszy syn ma świetny kontakt z dziadkiem: – Wiem, że zdanie Stasia jest szalenie ważne dla taty.

– Staram się przyjaźnić z moimi wnukami – mówił Wojciech Młynarski. – Mam wrażenie, że nasz kontakt jest dobry, zwłaszcza ze starszym, Stasiem. Zapraszam go do restauracji na hinduskie jedzenie, które obaj lubimy. Wtedy gadamy na różne tematy, które nas interesują: o muzyce, sztuce. Rozmawiamy nawet o dziewczynach. Mój kontakt z Tadziem jest luźniejszy, bo on jest młodszy i interesuje się przede wszystkim wspinaczką, a ja w tej dziedzinie nie mogę mu służyć doświadczeniem. Myślę, że dogaduję się także z Alą. Z nią zazwyczaj rozmawiam o tańcu, np. charakterystycznym, flamenco. Pochwalam to, że tańczy, i mam wrażenie, że coś z tego będzie.

Wnuczka Alicja

Tańczy od ósmego roku życia. Marzyła o szkole baletowej. Kiedy mieszkały z mamą w Paryżu, chciała się dostać do szkoły przy operze. Nie zdążyła, bo nieoczekiwanie wróciły do kraju. W 2006 r., kiedy powstał artykuł, Ala chodziła do dobrej szkoły tanecznej w Warszawie. Mówiła, że balet klasyczny to podstawa, ale najbardziej kocha taniec nowoczesny, np. street jazz.

Ale Wojtas Dziadas też pewnie miał satysfakcję jako tekściarz i przed laty członek różnych kabaretów, kiedy usłyszał, że wnuczka założyła z koleżanką Kabaret Młodszych Pań. Poza tym pasją Ali były happeningi. Na przykład w 2006 r. zorganizowała w szkole happening pod hasłem: „Nie bądź obojętny na głód na świecie”. Wcześniej zbierała pieniądze na pomoc dla dzieci w Afryce, dla bezdomnych psów. Albo po prostu z twarzą pomalowaną farbami wędrowała po ulicach Zakopanego, by wzbudzać śmiech przechodniów i – jak mówiła – rozjaśnić szarość dnia.
– Moim ulubionym zajęciem jest cieszenie się życiem – twierdziła. – Mam dni, kiedy przepełniają mnie taka euforia i szczęście, że nie jestem w stanie siedzieć cicho.

Wnuk Tadeusz

Tadzio mówił, że prędzej Ziemia przestanie się kręcić, niż jego przestanie kręcić wspinaczka. – Z bratem będziemy pierwszym pokoleniem w rodzinie, które pójdzie własną drogą, nie w stronę sztuki, teatru, muzyki. Czuję, że ze wspinaniem zwiążę swoją przyszłość. Teraz to dla mnie najpoważniejsza sprawa.

Zainteresował się nią, kiedy miał 10 lat. Znalazł w domu książkę o tym, jak się wspinać na skały. Namówił tatę, żeby zawiózł go na ściankę. Tak się zaczęły cotygodniowe wspinaczki. A po roku z kolegą wyjechał do Jury Krakowsko-Częstochowskiej i na skałkach ukończył kurs. Nowy sport pochłonął go bez reszty. Dopiero jako 17-latek wyjawił mamie, że pieniądze, które dostawał na obiady, przeznaczał na sprzęt wspinaczkowy. Wracał do domu z pustym brzuchem, ale z nowym karabińczykiem.

Trenował na ściance, jeździł na skały, startował w zawodach. W 2006 r. otrzymał nagrodę Orła Klubu Wysokogórskiego za osiągnięcia wspinaczkowe. Najlepszym przyjacielem Tadzia był wtedy 25-letni brat Agaty i Pauliny. Jasiek kiedyś powiedział nawet, że gdyby urodził się później i gdyby nie był tak zafascynowany graniem na perkusji, też by się wspinał. Ale perkusja wygrała. W 2006 r. uczył się bębnić w słynnej szkole w Nowym Jorku.

– Każdy sam powinien sobie znaleźć pomysł na życie – uważał dziadek Wojtek. – Niczego nie należy robić na siłę. Pewnie, że byłoby przyjemnie, gdyby któryś z wnuków poszedł moją drogą, ale tak się nie stało i raczej już nie stanie. Każdy kontynuuje i rozwija w sobie to, do czego ma zamiłowanie.

Wojciech Młynarski od początku wspierał pasję wspinaczkową wnuków, bo jest entuzjastą gór. Tą miłością zaraził całą rodzinę. – W Tatrach mamy dom, który nazywamy Puciówką, od „Pucio, pucio” – mówił. – Stoi w Kościelisku na Polanie Sobiczkowej i jest to najmilsze miejsce pod słońcem. Jeśli możemy tam się spotkać, jesteśmy najszczęśliwsi. Tam są najprzyjemniejsze święta i wakacje. Nie ciągnie nas specjalnie w odległe kraje, wolimy pojechać do Kościeliska. Tam jest niezwykła atmosfera, której nie da się opisać w żadnym języku.

Wnuk Stanisław

Trzy lata po Tadziu na wspinaczkową chorobę zapadł jego starszy brat: – Z górami byłem związany od zawsze, podobnie jak brat i cała rodzina. Przecież w Tatrach spędziliśmy wiele wakacji i świąt. Gdy miałem cztery lata, a Tadzio był malutki, mama chodziła z nami na wyprawy w góry – brat siedział w nosidełku na piersiach, ja na plecach. Później tata zabierał nas na wędrówki po Tatrach i pamiętam, że siedziałem mu na barana.
Z powodu swojego hobby za najpiękniejsze święta wielkanocne uważają te w 2005 r. Spędzili je z mamą, dziadkiem, Pauliną i Alą w Puciówce. I oczywiście się wspinali.

Główną „sponsorką” wspinaczkowych zainteresowań synów była Agata. – Od początku byłam całym sercem po stronie Stasia i Tadzia – mówiła. – Oni wybrali taki styl życia w opozycji do tego, co działo się i dzieje w naszej rodzinie. W ten sposób zaistnieją na tle rodziny pełnej silnych osobowości, tradycji artystycznych i historycznych. Znaleźli swoją koleinkę.

Ludzie patrzą

Przez lata Paulina była zakopiańską korespondentką radia, potem paryską. Dla przechodniów – osobą anonimową. Kiedy w 2005 r. związała się z telewizją, zaczęła być rozpoznawana. I w ten sposób jej córka zaczęła odczuwać plusy i minusy popularności, o których do tej pory słyszała jedynie z opowieści Stasia i Tadzia. Oni nie znosili tego, że ktoś interesował się ich mamą, prosił ją o autograf, a wszystkie oczy zwracały się w ich kierunku. Mieli wtedy ochotę zapaść się pod ziemię.

Agata śmiała się z tych narzekań, bo sama przeszła taką szkołę. – Pamiętam, jak miałam 17 lat i szłam z tatą po Krupówkach – wspominała. – Nagle za plecami usłyszałam przeciągły gwizd i stwierdzenie: „Patrzcie, Młynarski z jakąś młódką”.

Największym poruszeniem, jakie udało się na początku 2006 r. wywołać rodzinie, był zdaniem Stasia i Tadzia wspólny wypad na przedstawienie „Romea i Julii”. Oprócz mamy towarzyszył im wówczas dziadek. Tadeusz: – Mama twierdziła, że nikt nie patrzy, ale widziałem, że ludzie w kolejce się oglądali. Czułem się fatalnie. Miałem ochotę uciec. Ale mama i dziadek nie uciekną przed sobą.

Przed „Galą” żadnej gazecie nie udało się namówić braci na sesję zdjęciową. W szkołach nieliczni wiedzieli, kto jest ich mamą, bo na ich prośbę nigdy nie pojawiała się na wywiadówkach, a nazwisko noszą po tacie. Nigdy więc nie słyszeli od nauczycieli uwag, że powinni lepiej napisać wypracowanie. Najwyżej wytykano im braki w historii, bo rodzina ojca to znani historycy. – Kiedyś nauczyciel mnie spytał: „Czy jesteś z tych Kieniewiczów?” – opowiadał Tadzio. – Przytaknąłem. I wiedziałem, że będzie uważał, że powinienem umieć więcej.

„Młynarze” w Piekarni

Byli jak paczka przyjaciół. W 2006 r. Paulina i Agata mieszkały blisko siebie, często się odwiedzały. Chłopcy mówili po imieniu Paulinie, Ala Agacie. Co łączyło ich poza więziami rodzinnymi? Oczywiście góry i Puciówka. A także specyficzny humor Młynarskich. – Nas pociąga humor abstrakcyjny, coś takiego, co jest ponad warstwą zjawisk normalnych, jakaś mgiełka lekkiego absurdu. To nas najbardziej bawi – mówił Wojciech Młynarski. – I na to wszystko najszybciej reagują i dzieci, i wnuki. Wystarczy rzucić hasło i od razu jest ono łapane. Może się tak zdarzyć, że jeśli w naszym towarzystwie jest ktoś z zewnątrz, spoza „klanu” Młynarskich, nie wie, o co nam chodzi. Aczkolwiek to nie jest takie częste.

W czasie sesji zdjęciowej wystarczyło, by ktoś z rodziny rzucił nazwę klubu Piekarnia, a rozlegał się chichot. „Młynarze” w Piekarni – to przecież niezły greps. Małomówny Tadek, który przez pół wieczoru nie otwierał ust, nagle potrafił powiedzieć coś tak zabawnego – w typie humoru „młynarskiego” – że Ala przez kwadrans turlała się ze śmiechu po podłodze. Agata szalenie ceni u synów poczucie humoru, podobne do tego jej ojca i mamy, bo pozwoliło im przetrwać najtrudniejsze chwile, których w rodzinie nie brakowało. – U Młynarskich wszyscy są zakręceni w niewymuszony, naturalny sposób. Każdy ma swoją korbę – twierdził Staś. – To nas łączy. Kolejna nić porozumienia to muzyka. Wojtas Dziadas jest wybitnym wielbicielem samby. Po nim i babci Adriannie odziedziczyliśmy słabość do tej muzyki. Nasze serca grają sambę.

11 lat później

Od wielkanocnej sesji zdjęciowej minęło 11 lat. Agata jest szczęśliwą żoną Przemysława Schmidta, Paulina singielką. Jan wrócił ze Stanów, ożenił się, ma dwie córki: Helę i Różę. Jest znanym perkusistą, gra w zespole Warszawskie Combo Taneczne, wydaje płyty, w 2016 r. był nominowany do nagrody Wdechy 2015 w kategorii Człowiek Roku.

Stanisław Kieniewicz, 32-letni, przed końcem 2010 r. ożenił się z wieloletnią narzeczoną Kają. Mają dwie córki: sześcio- i czteroletnią. Tadeusz Kieniewicz, 28-letni, ukończył Warszawską Szkołę Filmową, jest operatorem. W 2016 r. miał premierę holenderski film „Bezness as usual”, opowiadający o seksturystyce, w produkcji którego uczestniczył. Na Facebooku Agata napisała wówczas: „Miał przyjemność odpowiadać za część narracyjną zdjęć do tego filmu. Jestem dumna z Tadzia i szczerze mu gratuluję pasji, talentu i wytrwałości”. Podobno na razie młodszy z braci nie planuje założenia rodziny.

Alicja Nauman, córka Pauliny, 24-latka, w 2013 r. razem z mamą napisała książkę „Kochaj i rozmawiaj”. W lipcu 2015 r. debiutowała jako dziennikarka – była współautorką artykułu „Mścicielki gender”, który opublikowała „Krytyka Polityczna”. W internecie przedstawia się jako tancerka i antropolożka. Jak widać, nie wyrosła z zamiłowania do tańca. Nie przeszła jej też pasja do happeningów ani walki o słuszną sprawę. W rozmowie z portalem i-D Polska opowiedziała o udziale w „czarnym poniedziałku”, który połączył trzy pokolenia, bo – jak wyjawiła – pod kolumną Zygmunta spotkała się ze swoimi babciami, mamą i ukochaną.

W piątek, 24 marca, klan Młynarskich pożegnał Mistrza. Wojciech Młynarski spoczął w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.

Wydanie: 13/2017

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy