Wpisy od Wojciech Kuczok
Czerwony gwiazdozbiór
Polska piłka klubowa wychodzi zza żelaznej kurtyny niemocy i partactwa
Nasze kluby wygrały w minionym tygodniu wszystkie mecze i awansowały w komplecie do kolejnych rund eliminacji pucharowych. Dla kibiców znękanych wieloletnią smutą pucharową tak szalone wieczory jak ten, w miniony czwartek, kiedy jedynie zaawansowani adehadowcy mieli szanse na satysfakcję, śledząc jednocześnie trzy mecze polskich drużyn, zachodzące na siebie czasowo, to coś wyjątkowego. W każdym z nich nasi strzelali, trafiali i zwyciężali – można od tego postradać zmysły, choć nie można się przejeść. Czuję się trochę jak w lipcu 1986 r., kiedy wraz z rodziną po raz pierwszy przekroczyliśmy żelazną kurtynę przy okazji odwiedzin u znajomych ojca w Wiedniu. Pierwszy z brzegu supermarket i nagle feeria zapachów, kolorów, zarazem oszałamiająca i upokarzająca, bo sobie człowiek w kilka sekund uświadomił, jak żyją ludzie w normalnym świecie.
Otóż polska piłka klubowa wychodzi zza żelaznej kurtyny niemocy i partactwa, dlatego ekscytujemy się każdym meczem, w którym nasi nie tylko unikają wpadek, ale pokonują rywali z polotem i finezją. Jest pięknie, coraz piękniej, choć przynajmniej dla Lecha zaczynają się teraz schody. Wiadomo, że w drodze do Champions League trafi się co najmniej na jednego giganta – w XXI w. tylko raz polski klub z racji rozstawienia we wszystkich rundach nie musiał zagrać z drużyną wyżej notowaną i skrzętnie to wykorzystał. W 2016 r., choć Legia pod wodzą Besnika Hasiego zaczęła sezon fatalnie, grała brzydko i nieskutecznie, potrafiła awansować do Ligi Mistrzów dzięki szczęśliwej drabince – trafiła na rywali z Bośni, Słowacji i Irlandii. Bywały za to „wtopy” we wczesnych fazach pomimo rozstawienia – w 2009 r. Wisła już w pierwszej rundzie odpadła z Levadią Tallin, Legia w drugiej fazie w 2018 r. ze Spartakiem Trnawą. Lech załatwił sprawę już w pierwszym spotkaniu, w rewanżu na Islandii mecz odbył się bez historii, gospodarze byli zdumiewająco nieporadni, zwłaszcza w ofensywie. Lechici robili masę kardynalnych błędów, z których rywale nie potrafili skorzystać, za to poznaniacy wykorzystali jeden z prezentów – gola zdobyli pressingiem, wystarczyło odrobinę nacisnąć i wikingowie się pogubili. Mikael Ishak, najlepszy w historii Lecha pucharowy snajper miał okazję poprawić swoje statystyki.
Ale z taką grą Lech nie ma żadnych szans przeciw kolejnemu rywalowi – w środę na stadionie w Poznaniu Kolejorz zmierzy się z Crveną zvezdą Belgrad. Przy okazji: nie rozumiem, dlaczego gros dziennikarzy uparcie się błaźni, błędnie odmieniając pierwszy człon nazwy, która oznacza oczywiście czerwoną gwiazdę. Słyszymy więc o Crvenie, czasem nawet o… Krwenie, zamiast o Crvenej – toż nie trzeba być poliglotą, żeby się tutaj odnaleźć, wystarczy odrobina słuchu.
Ekipa ze stolicy Serbii to najsłynniejszy i najbardziej utytułowany klub z Bałkanów – zdobywca najcenniejszych trofeów klubowych na świecie (Puchar Mistrzów i Puchar Interkontynentalny w 1991 r.), a także finalista Pucharu UEFA w 1979 r. U schyłku lat 70. Zeszłego wieku jugosłowiański jeszcze wtedy klub nie miał łatwej ścieżki do finału, zwłaszcza że już w pierwszym meczu dostał solidnie lanie od enerdowskiego Dynama Berlin – 2:5. W rewanżu udało się odrobić straty, ale na dalszej drodze stawały kluby angielskie i hiszpański – dopiero w finałowym dwumeczu silniejsza okazała się Borussia Mönchengladbach z niesamowitym Duńczykiem Alanem Simonsenem. Prym wtedy wiedli w Crvenej Dušan Savić, Miloš Šestić i Vladimir Petrović, który po latach jako asystent trenera powiódł swój klub do zwycięstwa w Pucharze Mistrzów. Tuż przed rozpadem Jugosławii i wybuchem wojny domowej, wiosną 1991 r., drużyna złożona z reprezentantów wszystkich republik odniosła największy sukces w historii bałkańskiej piłki. Obok Serbów
Powrót do Europy
Nigdy dotąd nasza pozycja w rankingu ligowym UEFA nie była tak wysoka
Ekstraklasa rośnie w siłę. W ciągu pierwszych trzech tygodni okienka transferowego nasze kluby wydały na transfery więcej niż w całym ubiegłym – rekordowym pod tym względem – sezonie. Zbroją się wszyscy, nie tylko czołówka, także ligowi średniacy ściągają piłkarzy z coraz poważniejszym CV, a nawet trenerów z ligowego TOP 5 (Luka Elsner przejął Cracovię po trzech sezonach spędzonych w Le Havre i Stade Reims).
Kibole Legii wiedzeni dziecinną zazdrością i odwiecznym przerostem ambicji urządzili wręcz bojkot swojej drużyny – „Żyleta” opustoszała na znak protestu przeciw zbyt skromnym zakupom w stosunku do rywali.
W pierwszej kolejce ligowi potentaci zostali okrutnie potraktowani przez przeciwników – Jagiellonię sprał na kwaśne jabłko beniaminek ze wsi Nieciecza (0:4), Lecha boleśnie obiła Cracovia (1:4), a Pogoń została znokautowana przez Radomiaka (5:1). Nie widzę w tym przypadku, lecz zapowiedź najbardziej wyrównanego sezonu od niepamiętnych czasów. Legiocentryczna teoria o tym, że aby mieć silną ekipę w Europie, jeden klub musi być w kraju bezkonkurencyjny, zupełnie się nie sprawdza – nigdy dotąd nasza pozycja w rankingu ligowym UEFA nie była tak wysoka. Sukcesy Legii i Jagiellonii (ćwierćfinały Ligi Konferencji w zeszłym sezonie) sprawiły, że polskie kluby przestały o europejskich pucharach „myśleć Probierzem”. Szczęśliwie były już selekcjoner naszej kadry narodowej twierdzi, że awans do pucharów to pocałunek śmierci, bo to skraca wakacje, demoluje plan przygotowań przed sezonem, kluby zaliczają letni falstart i nic z tego nie mają poza spadkiem morale. A jeśli jakimś cudem przebrną dalej, to zaliczają katastrofalny sezon, bo Polaków nie stać kadrowo na grę równocześnie w lidze i w Europie. Zatem, wedle złotej polskiej myśli szkoleniowej spod znaku młócki i paździerza, olewamy puchary i „skupiamy się na lidze”. Nie ma co się pchać na salony, w ekstraklasie człowiek się nie namęczy, a przynajmniej dobrze zarobi.
Teraz, gdy UEFA uszyła Ligę Konferencji na naszą miarę, nagle okazuje się, że można wojować w Europie skutecznie, a i zarobić znacznie lepiej niż na rodzimych murawach. Oto więc nasze zespoły wykazują zaangażowanie wystarczające do uniknięcia wstydliwych potknięć, a i z lepszymi od siebie radzą sobie niezgorzej. Choć trzeba uczciwie przyznać, że klątwa Probierza dotknęła w ubiegłym sezonie połowę naszej klubowej reprezentacji – Śląsk Wrocław nic w Europie nie zwojował, a i tak nie wygrzebał się z falstartu i spadł z ekstraklasy, Wisła Kraków zaś dzielnie dotrwała do czwartej rundy eliminacji, punktów rankingowych nam nazbierała, ale do ekstraklasy trzeci sezon z rzędu nie udało jej się wrócić.
Należy zatem dodać zastrzeżenie: puchary są dobre dla najbogatszych – i w tym sezonie szczęśliwie reprezentują nas czołowi ligowcy z budżetami na europejskim poziomie. W efekcie na sześć rozegranych dotąd spotkań Polacy odnieśli pięć zwycięstw i jeden remis przy więcej niż przyzwoitym stosunku bramek 16-3. Tym samym wspięliśmy się już na 13. miejsce w rankingu UEFA, co – gdyby je utrzymać – sprawi, że za dwa lata mistrz Polski rozpocznie eliminacje do Champions League w ostatniej rundzie, a w razie niepowodzenia będzie miał zagwarantowany start w Lidze Europy.
Na razie jest po staremu, czyli nasz majster musi się przedzierać przez rywali już od rundy drugiej, ale przejście choć jednego z przeciwników gwarantuje w najgorszym razie jesień w Lidze Konferencji.
Przed meczem Lecha Poznań z mistrzem Islandii nie byliśmy wolni od niepokojów, chociażby za sprawą żywego wciąż w pamięci kibiców Kolejorza niesławnego dwumeczu w 2014 r. z islandzkim Stjarnanem, kiedy Lechici w eliminacjach Ligi Europy przegrali na wyspie wulkanów, a w rewanżu nie byli
Puszcza Warszawa
Mieszkałem w centrum Warszawy prawie dekadę, dla człowieka dziczy to było wyzwanie, to jakbym aerofobię chciał przełamać lotem do Nowej Zelandii. Los sobie ze mnie – żarliwego i nieprzejednanego wroga wielkomiejskości – okrutnie zadrwił. Wżeniłem się w Warszawę. Wyprowadzałem się na wieś, a wylądowałem na Wiejskiej. Spokojnie, nie popadajmy w pułapki metonimii – wylądowałem jak najbezczelniej jako cywil, w części szlachetniejszej niźli sektor parlamentarny. Przez terytorium sejmowe przemykałem jedynie skrótem w stronę Myśliwieckiej, dopóki nie został zamknięty dla postronnych. Pasaż między Sejmem i Senatem podobał mi się nie tylko architektonicznie, ale ze względu na tę swoją otwartość. Posłowie ćmili sobie papieroski przed budynkiem sejmowym, obgadywali jakieś sprawy wagi państwowej na świeżym powietrzu, a każdy człowiek bez właściwości mógł przechodzić mimo i zachwycać swój chłopski rozum transparentnością polityki. BOR-owców nie było wokół wcale albo byli bardzo dyskretni, bo choć mój krótkowzroczny kundel na długiej smyczy gotów był pomylić nogawkę poselską z drzewkiem, mury sejmowe zaś wyjątkowo gęsto opatrywał psimi postami na piss-booku – nigdy nikt mi wstrętów nie czynił. Kiedyś politycy czuli się bezpiecznie, widocznie nie mieli nic na sumieniu, bo rządzili zamiast knuć.
A potem przyszło PiS i zanim zaczęło demolować państwo prawa, już wiedziałem, że będzie źle, bo Kuchciński od razu nakazał zamknąć tereny sejmowe dla ludności. Odgradzanie jest zaraźliwe, potem zaczęła się epidemia płotów, nowych grodzeń – jakby z Wiejskiej chcieli zrobić przedłużenie Nowogrodzkiej. W tym samym czasie po drugiej stronie ulicy zaczęło przyrastać wielkie gmaszysko nowego hotelu sejmowego, przez co zupełnie mi się odechciało chodzić z psem na Jazdów, bo trzeba teraz omijać łukiem plac budowy. Ukradli mi najbliższy skwerek na psie kupki i zrobili z tej
Smaganie na trawie
Mamy do czynienia z jednym z najbardziej spektakularnych zwycięstw w historii polskiego sportu
Iga Świątek odesłała Amandę Anisimovą z Wimbledonu „rowerkiem” i bezwzględnie mamy do czynienia z jednym z najbardziej spektakularnych zwycięstw w historii polskiego sportu. Wygrana finału bez straty gema przytrafiła się na londyńskim turnieju pierwszy raz od 114 lat, a w finale imprezy wielkoszlemowej po raz pierwszy od 1988 r., kiedy Steffi Graff zmiażdżyła rywalkę z Białoruskiej SRR, 17-letnią Natallę Zwierawą.
To była rzeź, egzekucja, znośna tylko dla kibiców z Polski, bo widownia kortów oczekuje raczej wyczerpujących, wielogodzinnych starć tytanów niż jednostronnego łomotu. Iga wymierzyła Anisimovej ciężkie baty, wysmagała ją nader boleśnie. Świątek była dopiero trzecią Polką w wimbledońskim finale, po Jadwidze Jędrzejowskiej (w 1937 r. Polka przegrała po wyrównanym boju w trzech setach z reprezentantką gospodarzy Dorothy Round Little) i Agnieszce Radwańskiej (w 2012 r. wystarczyło jej sił na wygranie z Sereną Williams jednego seta, mecz wyglądał jak walka wiewiórki z rottweilerem). Bezwzględna dominacja Świątek była tyleż efektem psychicznej blokady, by nie rzec: paraliżu Amerykanki, co bezlitosnej postawy i skupionej gry naszej zawodniczki.
Anisimova, która w półfinale odprawiła z kwitkiem pierwszą rakietę świata, przeciw Idze wyszła na kort szalenie spięta, jakby przeczuwała, że przy rozjuszonej polskiej „maszynie do wygrywania” może się zbłaźnić, tak że jej triumf nad Sabalenką rychło odejdzie w niepamięć. Popełniała szkolne błędy, nawet mając wystawkę, nie trafiała w pusty kort. Ale też Idze w tym dniu wychodziło wszystko, odbierała piłki nie do odebrania, wygrywała nawet szalone wolejowe wymiany przy siatce i pogłębiała tym samym niemoc przeciwniczki. Iga nie miała chwili słabości ani współczucia dla rywalki, jedyne co mogła zrobić, to nie przedłużać jej męczarni – zmieściła cały mecz poniżej godziny, wygrała do zera.
„Rowerek” lub, jak kto woli, „bajgiel” to znak firmowy Świątek, kiedy jest w mistrzowskiej formie – pojedyncze sety do zera – wygrywała już w ten sposób z czołowymi rakietami świata: Naomi Ōsaką, Wiktorią Azarenką, Madison Keys. Polka wygrała w turniejach rangi WTA 1000 bez straty gema już 34 sety! Nie można było namiętniej zaprzeczyć rozpowszechnionej tezie o tym, że Iga na trawie radzi sobie gorzej – nigdy nie była tak dynamiczna, z każdą rundą rosła w siłę, od poziomu ćwierćfinału wręcz zmiatała rywalki z kortu – piłka jest na trawie szybsza, więc wzmacniało to wrażenie niezwykłej dynamiki gry Polki.
Rozkręcała się powoli, oddawała sporo gemów w pierwszych fazach turnieju, w drugiej rundzie straciła nawet jedynego seta – przełomowy był chyba mecz z amerykańską prowokatorką, która napsuła Idze krwi przed rokiem na igrzyskach olimpijskich, kiedy złośliwie trafiła Polkę piłką podczas meczu, a po skreczowaniu w ćwierćfinale zaczepnie nazwała ją fałszywą. W maju na rzymskich kortach odprawiła Igę już w drugiej rundzie, na trawie zdawała się nawet faworytką, ale najsłynniejsza raszynianka wszech czasów „wyjaśniła” ją, oddając tylko pięć gemów.
Malkontenci zawodzą, że drabinka ułożyła się szczęśliwie. Co za bzdura! Wszak Świątek grała z pogromczyniami topowych tenisistek – gdyby faworytki wygrywały swoje mecze, musiałaby się mierzyć z Sabalenką (finał), Andriejewą (półfinał), czy Rybakiną (1/8) i nikt nie marudziłby, że trafiała na „fuksiary”. Nikt nie kazał faworytkom się wykładać na teoretycznie łatwych przeszkodach. Świątek taranowała kolejne rywalki, nie lekceważąc ich ani na moment – w efekcie straciła zaledwie dwa gemy w półfinale i finale, a takiego wyczynu nie dokonała dotąd żadna zawodniczka w całej historii wielkoszlemowej.
Świątek przeszła jak huragan przez tegoroczny Wimbledon, szokując nie tylko na korcie, ale także w dziedzinie kulinarnej swojską modyfikacją tradycyjnych turniejowych truskawek ze śmietaną – oznajmiła światu, że truskawki zjada z makaronem, co dla Brytyjczyków brzmi jak pizza z ananasem dla Włochów. Oto nowy polski zestaw mistrzowski, jak niegdyś Małyszowa bułka z bananem. Zaiste, takiego dominatora w indywidualnym sporcie nie mieliśmy bodaj od czasów małyszomanii, tyle że sukces tenisowy jest nie do zawłaszczenia przez masy
Imigranci wewnętrzni
Znowu znikam z powierzchni ziemi, dla higieny psychicznej, nie chcę oddychać powietrzem zatrutym przez faszyzujące bojówki, ksenofobicznych biskupów i zidiociałego do reszty prezydenta ministranta, który na odchodnym zrobił łaskę Bąkiewiczowi.
Tym razem wracam do starych sztolni czarnego łupka pod Opawą, właściwie nie wiem, czy to jeszcze Śląsk, czy już Morawy. Rzeka Morawica wije się przez tę krainę i coś tam od czegoś oddziela, ale wydobycie prowadzono po obu jej stronach. Dziś ledwie dychają pojedyncze kopalnie, jedną z nich odwiedzamy w sobotnie popołudnie. Stróż w baraku melancholizuje się z zaprzyjaźnioną parą przy wódce i czeskiej TV, na nasz widok ożywia się, najpierw instynktownie tłumaczy, że wstęp wzbroniony, potem, że właściwie moglibyśmy obejrzeć wstępny kawałek kopalni poza zasięgiem kamer, potem, że właściwie możemy zwiedzić całą, bo on sobie to wytnie z monitoringu, a później wysyła nam w sukurs ledwie trzymającego się na nogach kompana, który gotów jest odpalić maszyny, taśmociągi, pilarki i zademonstrować, jak się ze skał robi idealne kwadraty na dachówki, elewacje czy szpanerskie płyty talerzowe do restauracji (pomnę, jak niegdyś w pierwszej polskiej gwiazdce Michelina, Atelier Amaro, założonej w dawnym szalecie miejskim obok Zamku Ujazdowskiego, podawano na łupkach jeden z „momentów” degustacyjnych za pierdylion złotych, czyli kartofle z ogniska dla zatwardziałych mieszczuchów, którym to przypominało dziecięce wakacje na wsi u dziadków, bo nieomal mdleli z nostalgicznej rozkoszy, niczym krytyk kulinarny po spróbowaniu tytułowego ratatouille w wybitnym przeboju Pixara).
Tego już za wiele, wynosimy się, zanim dojdzie do jakiejś katastrofy, idziemy popatrzeć na stare, nieczynne już sztolnie, imponujące kształtem i przestrzenią, bo w podziemnych komorach kontrastują idealnie gładkie ściany wyrobisk z ułożonymi płytami łupkowymi, które przypominają sprasowane
Skale obrzydliwości
Narodowy socjalizm i katolicyzm tworzą nadzwyczaj toksyczną miksturę, chłeptaną przez niezliczone rzesze obywateli Polski, a potem wyrzygiwaną publicznie ku uciesze gawiedzi i przy rosnących słupkach poparcia dla skrajnej prawicy. Naród karmiony takim koktajlem wyrodnieje, brunatnieje i hołubi swoich harcowników za to, że „mówią, jak jest”, a cokolwiek by mówili podłego, nikczemnego, jadowitego i haniebnego, poprzedzają to katolickim „Szczęść Boże”, cytatami z Biblii lub puentują głośną modlitwą. W odstępie kilkudziesięciu godzin Kaczyński ze swoją świtą zdążył pobłogosławić „obrońców granic”, Bąkiewicz wygłosić do kamer i mikrofonów swoje faszystowskie credo, Duda w obłąkańczym słowotoku uznać, że Polsce potrzeba wieszania zdrajców, a Braun zanegować istnienie komór gazowych i zacytować „naukowe” opracowania dotyczące mordów rytualnych. Owóż, ja osobiście wolę mordy rytualne od mord narodowych socjalistów katolickich, którzy najwyraźniej postanowili odbić w Polsce rząd dusz.
Nie dziwię się, że puszczają nerwy już nawet największym stoikom rodem z krakowskiej szkoły ekumenizmu i tolerancji – nawet Tomasz Fiałkowski, jeden z tytanów intelektualnych „Tygodnika Powszechnego”, napisał na swoim Facebooku o obecnej Polsce, że to „obrzydliwy, gówniany kraj”. Tu już nie czas na język ezopowy, o Polsce należy pisać tak, jak Thomas Bernhard pisał o Austrii, której obywatele dewocję i ksenofobię wyssali z mlekiem matek i której nie mógł darować hipokryzji – ci sami obywatele, którzy ekstatycznie witali Hitlera na Heldenplatz w 1938 r., po wojnie przybrali pozę ofiar nazistowskiego reżimu. O ironio, Bernhard wytchnienie odnalazł w Polsce, którą wspominał najrzewniej, zwłaszcza czas, który spędzał w towarzystwie Stanisława Leca na Nowym Świecie – ale inna to była Polska, inne demony w niej się budziły – te, których Bernhard najbardziej nienawidził, dopiero teraz urosły w siłę.
Ci sami fanatycy, gotowi zabić w obronie dobrego imienia ojczyzny, stawiający pomniki i muzea reprezentantom narodu, który jakoby masowo i z narażeniem życia ukrywał Żydów, dzisiaj gorliwie polują na imigrantów i tropią ludzi, którzy w człowieczym odruchu chcieliby dopomóc uchodźcom. Milion spośród nich oddało głos w ostatnich wyborach prezydenckich na skrajnego antysemitę, bezkarnie głoszącego teraz kłamstwo oświęcimskie i znieważającego
Polska nie chce fiołków
Polki zrobiły antyreklamę żeńskiej piłce nożnej – po raz pierwszy zobaczyłem w całości mecz naszej drużyny narodowej i na następne pół wieku jestem wyleczony. Wystarczą mi męki z kadrą męską, która w toporności i nieudacznictwie wydaje się niedościgniona – dziewczęta grają tak samo źle, tylko biegają trzy razy wolniej i strzelają (nadzwyczaj rzadko) dwa razy słabiej. To już za dużo nawet na moją masochistyczną skłonność do oglądania wszelkich zmagań futbolowych biało-czerwonych.
Po meczu z Niemkami w narodzie były niejakie nadzieje, ponieważ nasze piłkarki utrzymały remis do przerwy, a i w drugiej odsłonie pokazały niejaką waleczność, bo powiedzieć, że dotrzymywały kroku Niemkom, byłoby jednak przesadą. Nieliczne głosy rozsądku podszytego niepokojem ostrzegały, że nasza kadra straciła tyle sił, że przeciw równie mocnej Szwecji wyjdzie na miękkich nogach – tak też się stało, nasze zawodniczki nie miały absolutnie żadnych argumentów przeciw Skandynawkom – to była różnica klas. Jeśli więc ktoś sobie roił, że wczesnoletni kryzys reprezentacyjny we wszystkich kategoriach wiekowych zostanie zażegnany udanym występem Polek, musiał przeżyć ponure déjà vu: znowu mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor i wypad z imprezy. Zmobilizowałem wielu znajomych do tego, by nie ignorowali mistrzostw Europy tylko dlatego, że grają kobiety, ale już po kwadransie zaczęli mi wysyłać SMS-y z pretensjami. „Kuczok, ja rozumiem inkluzywność i równouprawnienie, ale już wolę amp futbol albo piłkę niewidomych” – byłem wobec tych kąśliwości bezradny jak nasze obrończynie wobec skocznych, wysokopiennych blondyn z Północy.
Trudno, pozostaje poczekać, aż dogonimy na murawach resztę świata, a na razie pocieszać się możemy sukcesami jednej Polki, która na trawie radzi sobie w tym roku fenomenalnie, jak nigdy wcześniej. Iga Świątek zaszła na kortach Wimbledonu dalej niż kiedykolwiek w karierze, co imponuje tym bardziej, że tegoroczny turniej był prawdziwą rzezią faworytek – w ćwierćfinałach oprócz Świątek i Aryny Sabalenki zameldowała się tylko jedna zawodniczka z czołowej dziesiątki WTA. Być może to efekt zluzowania presji ciągłego utrzymywania się na szczycie rankingów, a może skuteczność nowego trenera, Wima Fissette’a, najpewniej jedno i drugie, wszelako od maja Iga zalicza sukcesy w kolejnych
Milicjanci obywatelscy
Polska puściła głośnego Bąkiewicza, smród się niesie na zachód. Tak to już teraz będzie, skoro na prezydenta ma zostać zaprzysiężony kibol – ten wybór legitymizuje wszelkie chuligańskie bojówki, podnosi je do rangi ochotniczych rezerw milicji obywatelskiej, kraj teraz zbrunatnieje błyskawicznie niczym w solarium. Łyse pały o cofniętych żuchwach na razie przeczesują pograniczne chaszcze i samochody przed szlabanami w poszukiwaniu niepokojąco smagłych twarzy, aby przed nimi bronić „naszych kobiet i dzieci” – ale już niedługo poczują się w prawie do prowadzenia czystek na znacznie większą skalę. Nadchodzi rzeczpospolita kibolska krokiem marszowym, pod patronatem głowy państwa stadionowa bandyterka będzie teraz wyręczać państwo tam, gdzie uzna, że przepisy nazbyt krępują skuteczność egzekucji.
Tuż po nieszczęsnym wyroku drugiej tury zauważyłem wyraźne wzmożenie ustawkowe – policja nie nadąża z wyłapywaniem „grzybiarzy” na sterydach, a niebawem pewnie w ogóle odpuści, bo prezydent obdarzony supermocą łaski nie będzie przecież karał swoich ziomali za to, że chcą się bić. Nigdy dość cytowania Maxa Liebermanna, który na widok marszu nazistów po dojściu NSDAP do władzy powiedział: „Nie mógłbym tyle zjeść, ile chciałbym wyrzygać”. Mdli mnie od Polski rozmodlonej w podzięce za to, że Bóg zesłał narodowi kolejnego Karola Zbawiciela; rozmydlony mam obraz jej przyszłości, bo zaprawdę przekracza moją wyobraźnię większość konstytucyjna koalicji PiS i skrajnej prawicy, a na to się zanosi po najbliższych wyborach wedle sondaży. Jedno nie ulega wątpliwości – w Unii Europejskiej z takim rządem długo nie pozostaniemy. Trzeba się zatem nacieszyć na zapas.
Na szczęście oszołomy w odblaskowych kamizelkach na razie odpuszczają kontrolę granic południowych, dzięki czemu mogę do woli i na co dzień korzystać z błogosławieństwa mieszkania w pobliżu polsko-czesko-słowackiego trójstyku. Jak tylko mi się nadmiernie odbija Polską, jak mi Polska zgagą do gardła podchodzi, czynię przechadzki, przebieżki i przejażdżki do południowych sąsiadów, to mi działa higienicznie na psychikę, zawsze zresztą uważałem się za szczęśliwie
Nieprzemijalna faza buntu
Wysłali Polaka w kosmos, ale niedługo wróci. Ja bym się ucieszył, gdyby tam wysłano te 10 mln, które głosowały na Nawrockiego, najlepiej na stałe, niech skolonizują jakiś księżyc albo asteroidę i niech zabiorą ze sobą cały kler, żeby im poświęcił grunt, nad którym będą się unosić w rozkosznej nieważkości. Broń Boże Wszechmogący, nie życzę im źle, ja im winszuję jak najlepiej, chciałbym, aby wszyscy zaznali wyczekiwanego Wniebowstąpienia i zostawili ten plugawy padół ziemski nam, obywatelom gorszego sortu, abyśmy w ziemskim przedpieklu ciułali dni do apokalipsy, biedni i umęczeni, ale na zawsze wolni od PiS, Konfederacji i elekta obywatelskiego.
Im więcej czasu mija od feralnej nocy wyborczej, która skazała Polskę na kolejne pięciolecie kaczystowskiego pomazańca w Pałacu Prezydenckim, tym bardziej gniew we mnie rośnie i niezgoda, krew mnie zalewa i nie dziwię się wcale rozpaczliwym nadziejom połowy narodu na odwrócenie wyników. Nasi chcą liczyć od nowa, bo Polska nie może przecież paść ofiarą epidemicznej dyskalkulii członków komisji wyborczych, co bardziej rozgorzali wietrzą wielkie fałszerstwo, bo przecież PiS umie w przekręty jak nikt inny, najbardziej zaś krewcy twierdzą, i ja z nimi zasadniczo się zgadzam, że jeśli Nawrocki ma być demokratycznie wybranym prezydentem, to mamy ostateczny dowód, że demokracja w Polsce się nie przyjęła. I zamachowi stanu, zakończonemu ostateczną delegalizacją partii prawicowych, wtrąceniem wszystkich kaczystów do lochu za podzielenie narodu oraz złapaniem krótko za mordę tych, którzy wyjdą na ulice, żeby walczyć za Jarosława, sprzeciwiam się rozumem, ale serce mi czyni piekielne podszepty. A to oznacza, że jestem o jeden psychologiczny etap umierania do tyłu w stosunku do większości wyborców Rafała Trzaskowskiego (chodzi o umieranie nadziei) – oni już przeszli do fazy targowania się i lada dzień wpadną w depresję, by po wielu miesiącach dotrzeć do mety oznaczającej pogodzenie się z wyrokiem – ja wciąż tkwię w fazie intensywnego buntu. Na uszanowanie wyników wciąż nie znajduję sposobu, albowiem to wynik absurdalny, abstrakcyjny, dojmująco smutny – Nawrocki to nawet
Na mundialu młodość, u nas po staremu
Początek tygodnia to „wybory” prezesa PZPN – cudzysłów niezbędny, bo z braku kontrkandydatów wiadomo było już od dawna, że podczas walnego zgromadzenia przedłużona zostanie kadencja obecnego szefa związku, Cezarego Kuleszy. Chyba że wydarzy się cudowny bunt delegatów. Pod hasłem „Czarek jest, jaki jest, ale to swój chłop” związkowa większość przyklepie bieżący układ na kolejne cztery lata, pozostaniemy zatem piłkarską prowincją zarządzaną przez ludzi, którym polski futbol, by tak rzec, powisa.
Jaskrawym tego dowodem niech będą mistrzostwa Europy U-21, podczas których rozegraliśmy trzy mecze, ale miejsca w loży przeznaczonej dla VIP-ów z PZPN podczas dwóch ziały pustką. Kulesza pofatygował się do Żyliny tylko na pierwsze spotkanie z Gruzją, przed którym w ciemno przedłużył kontrakt obecnego selekcjonera Stefana Majewskiego, a później poleciał na wycieczkę do USA pod pretekstem negocjacji w sprawie zatrudnienia Macieja Skorży. Na kolejne mecze młodzieżowej reprezentacji Polski na imprezie mistrzowskiej nie pofatygował się już nikt z PZPN-owskiego naczalstwa. A szkoda, bo zobaczyliby na własne oczy, jak drużyna narodowa kompromituje się pod wodzą faceta, któremu właśnie prolongowano umowę bez względu na rezultaty.
Oprócz przyjemności co niemiara jest pożytków ze śledzenia klubowego mundialu, nawet w leniwej fazie grupowej, np. wiemy już, jak wyglądałaby gra reprezentacji Polski, gdyby Maciej Skorża nie podał Cezaremu Kuleszy czarnej polewki. Zaiste, mielibyśmy z tej kadry czarną polewkę, czyli śmiech przez łzy ogarniałby nas dokładnie tak, jak z krótkimi wyjątkami przez ostatnie dekady; klub Urawa Red Diamonds, z którym przed dwoma laty Skorża zaliczył swój najbardziej prestiżowy sukces trenerski, wygrywając azjatycką Ligę Mistrzów, do złudzenia przypominał reprezentację Polski na dowolnych mistrzostwach. Trzy mecze, trzy porażki w stylu, który ani przez chwilę nie dawał złudzeń co do różnicy klas, w meczu z Interem 18% posiadania piłki niemal wyłącznie dzięki podaniom do siebie na własnej połowie – piłkarska bida z nędzą. Reprezentanci Korei Południowej z Ulsan też wyjechali z imprezy bez punktów, co każe spoglądać na klubowy poziom dalekowschodnich rozgrywek trzeźwym okiem – to w najlepszym razie odpowiednik naszej pierwszej ligi, a płace nieporównanie lepsze. Trudno się dziwić polskiemu szkoleniowcowi, że się do pracy w Polsce nie pali – z daleka widok jest piękny, na papierze sukcesy w Japonii wyglądają świetnie, ale konfrontacja z pierwszym światem piłkarskim okazała się brutalna i weryfikująca.
Już sobie wyobrażam, że we wrześniu w Rotterdamie przegralibyśmy z Holandią dokładnie tak jak Urawa z Interem Mediolan – zdobyty fuksem gol, a potem murowanie pola karnego, wybijanie piłki po autach, obrona Częstochowy i finał bez happy endu, po którym jednak w mediach poszłyby nagłówki „drużyna Skorży napędziła strachu Holendrom”. Niechże zatem pan Maciej Skorża nadal sobie przytula jeny i udaje wielkiego trenera pod Tokio – polski futbol z tej przyczyny na pewno się nie załamie. Gorzej, że prezes Kulesza zdaje się nadal szukać selekcjonera na alibi – z Garethem Southgate’em, który zgłosił chęć prowadzenia naszej kadry narodowej, nawet nie raczył porozmawiać, a przypomnę, że to tak, jakby o obywatelstwo i możliwość gry w naszej reprezentacji poprosił np. Harry Kane – z czystej ciekawości warto byłoby chociaż zapytać go, czy aby na pewno nie zwariował i czego chce w zamian, ale prezes PZPN uznał, że nie jest zainteresowany jednym z topowych selekcjonerów Europy.
Ktokolwiek obejmie naszą kadrę, będzie miał za zadanie „napędzić strachu Holendrom” i podjąć walkę o awans z Finlandią – tak oto za kadencji Cezarego Kuleszy zbliżyliśmy się ambicjami do outsiderów Europy w rodzaju Malty czy San Marino – gramy o to, by się nie zbłaźnić. Ambitny fachowiec








