Ballada o Polsce

Ballada o Polsce

Krytyka „Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym” pokazała, że lepiej schować głowę w piasek, niż przyznać, że problem istnieje

Prawda w oczy kole – mówi stare przysłowie. I znowu okazało się, że tak właśnie jest. Pretekstem stały się roznegliżowane ciała tarzających się w kisielu bohaterek „Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym”, dokumentu Ireny i Jerzego Morawskich.
Komisja Etyki TVP zarzuciła nadawcy, producentowi i autorom cyklu, że naruszyli zasady etyki dziennikarskiej obowiązujące w telewizji publicznej. Świadczyć ma o tym „wielokrotne eksponowanie scen prezentujących treści o charakterze erotycznym, wzmacniane scenami inscenizowanymi”. Podobnego zdania była Rada Programowa TVP. Wreszcie KRRiTV upoważniła swoją przewodniczącą, Danutę Waniek, do nałożenia na nadawcę kary.
Tymczasem „Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym”

przykuwała widzów przed telewizorami.

Szokowała, ale jednocześnie pokazywała rzeczywistość. I tak została zrozumiana przez przytłaczającą większość odbiorców. „Przecież ten program był emitowany ku przestrodze młodych dziewczyn, naiwnych i nieświadomych zatrudnienia przez podobnych panów jak Mończyk. Ten dokument nie był demoralizujący, ale pouczający młode dziewczyny poszukujące kariery na wybiegu”, napisał internauta w portalu Onet.pl. Podobnego zdania byli pozostali. Jak więc doszło do tego, że dokument, mimo szokujących nieraz treści, był świetnie oceniany przez widzów, ale wzbudził niesmak różnych gremiów?
– Uważam, że te zarzuty to jakiś dziwny ciąg nieporozumień. Reakcja na naszą telenowelę nastąpiła dopiero po wyemitowaniu 20 odcinków – mówi Jerzy Morawski, autor „Ballady…”. – To cała Polska. Ktoś daje sygnał i się zaczyna. Tymczasem serial powstał w wyniku śledztwa dziennikarskiego. Przeglądaliśmy gazety, w których roiło się od ogłoszeń o castingach. Postanowiliśmy sprawdzić, jak to wygląda. Sami byliśmy przerażeni tym światem. Ale on nie jest marginalny, istnieje za ścianą. Te dziewczyny, te dyskoteki – taka Polska to rzeczywistość. W kraju nie jest tak, jak przedstawiają kolorowe pisemka. Bohaterki „Ballady…” mieszkają w slamsach, ich rodzice są bezrobotni.
Dzięki Irenie i Jerzemu Morawskim „Ballada…” pokazała

życie dziewczyn bez pracy,

próbujących związać koniec z końcem, niemających innego wyboru. Inne chcą poznać wielki wymarzony świat. W nędzy tęsknią do lepszych warunków, pragną zaistnieć w świetle jupiterów i dostać swoją wielką szansę od losu.
– Serial był przerażający. Opowiada o upokorzeniu, upodleniu kobiety. Jednak taka jest sytuacja – pracy naprawdę nie ma. Dla tych dziewczyn ich życie to jakaś namiastka tego, co lansują media. W obecnych czasach liczą się castingi, aktorki serialowe. Te kobiety tego właśnie pożądają. Wydaje im się, że są piękne jak Naomi Campbell, choć takiej kariery nie zrobią – mówi Krystyna Kofta, pisarka. – Przerażające jest, że one za 20 zł decydują się na walkę w makaronie. Jakiś obcy człowiek ich dotyka, a one muszą to znosić. W ogóle więc nie przekonują mnie argumenty wszystkich tych ciał.
– Ten film to pokazywanie rzeczywistości. Nie byłem w stanie go oglądać. Właśnie dlatego, że taka jest rzeczywistość. Powinien stać się materiałem dla polityków społecznych, bo pokazuje biedę, ubóstwo – wszystko, co ludzie są w stanie zrobić, gdy nie mają pracy ani szansy na nią. To bardzo smutny obraz – ocenia dr Zbigniew Izdebski, seksuolog. – Choć korzystne byłoby dla filmu, by przed emisją odbyła się dyskusja. Może to pozwoliłoby na lepsze pokazanie intencji autorów. Jednak na pewno ich chęcią było pokazanie rzeczywistego zjawiska. Trzeba też pamiętać, że w imię estetyki można różne rzeczy powiedzieć. Tymczasem 60% młodzieży pomiędzy 13. a 16. rokiem życia poszukuje treści o charakterze erotycznym.
– Bardzo dobrze, że ten cykl został pokazany i że właśnie w telewizji publicznej. Sprawa wykorzystywania rożnych ludzkich intymności jest na porządku dziennym i nie można udawać, że ten problem nie istnieje. Mieli nie pokazać, że niektórzy ludzie w Polsce są jak niewolnicy? – złości się Maciej Dejczer, reżyser. – Autorzy zrobili kawał dobrej roboty. Nie widzę w tym filmie

niczego niestosownego.

Być może, dzięki temu kilka osób uchroni swoich bliskich przed zrobieniem złego kroku. Mało tego, to sygnał, że w sytuacji tak beznadziejnej tym problemem powinny się zająć odpowiednie organizacje.
– Jedynym argumentem w całej tej sprawie jest serial i intencje autorów. A ich intencje były absolutnie czyste i uczciwe. Jestem pełna podziwu dla odwagi tych ludzi, bo pokazali kawał Polski. Zajmują się analizowaniem nie tylko dobrych stron naszego życia, bo to nie jest prawda. Zamiast szukać winnych gdzie indziej, każe się tych, którzy pokazują prawdę. Nad tym powinny się zastanowić te organy – mówi Ewa Borzęcka, dokumentalistka.
– Chcieliśmy ująć mentalność tych ludzi. I mamy odczucie, że coś nam się udało pokazać – pokolenie, które stara się być aktywne, a nie czeka na opiekę społeczną – tłumaczy Jerzy Morawski. – Ten film był jednym wielkim ostrzeżeniem i przestrogą. W Bydgoszczy nauczyciele nagrywali go i prezentowali podczas lekcji przystosowujących do życia w rodzinie. Myślę, że całe zamieszanie wokół „Ballady…” to przykład polskiego piekła. Nie dyskutuje się o problemach, które są tam pokazane, tylko robi duży szum.
Dr Izdebski uważa, że w Polsce nadszedł czas na społeczną debatę. Bo jeżeli problem istnieje, nie powinno się chować głowy w piasek. – Może to dobry pretekst do dyskusji o dziewczynach, które żyją w małych miasteczkach, a wyjazd jest dla nich szczęściem – mówi.
Jedno jest pewne: nie można udawać, szczególnie kiedy zasiada się w różnych radach, że nie ma rzeczywistości, która jest tuż obok nas.

 

Wydanie: 13/2004

Kategorie: Media