Belka do maja

Belka do maja

Opozycji nie pomógł Ałganow. Sejm udzielił wotum premierowi

Wszyscy moi współpracownicy mówią: „Marek, ty się nie denerwuj, to jest teatr” (…). Cóż to za teatr? To jest granie Polską. Ja tego nie mogę zaakceptować. To jest polityka w najgorszym stylu – mówił premier Marek Belka w piątek wieczorem w Sejmie. Zamiast radości z wygranego głosowania, w którym Sejm udzielił mu wotum zaufania 234 głosami do 218, prezentował humor raczej średni. Bo przez kilka godzin był świadkiem „teatru”, którego głównymi aktorami byli liderzy LPR – Roman Giertych i PO – Jan Rokita. Którzy rozpętali awanturę w sprawie notatki Agencji Wywiadu dotyczącej spotkania między Janem Kulczykiem a Władimirem Ałganowem. Notatka jest w posiadaniu sejmowej Komisji Śledczej, jest tajna, więc już obejrzało ją paru dziennikarzy, bo posłowie szanują państwo i prawo. Teraz przyszła pora, by zrobić z tego wielkie halo, utajniono zatem obrady i głosowano nad wnioskami o przełożenie głosowania nad wotum zaufania dla premiera o kilka dni.
W piątek mieliśmy typowy sejmowy bój. Po jego zakończeniu premier Belka ubolewał, że to „granie Polską” i próba „zdestabilizowania kraju”, za to Roman Giertych udzielił kilku wywiadów (medialnie dystansuje już i Rokitę, i Kaczyńskiego), no i zdążył powiedzieć, że w całą sprawę zamieszany jest prezydent Kwaśniewski – bo o to mu chodziło.

Typowy bój skończył się typowo:

opozycja przegrała wszystkie głosowania. Sejm odrzucił wniosek o samorozwiązanie, odrzucił wnioski o wotum nieufności dla ministrów Cimoszewicza i Balickiego, na koniec odrzucił wniosek o wotum nieufności dla Marka Belki.
Teraz pora z tych wyników wyciągnąć wnioski. Pierwszy nasuwa się sam – Belka będzie premierem do maja, będzie więc miał siedem miesięcy na dokończenie spraw, które zapowiedział. Premier skupił je w dwóch grupach. Chodzi o utrzymanie gospodarczej stabilności i o dalszą naprawę państwa – co wiąże się głównie z budową służby cywilnej, niezależnej od partyjnych wahań. A także o uspokojenie atmosfery w kraju, przywrócenie równowagi rozgrzanym emocjami posłów. To zresztą chyba najważniejsze zadanie dla ekipy Marka Belki, więcej – dla Polski. Nie da się bowiem niczego załatwić ani walczyć z korupcją, ani z przestępczością, ani rozsądnie gospodarować w kraju, w którym panuje rozgardiasz, w którym posłowie roszczą sobie prawo do prowadzenia polityki zagranicznej i prywatyzacyjnej, wkraczają w kompetencje prokuratorów i sędziów. Nie da się również niczego załatwić

w atmosferze wyborczego wiecu,

która zagościła w Sejmie już na stałe. Trzy lata temu specjalizował się w tym Andrzej Lepper. Dziś przebijają go inni, zaliczani dotąd do grona tzw. poważnych polityków.
Co znamienne, tej atmosferze coraz częściej ulega Platforma Obywatelska. W czwartek, podczas debaty nad budżetem, Zyta Gilowska najpierw opowiadała kosmiczne rzeczy o dodatkowym, jakoby ukrytym przez rząd, deficycie rzędu 20 mld zł. Gdy wicepremier Hausner ją za to wyśmiał, na trybunę sejmową wskoczył Donald Tusk i zwyczajnie zbluzgał wicepremiera.
Następnego dnia mieliśmy znamienne głosowania – nad wotum zaufania dla ministra zdrowia, Marka Balickiego, i szefa MSZ, Włodzimierza Cimoszewicza. Odejścia Balickiego zażądała Samoobrona, a Cimoszewicza – LPR. Do tej pory w podobnych sytuacjach Platforma albo broniła dobrych ministrów, albo wstrzymywała się od głosu. Teraz przyłączyła się do Leppera i Giertycha, głosując za odwołaniem obu ministrów.
Bez sukcesu, bo wokół Marka Belki skupiła się, niespodziewanie, mocna większość, która może przegłosować opozycję.
Niespodziewanie, bo jeszcze kilkanaście godzin przed głosowaniem swoje pretensje pod adresem rządu zgłaszały rozmaite grupki posłów SLD, domagając się jakichś lokalnych decyzji kadrowych w zamian za poparcie. Te pretensje zostały szybko spacyfikowane, ale świadczą, że Sojusz wciąż znajduje się w stanie wewnętrznej dezintegracji.
Piątkowe wydarzenia w Sejmie dość dokładnie zaznaczyły linię podziału. Na zwolenników i przeciwników Belki, na zwolenników jego stylu prowadzenia spraw publicznych i na opozycję, która wybrała strategię wojny. Oto

nowa linia podziału

i bardzo trudno będzie ją odsunąć na bok. Ostatnie wydarzenia wewnątrz SLD pokazały, że przeciwnicy Belki, zwolennicy powrotu do partyjnej polityki, nie mają w tym ugrupowaniu wystarczających sił. Sam Sojusz jest zresztą mocno osłabiony. I tak naprawdę, jeżeli nie chce dokonać politycznego samobójstwa, jest skazany na popieranie Belki. Premier w tej sytuacji ma więc realną szansę, by stać się naturalnym „spinaczem” porozbijanej lewicy.
Po drugiej stronie sceny mamy znamienną ewolucję Platformy, która chyba już zrezygnowała z wizerunku „partii odpowiedzialnej” na rzecz „oświeconego populizmu”. Ten populizm staje się zresztą coraz mniej oświecony, ale nie w tym rzecz – ważniejsze, że Platformę przestały brzydzić alianse z LPR i Samoobroną, że stawia na podgrzewanie atmosfery. Jan Rokita zaś mówi, że Polska to szambo i że pewnie nie ma w tym kraju nawet 20 uczciwych polityków (nawiasem mówiąc, klub PO liczy 56 posłów…). Tym samym zbliżając się do PiS, LPR i Samoobrony.
Siła spokoju kontra politycy z siekierką. Historia znów może zagrać starą sztukę, choć w nowych dekoracjach.

Wydanie: 43/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy