Bałtyk wraca do łask

Bałtyk wraca do łask

Nad morzem gospodarze już zrozumieli, że aby ściągnąć turystów, nie mogą podnosić cen. Kiedy zrozumieją to w górach?

Lipiec i sierpień tego roku przywróciły wiarę w możliwość udanego urlopu nad Bałtykiem. Dawno już nie było takiego lata, by przez dwa miesiące świeciło słońce, woda w morzu była ciepła, nie padał deszcz. Cieszą się wszyscy – wczasowicze i gospodarze ośrodków nadmorskich. Po niezwykle chudych latach pełnych deszczu, zimna i przede wszystkim narzekania przyszedł sezon przełomowy, w którym, być może, przynajmniej część sektora turystycznego odbije się od dna. Konkurencja tanich wczasów zagranicznych oraz złe podejście do gości polegające przede wszystkim na przesadzonym podnoszeniu cen (w myśl zasady „w trzy miesiące zarobić na resztę roku”) sprawiały, że coraz więcej turystów wybierało urlop nad ciepłymi morzami. Dochodziło do sytuacji, gdy dwa tygodnie w Tunezji (z podróżą samolotem) kosztowały mniej niż dwa tygodnie nad Bałtykiem.
Uciekający z Wybrzeża turyści wreszcie wymusili na gospodarzach rozumne działania. Skoro nie można wygrać z krajami basenu Morza Śródziemnego słoneczną pogodą, trzeba wygrać czym innym.

Połowę zrobiło słońce

Na pierwszy ogień poszły ceny, które wreszcie przestano podwyższać. Na polskich plażach, wzorem światowych, pojawiło się więcej zjeżdżalni i wypożyczalni sprzętu. Zaczęto sprzątać piasek, lokale gastronomiczne wzbogaciły swoją ofertę i przedłużyły godziny otwarcia do późnego wieczoru. Standardem w nadbałtyckich kurortach były codzienne imprezy na plaży lub nadmorskim deptaku. Organizowano turnieje siatkówki plażowej, mistrzostwa w poławianiu bursztynu, wybory miss i koncerty.
I los wynagrodził tych, którzy wierzyli, że urlop nad Bałtykiem może być atrakcyjny dla Polaka. Słoneczna, ciepła i bezdeszczowa pogoda sprawiła, że do wszystkich miejscowości przybyły dawno nieoglądane tłumy.
– Ten rok to istne szaleństwo. W lipcu i sierpniu odwiedziło nas ponad dwa razy więcej gości niż w roku ubiegłym – ocenia Adrian Bogusłowicz z Banku Wolnych Miejsc na Mierzei Wiślanej. – Co więcej, turyści są też we wrześniu, uwierzyli w ładną pogodę nad Bałtykiem. Ceny mamy naprawdę umiarkowane i w szczycie sezonu kształtowały się w wysokości 30-
-40 zł za dobę. Od 1 września spadły do 20-35 zł. Czyste plaże, piękne lasy, zdrowe powietrze i możliwość atrakcyjnych wycieczek (Frombork, Kaliningrad) to znane od lat atuty Mierzei. Trzeba było jednak podwyżki euro i dwóch miesięcy ładnej pogody, żeby ludzie sobie o tym przypomnieli.
– Lipiec i sierpień rozpuściły nas pod względem pogody. Bardzo wielu gości przedłużało pobyty o kolejny tydzień, dzwonili, zapraszali znajomych – dodaje Jerzy Kołakowski z Centrum Informacji i Promocji Turystycznej w Ustce. – Takiej sytuacji nie było już u nas od lat. Przeciwnie, w słotne lata goście rezygnowali w połowie turnusu. W tym roku słońce „odwaliło” za nas połowę roboty. Inna sprawa, że od kilku sezonów dbamy o to, by niezależnie od aury wszyscy byli zadowoleni. Przy tak pięknej pogodzie jak w tym roku wszystkie imprezy plenerowe udały się świetnie i miały wyjątkową frekwencję. Ceny są u nas dostosowane do zasobności portfeli naszych klientów; można znaleźć kwaterę prywatną w cenie 15 zł za dobę, te bliżej morza kosztują już ok. 35 zł. Nasi goście chyba nas docenili, bo znaleźliśmy się w tym roku w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych miejscowości letnich w Polsce.
Podobna sytuacja jak w Krynicy i Ustce panowała latem na całym Wybrzeżu. Wszyscy podkreślają wzrost liczby turystów w porównaniu z zeszłym sezonem. Wykupywane były kwatery prywatne o każdym standardzie, miejsca w domach wczasowych i na kempingach. Prawie wszędzie liczba tegorocznych gości oceniana jest na o 30% wyższą od ubiegłorocznej.
nŁupić cepra
Kiedy jednak przyjrzeć się sytuacji w innych regionach, okazuje się, że nie wszędzie jest tak wspaniale. Na Warmii i Mazurach cieszą się z dobrej pogody i bardzo ciepłej wody w jeziorach (bywało po 23 st.), ale zalewu turystów nie było. Wielkie Jeziora raczej kojarzone są ze sportami wodnymi, a te do najtańszych nie należą. Zatem tutaj sama poprawa pogody niczego nie zmieniła. Podobnie, a nawet jeszcze gorzej wygląda sytuacja na południu kraju.
Turyści wybrali w tym roku raczej Słowację i Węgry niż Zakopane. Zwłaszcza Słowacja cieszy się znów, po kilku latach zastoju, wielkim powodzeniem. Polacy są tu cenionymi gośćmi, w wielu miejscowościach przygotowuje się karty restauracyjne w języku polskim, kantory wymieniają złotówki. Największy atut Słowacji (a także Węgier) to ceny. Kwatery o porządnym standardzie kosztują 15-18 zł za dobę, posiłki są dużo tańsze. Po polskiej stronie wciąż zastanawiają się, jak w krótkim czasie wyciągnąć od gości jak najwięcej pieniędzy. Drożeją noclegi, restauracje i bary, drogie są parkingi, bilety wstępu i komunikacja autobusowa. A przecież gospodarze miejscowości podgórskich mają teoretycznie lepszą sytuację niż ci znad morza – mogą liczyć na sezon zimowy. Jednak jeszcze nie potrafią tak dobrze kalkulować i dlatego przegrywają od lat z sąsiadami z południa.

Przekonać do Polski

Niezwykle udane lato nad Bałtykiem sprawiło, że w niektórych mediach formułowano tezę o renesansie krajowej turystyki. – Sytuacja turystyki krajowej nie jest tak świetna, jak niektórzy sądzą po wynikach okolic nadmorskich – studzi entuzjazm Jerzy Walasek, dyrektor Rynku Krajowego Polskiej Organizacji Turystycznej: – W innych regionach liczba wypoczywających nie zwiększyła się. Wysoki kurs euro sprawił, że wczasy krajowe stały się co prawda relatywnie tańsze, ale trzeba jeszcze udowodnić Polakom, że można w wielu regionach naszego kraju spędzić atrakcyjny urlop. Jesienią rozpoczniemy kampanię promocyjną i reklamową poszczególnych regionów. Chcielibyśmy w najbliższych sezonach sprawić, by turysta odwiedzający nasze miejscowości czuł się tak, jak w innych krajach, by w każdej miejscowości działał prawie cały dzień punkt informacji turystycznej, by potrzebne wiadomości można też było znaleźć w Internecie.
Za wcześnie chyba mówić o renesansie turystyki krajowej w Polsce. Jednak coś drgnęło. Gospodarze znad morza udowodnili, że warto inwestować w turystykę, we wszelkiego rodzaju udogodnienia dla turystów, w reklamę i promocję.
Dużą szansą wydaje się rozwinięcie – wzorem krajów zachodnich – turystyki weekendowej. Krótkie trzydniowe wyjazdy w atrakcyjne miejsca za niewysoką cenę mogą być kołem zamachowym turystyki krajowej. Mogą ożywić niektóre miejscowości w martwym sezonie i sprawić, że goście wrócą tutaj na dłużej. Jeśli takich atrakcyjnych i dostępnych przez cały rok miejsc będzie w Polsce kilkaset (nie tylko nad morzem i w górach), być może oczekiwane odrodzenie turystyki krajowej rzeczywiście nastąpi.

 

Wydanie: 38/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Adam Gąsior

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy